Mikey points view:
Szedłem wzdłuż ulicy z pierścionkiem w bezwładnie zwisającej dłoni. Alice ma rację, jestem samolubnym dupkiem. Dlaczego musiałem wpaść na tak głupi pomysł? Myślałem, że uzna to wszystko z świetny żart, a teraz nawet nie chce na mnie patrzeć. Jak zwykle musiałeś wszystko spieprzyć, Mikey. Jak zwykle. Jak ja to wszystko mam teraz naprawić, skoro mam się do niej nie odzywać, mam się jej nie pokazywać na oczy? Kto wie co zrobi, kiedy stanę w drzwiach naszego pokoju i spytam co dalej? Spojrzałem na zachmurzone niebo z którego znów sączył się zmęczony już deszcz.
- Co robić? - spytałem siebie.
To nie jest takie proste jakby się mogło wydawać. Życie nie jest Modą na Sukces. Nawet gdybym odważył się wrócić do domu, to co bym jej powiedział? "Witaj, kochanie! To jak wyjdziesz za mnie, czy mam się spakować i wynosić?" Kopnąłem jakiś kamień. Przeturlał się jakiś metr ode mnie i wpadł do studzienki, usłyszałem plusk wody.
Przystanąłem na chwilę i rozejrzałem się, właśnie minąłem dom. Cofnąłem się nieco i przystanąłem przy skrzynce na listy. Wziąłem głęboki oddech i ruszyłem w stronę drzwi. Powoli je uchyliłem, w środku było pusto i cicho. Jak na nasz dom za cicho. Powoli zamknąłem za sobą drzwi.
- Gee? - zawołałem. - Alice, jesteś tu? - nadal brak jakiejkolwiek odpowiedzi.
Nie ściągając butów wszedłem po schodach na górę. Złapałem za klamkę naszego pokoju i powoli ją nacisnąłem. Widok który zastałem w środku ... Osłupiałem.
*****
Alice point view:
Poczułam na karku czyiś ciepły, spokojny oddech. Zaczynało do mnie docierać wszystko, co stało się dzisiejszego, a może wczorajszego dnia. Cicha nadzieja, że po wszystko było snem, że Mikey ... Nie zrobił mi tego. Delikatnie otworzyłam oczy. Leżałam na czymś szeleszczącym, niewygodnym i nadmiernie klejącym się do ciała. Więc to jednak była prawda, leżałam na potarganych, limitowanych edycjach komiksu, który Mikey uwielbiał. Z powrotem zamknęłam oczy, chyba nie chciałam wiedzieć kto leży za moimi plecami. Jednak czułam, że muszę się upewnić. Powoli, sennie przewróciłam się na drugi bok i znalazłam się twarzą w twarz z NIM.Wstrzymałam oddech, kompletnie nie wiedząc co dalej. Mam powiedzieć "cześć"? Byłam na niego co najmniej wkurwiona. Czułam się oszukana, oszukana przez osobę, którą kochałam najbardziej na świecie. Do moich oczu zaczęły napływać łzy, nie potrafiłam ich powstrzymać, nie potrafiłam, może nie chciałam? Wszystko mi jedno. Pierwsza, słona kropla spłynęła po moim policzku. Przymrużyłam oczy. Poczułam jego rękę na swoim policzku, kciukiem delikatnie starł z niego łzę. Chciałam aby tak zostało.
- Nienawidzę cię. - szepnęłam, jego twarz przybrała pytający wyraz. - Nienawidzę cię za to, że jesteś takim cholernym dupkiem, za to, że mnie oszukałeś ... - chciał cofnąć dłoń, jednak moje palce delikatnie oplotły jego nadgarstek. - A najbardziej nienawidzę cię za to, że nie potrafię przestać cię kochać. - dodałam.
Nasze twarze znacznie zbliżyły się do siebie. Czułam jego zapach, zapach kawy i tego niezidentyfikowanego czegoś, co dodawało mu charakteru. Zamknęłam oczy i wpiłam się w niego. Delikatnie gładził językiem moje wargi i podniebienie. Odwdzięczyłam mu się tym samym. Wplotłam prawą dłoń w jego farbowane włosy. Łapczywe pocałunki, zapach kawy i tuszu drukarskiego, kawałki komiksów przyklejające się do ciał, przyspieszone oddechy. Poczułam dłonie Mikeya na swoich biodrach, już po chwili siedziałam okrakiem na jego brzuchu. Wciąż, nieprzerwanie mieliśmy tylko siebie. Byliśmy dla siebie wszystkim i niczym. Języki splątane w jakimś dzikim tańcu. Włożyłam dłonie pod jego koszulkę. Jęknął cicho. Teraz jego usta błądziły po mojej szyi powodując uderzenia przyjemnego gorąca. Pod jego ustami wyginałam szyję pod różnymi kontami, aby mógł wycałować ją całą. Ściągnęłam z siebie koszulkę i rzuciłam ją w jakiś kąt. W tym czasie Mikey zrobił to samo. Właśnie tego potrzebowaliśmy, chwili zapomnienia, momentu w którym będziemy się dla siebie liczyli tylko my. Chłopak przeniósł usta na mój dekolt, aż do biustu. Nagle usłyszałam czyiś krzyk i głośny trzask. Oboje zamarliśmy pospiesznie przerywając pocałunki.
- Gerard! - krzyknął Mikey.
Zerwałam się na równe nogi i podeszłam do szafy, podnosząc spod jej drzwi koszulkę i zakładając ją na siebie.
- Trzeba sprawdzić, czy wszystko w porządku, idziesz? - zwróciłam się do Mikeya. Moje kolana były co najmniej jak z waty. Chłopak pokręcił głową.
- Dasz sobie radę, chyba ... masz na niego lepszy wpływ ode mnie.
- Jesteś jego bratem. Powinieneś ...
- Jest na mnie wkurzony, nie chcę pogarszać i tak już złej sytuacji. - stwierdził. W sumie, to go rozumiałam.
Powoli wyszłam z pokoju i cicho zamknęłam za sobą drzwi. Zeszłam na dół po zimnych schodach. Odruchowo zerknęłam na zegarek. Po szesnastej. Rozejrzałam się po pokoju dziennym, do którego światło wpadało z dużą trudnością. Ciężkie, fioletowe zasłony torowały dopływ promieni słonecznych do pomieszczenia. Mój wzrok zatrzymał się na rozwalonym na części pierwsze telefonie, który leżał tuż przy moich stopach. Usłyszałam czyiś urywany oddech, jakby tłumiony płacz. Spojrzałam w miejsce z którego dochodziło łkanie. W kącie między ścianą, a komodą siedziała skulona postać, ręce miała wplecione we włosy. Gerard. Powoli podeszłam do niego starając się nie wdepnąć w żadną z części telefonu, usiadłam z nim ramię w ramię. Nie spojrzał na mnie. Zamknęłam na chwilę oczy i westchnęłam głęboko.
- Gee, co się stało? - spytałam kładąc rękę na jego ramieniu. Szarpnął się na znak, że nie chce czuć niczyjego dotyku na sobie. - Posłuchaj, nie chcesz, nie mów, ale może mogłabym ci jakoś pomóc?
- Nikt mi teraz nie może pomóc, nawet ja sam nic nie mogę zrobić. - warknął, słychać było, że jest naprawdę źle.
- Powiedz chociaż o co chodzi. - poprosiłam stanowczo.
- Frank zniknął, nigdzie go nie ma, nawet telefonu nie raczy odebrać.- powiedział, a ton jego głosu znacznie się zmienił.
- Ale .. jak to zniknął?
- Normalnie, wyszedł z cmentarza niedługo po tobie, potem już nikt z nas go nie widział.
- Na pewno zaraz wróci. - powiedziałam mało przekonującym głosem. Sama nie byłam tego pewna.
Poczułam, jak głowa Gerarda opada na moje ramię.
- Martwię się. - powiedział chłopak.
- Poradzi sobie, przecież sam wiesz, że potrafi zachowywać się groźnie.
- Ale ja mam takie przeczucie ... coś jest nie tak. Ja, jakbym to wiedział, że on już nigdy ...
- Nawet tak nie mów! Wróci, na pewno. Spróbuję do niego zadzwonić.
- To nic nie da. - powiedział Gee tonem siedmioletniego dziecka.
Znów chciało mi się płakać, sama chyba nie wierzyłam, że wszystko będzie okay. Tak jak Gerard miałam złe przeczucie. Poczułam jak szatyn obejmuje mnie ramieniem i lekko przysuwa do siebie. Moja głowa samoczynnie oparła się o jego tors.
- Masz zamiar się na niego jeszcze długo wkurzać? - spytałam patrząc na zarysy drzew odbijające się za zasłoną.
- Na kogo? - spytał Gerard,usłyszałam wachanie w jego głosie.
-Na Mikeya. - odparłam zdziwiona jego pytaniem. Czy w tym domu jest jeszcze ktoś na kogo Gee się wkurwia? Usłyszałam nad uchem jego westchnienie.
- Nie mem pojęcia. Zachował się jak ostatni debil ...
- Ale przecież sam wiesz jaki on jest, najpierw robi potem myśli. poza tym na pewno za kilka lat będziemy się z tego śmiać. - powiedziałam nadal gapiśc się na rozmyte cienie. Wiosna była taką porą oku, kiedy każdemu mogłam wybaczyć, nawet morderstwo.
Tak, miałam doczynienia z mordercą. A właściwie morderczynią. Moja własna ciotka zadźgała na śmierć swojego faceta. To była właśnie wiosna, kilka lat temu. Opowiadała, że to w obronie własnej, ale obje wiemy, że to nieprawda. Jednak jej wybaczyłam, chyba nie miałam wyboru., to w końcu rodzina, a rodzinie się wybacza.
Gerard pokiwał głową.
-Wiem, znam go od zawsze i to nie ulega wątpliwości, ale nie jestem pewien, czy puścić mu to płazem, szukał nas i to ostro. Ty sama prawie chciałaś się zabić. A właściwie prawie ci się to udało. Płakaliśmy, myśleliśmy nad mowami pożegnalnymi,ogółem był źle. Było bardzo źle, a on to zrobił tylko dla zabawy... - głos miał taki, jakby miał się zaraz rozpłakać. - Myślałem, że Mkey jest inny, mądrzejszy, bardziej odpowiedzialny. Jednak się myliłem. Zawiodłem się na nim i chyba nie potrafię mu tego wybaczyc. Nie tym razem. - w tym momencie zapadła głucha cisza, nie miałam pojęcia co powiedzieć. Jednak ochota wykrzyczenia tego co yślę była zbyt wielka.
- Gerard, on jest twoim bratem. Sam stwierdziłeś, że jest jaki jest, ale czy ty naprawdę nie chcesz mu wybaczyć?
- Chcę, ale czy będę potrafił?
- Na pewno tak. zapytaj sam sebie, czy on by ci wyabaczył.
- No jasne, przecież on ... - w tym momencie usłyszeliśmy szczęk klucza przekręcanego zamku. Oboje zerwaliśmy się na równe nogi. W wyczekiwaniu wymienialiśmy zmęczone spojrzenia. Nagle tuż przed naszymi twarzami wyrósł Frank. Był nieco podchmielony, ale na tyle trzeźwy, aby myśleć w miarę racjonalnie.
- Szybko, pakujcie się! - krzyknął prawie, jeszcze raz wymieniliśmy z Gerardem zdziwione spojrzenia.
- Ale Frankie ...
- Żadnych pytań, begnijcie po walizki, wszystko wyjaśnę wam w samohodzie. - żucił szybko i pogonił nas gestem dłoni.
- Gdzie reszta? - sytałam, gdy wraz z Gerardem wbegaliśmy po schodach.
- Chyba śpią, choć znając Ray`a i Bob`a, to grają w to swoje video. - odparł. - Jak myślisz, o co chodzi?
- Nie mam pojęcia, ale wgląda na to, że jest źle. Bardzo źle.
8/29/2011
8/19/2011
006. If you marry me would you bury me?
Przepraszam, ale nie mogłam się powstrzymać ... Zobaczymy jak to dalej pociągnę. Dziękuję jeszcze raz za komentarze i kieruję do was kolejną prośbę, proszę, podpisujcie się, kiedy komentujecie. Dzięki jeszcze raz za wszystko ...
_______________
- Nosz ja pierdolę! Zemdlała, to tyle, Lindsey zrozum, że to nie musi oznaczać ...
- Jesteś facetem! Nic o tym nie wiesz. - czarnowłosa przerwała brutalnie Gerardowi, który bezskutecznie próbował wybić z jej głowy jakiś durny zapewne pomysł.
- Po pierwsze moi drodzy, nasza niewiasta się obudziła. A po drugie, ja też biorę to pod uwagę. - powiedział poważnie Ray.
- Czy ja się dowiem o co wam chodzi? - spytałam nieco otumaniona, jednak na tyle przebudzona, aby rzucić w Ray`a swoją torebką. - Nie nazywaj mnie niewiastą! A teraz gadajcie mi tu natychmiast, dlaczego mnie obgadujecie?
- Bo widzisz ... - zaczął Gee, jednak Frank mu przerwał.
- Lyn uważa, że jesteś w ciąży. - wypalił brunet, który jak dotąd milczał. Dopiero po chwili dotarły do mnie jego słowa. Roześmiałam się.
- Ja? A niby z kim?
- No nie wiem, może ... Z Mikeyem? Przecież wszyscy słyszeliśmy co działo się u was w sypialni! - zaśmiał się Gerard.
- Przesadziłeś. - skwitowała Lindsey siadając na siedzeniu obok mnie.
- Czy wy możecie się przestać kłócić? - wydarł się wreszcie Bob, który był już wyraźnie zmęczony tym wszystkim, co działo się w limuzynie. - Twój brat, a nasz najlepszy przyjaciel nie żyje, za pól godziny powinniśmy być na cmentarzu, a wy spekulujecie, że jego dziewczyna ma w brzuchu bachora? Opanujcie się wreszcie! Nie uważacie, że to nie najlepsza chwila na sprzeczki?
- Bob nie wtrącaj się! - warknął Gerard.
- Nie! On dobrze mówi. To nie jest odpowiedni moment na kłótnie i wrzaski. - powiedział Frank.
- Frankie, siedź cicho, to nie twoja sprawa! - Gee zwrócił się w stronę bruneta.
- ZAMKNIJCIE SIĘ! - wrzasnęłam nie mogąc dalej wysłuchiwać tego wszystkiego. W limuzynie zapadła cisza, oczy wszystkich były zwrócone w moją stronę. - Nie jestem w ciąży, a nawet jeśli to chyba moja, a nie wasza sprawa, prawda? - zaskoczeni pokiwali głowami. - No właśnie. Więc łaskawie siedźcie cicho i jedziemy na cmentarz. Chcę to mieć już za sobą. - dodałam, a Bob dał kierowcy znak, że może już jechać.
W milczeniu przemierzaliśmy kolejne dzielnice New Jersey. Muszę przyznać, że ta wiosna była wyjątkowo deszczowa, choć może po prostu pogoda próbowała wpasować się w nastrój panujący w Newark. Ulice wydawały się być bardziej puste niż zwykle, zimne krople deszczu uporczywie dudniły o metalowe daszki nad sklepami. To było jak muzyka, jak marsz pogrzebowy. Zamknęłam oczy i starałam się wczuć w melodię jaką dyktowała ulewa. Cichutko, gdzieś w głowie zaczęłam nucić The Ghost of You. Przypomnieli mi się ci ludzie sprzed kościoła. Fakt, że wszystko to, co podarowali Mikeyowi zniknęło w płomieniach i noc, którą chciałam upojnie spędzić z Frankiem, ze swoim przyjacielem. W myślach zobaczyłam też moment, w którym przyszedł do mnie duch ukochanego. Jestem chora psychicznie, zmarli ... Duchy po prostu nie istnieją. Nie ma czegoś takiego jak anioły stróże. Nie ma! Ale czy ja na pewno nie chcę w to wierzyć? Już sama nie wiem, czego chcę. Z drugiej strony, czy oni wszyscy w obliczu śmierci ukochanej osoby wiedzieli by, czego pragną? Życie to podobno tylko początek, trudne przygotowanie do tego co będzie potem, tego co odkryć mogą wszyscy ale za życia nikt się o tym nie dowie. Nie możemy być pewni co czeka nas po drugiej stronie, tam, gdzie trafimy może wcale nie być lepiej. Jaką ironią jest, że człowiek żywy jeszcze pisze o tym, co czeka nas po śmierci. Po co właściwie jest śmierć i dlaczego tak często umieramy w cierpieniu? Czy ten ból jest karą, czy może wstępem do piekieł?
- Jesteśmy. - z przemyśleń wyrwał mnie cichy, troskliwy głos Frankiego. Kiwnęłam głową. To teraz będę musiała opowiedzieć coś o ukochanym.
Rozejrzałam się w poszukiwaniu Rebecki. Brunetka siedziała na krawężniku przy bramie i wpatrywała się w naszą stronę z lekkim zdziwieniem. Zastanawiałam się o co jej do cholery chodzi. Dopiero po chwili dostrzegłam, że nie patrzy się na nas, tylko na coś, a właściwie kogoś, kto stał za nami. Powoli obróciłam głowę. No tak, chłopcy z Muse. Zaprosiliśmy ich, bo wiedzieliśmy jak bardzo lubili Mikeya. Matt, Dominic i Chris stali w milczeniu oparci o bramę. Matt i Chris gapili się w nicość, a Dom uważnie przyglądał się Rebece. Ich wzroki chyba się spotkały. Postanowiłam to przerwać.
- Rebecca, wchodzisz, czy nie? - zwróciłam się do przyjaciółki, która spojrzała wreszcie na mnie.
- Już idę. - powiedziała jak w transie i wstała z krawężnika.
Teraz wpuścili nas bez problemów. Większość osób już stała na trawniku wokół głębokiej dziury. Staliśmy tam przez chwilę, na samym przedzie, a kiedy już wszyscy się zebrali i uspokoili ksiądz podszedł do mikrofonu stojącego na podeście i rozpoczął swoją przemowę. Nie słuchałam tego co mówił. Próbowałam się jakoś przygotować do przemówienia, lecz im dłużej o tym myślałam, tym bardziej chciało mi się płakać. Odruchowo już wtuliłam twarz w obojczyk stojącego tuż przy mnie Franka. On pogładził mnie dłonią po włosach i położył swoją skroń na mojej głowie.
- Będzie dobrze. - szepnął mi prosto do ucha. Nie wierzyłam mu, nie potrafiłam, może nie chciałam. Zamknęłam oczy i pozwoliłam łzom płynąć. Trwałam tak w objęciach Frankiego kilkanaście minut.
- Teraz ty Alice. - powiedział opuszczając dłonie. Otarłam łzy i ruszyłam przed siebie co jakiś czas zerkając na osoby zebrane. Powoli weszłam na podest i przejechałam wzrokiem po twarzach zwróconych w moją stronę.
- Mikey ... Był synem, wnukiem, bratem, przyjacielem, idolem i jakkolwiek to nie brzmi, kochankiem. Miał wrogów, to prawda, ale czy jest ktoś wśród nas, kto nie ma wrogów? No właśnie. Przez ostatnie kilka dni zastanawiałam się nad tym jaki był i o której z tych cech wam opowiedzieć. Pomyślałam, że właściwie każda by się do tego nadawała, jednak dopiero kilkadziesiąt minut temu zdałam sobie sprawę z jednej ważnej rzeczy, mianowicie z faktu, że Mikey miał też przecież swoje złe strony i pomimo tego, że nie powinnam o nich mówić zrobię to.Nigdy nie wyobrażałam sobie, że będę musiała przemawiać nad czyimś grobem ... - nagle zauważyłam dziwną rzecz. Większość zebranych przestała płakać, a na ich twarzach pojawiły się uśmiechy, szerokie i szczere. Poczułam się dziwnie. Wyszczerzony Frank zrobił palcem kółko w powietrzu na znak, abym się obróciła. Rebecca, Lindsey i bob patrzyli z niedowierzaniem w moją stronę. Gerard wykonał ten sam gest, co Frank. To zmusiło mnie do obrócenia się. Stanęłam tyłem do ludzi i zesztywniałam. Widok, który zastałam wywołał u mnie nie mały szok. W garniturze, z zafarbowanymi, przyciętymi włosami, bez okularów, z pierścionkiem w ręce klęczał przede mną ... Mikey.
- Wyjdziesz za mnie? - usłyszałam. Te słowa rozbrzmiewały w mojej głowie przez kilka chwil, tego się nie spodziewałam. Wzięłam głęboki oddech, aby opanować uczucia, jakie mną targały. Delikatnie wzięłam do ręki pierścionek, kilka razy obracając go w palcach.
- Mikey jesteś ... jesteś ... - nie mogłam znaleźć odpowiedniego określenia na, w tej chwili, bruneta. - Jesteś najgorszym dupkiem, jaki ma okazję chodzić po tej ziemi. Odpierdol się ode mnie na zawsze! - wycedziłam przez zęby zostawiając go samego na podeście. Przyspieszyłam kroku po drodze wrzucając pierścionek do dwumetrowej dziury na trumnę. Przecisnęłam się przez tłum i wybiegłam z cmentarza zostawiając zaskoczone krzyki za sobą. Jedyne czego teraz pragnęłam, to znaleźć się jak najdalej stąd. Znienawidziłam go za to, że aby mi się oświadczyć musiał udawać martwego, musiał prawie doprowadzić do mojego samobójstwa. Rozpłakałam się. Przeszłam przez cmentarną bramę i rozejrzałam się. Dopiero po chwili dostrzegłam grupkę dziewczyn wyraźnie znęcających się nad jakąś różowowłosą. Dziewczyna wyraźnie mi kogoś przypominała. Natalie. Brunetka trzymała ją od tyłu za włosy i ręce, a blondyna wymierzała następne kopnięcia w brzuch. Widziałam, że ból był nie do zniesienia, bo dziewczyna z każdym kolejnym ciosem zwijała się coraz bardziej, z jej ust wypływała krew. Pozostałe dziewczyny tylko wykrzykiwały co jakiś czas obrzydliwe wyzwiska w skierowane do Natalie. Wiedziałam, że muszę coś z tym zrobić. Zrobiłam kilka kroków w ich stronę i wtedy zobaczyłam wzrok Natalie. Zauważyła mnie, bo w jej przymrużonych oczach pojawiła się iskierka nadziei. Przyspieszyłam i szarpnęłam blondynkę za kaptur, tak, że upadła na ziemię. Zaskoczona brunetka sama puściła dziewczynę, która zsunęła się na ziemię.
- Spadajcie. - warknęłam. - Spieprzać stąd, natychmiast! - krzyknęłam głośniej. Wszystkie dziewczyny zwiały, zostałam sama z różowowłosą. - Hej, Natalie, wszystko okej? Oddychaj powoli. - powiedziałam gładząc ją po włosach. - Możesz wstać? - spytałam, a dziewczyna krztusząc się krwią pokiwała głową na "tak". Powoli się podniosłam, po czym wzięłam ją pod ramię. Kiedy doszłyśmy do limuzyny, która czekała na parkingu Natalie była już prawie całkiem spokojna. Powoli wsiadłyśmy do auta. Poprosiłam kierowcę, aby podjechał pod nasz dom, najpierw się sprzeciwiał, że musi poczekać na chłopaków, ale krzyknęłam na niego, że ma jechać i w końcu ruszył.
- Mikey żyje. - powiedziałam po chwili ciszy, a dziewczyna uraczyła mnie co najmniej zaskoczonym wzrokiem.
- Jak to ... żyje? - spytała z niedowierzaniem ciągle powstrzymując krew.
- Żyje ... I ma się świetnie. - zakpiłam. Dziewczyna ciągle milczała, jednak rozchmurzyła się.
- Wiesz, podwieź mnie pod ten kościół, ja tam niedaleko mieszkam ... - powiedziała.
- Jesteś pewna? - spytałam, w końcu dziewczyna nie była w najlepszym stanie.
- Tak, dam sobie radę. - pokiwałam tylko głową i obróciłam się do kierowcy, aby podać mu mniej więcej dokładne namiary na kościół. Resztę drogi przebyliśmy w kompletnym milczeniu, nadal kipiałam ze złości, ale nie chciałam tego pokazywać przy Natalie. Dopiero kiedy podziękowała mi za pomoc i wysiadła z limuzyny walnęłam pięścią z całej siły w fotel i wyzwałam Mikeya od bezmyślnych, samolubnych skurwieli. Kiedy dojechaliśmy do domu wysiadłam z pojazdu trzaskając drzwiami i rzuciłam się do furtki. Wyjęłam zapasowy klucz zza doniczki z jakimś zielskiem. Słaba kryjówka, ale się przydaje. Weszłam do domu i nawet nie ściągając butów pobiegłam do sypialni swojej i Mikeya. Weszłam do środka i rozejrzałam się. Na półkach poukładane były zdjęcia, rysunki i figurki superbohaterów, kilka kubków ze Starbucksa poniewierało się na biurku wśród ołówków, książek i komiksów. To przypominało pokój jakiegoś nastolatka, ale Mikey tak też się zachowywał. Postanowiłam się wyładować. Jednym ruchem zrzuciłam na ziemię wszystko co znajdowało się na biurku i półkach, potargałam kilka rysunków i komiksów, które Mikey tak kochał. Przez cały ten czas śmiałam się jak wariatka. Potargane papiery rzuciłam na łóżko, na którym się po chwili położyłam. Przez myśl przeszło mi tylko, ze będę to musiała posprzątać, ale mu się należało. Zasnęłam wśród potarganych numerów specjalnych Batmana i rysunków postaci z Green Latern.
_______________
- Nosz ja pierdolę! Zemdlała, to tyle, Lindsey zrozum, że to nie musi oznaczać ...
- Jesteś facetem! Nic o tym nie wiesz. - czarnowłosa przerwała brutalnie Gerardowi, który bezskutecznie próbował wybić z jej głowy jakiś durny zapewne pomysł.
- Po pierwsze moi drodzy, nasza niewiasta się obudziła. A po drugie, ja też biorę to pod uwagę. - powiedział poważnie Ray.
- Czy ja się dowiem o co wam chodzi? - spytałam nieco otumaniona, jednak na tyle przebudzona, aby rzucić w Ray`a swoją torebką. - Nie nazywaj mnie niewiastą! A teraz gadajcie mi tu natychmiast, dlaczego mnie obgadujecie?
- Bo widzisz ... - zaczął Gee, jednak Frank mu przerwał.
- Lyn uważa, że jesteś w ciąży. - wypalił brunet, który jak dotąd milczał. Dopiero po chwili dotarły do mnie jego słowa. Roześmiałam się.
- Ja? A niby z kim?
- No nie wiem, może ... Z Mikeyem? Przecież wszyscy słyszeliśmy co działo się u was w sypialni! - zaśmiał się Gerard.
- Przesadziłeś. - skwitowała Lindsey siadając na siedzeniu obok mnie.
- Czy wy możecie się przestać kłócić? - wydarł się wreszcie Bob, który był już wyraźnie zmęczony tym wszystkim, co działo się w limuzynie. - Twój brat, a nasz najlepszy przyjaciel nie żyje, za pól godziny powinniśmy być na cmentarzu, a wy spekulujecie, że jego dziewczyna ma w brzuchu bachora? Opanujcie się wreszcie! Nie uważacie, że to nie najlepsza chwila na sprzeczki?
- Bob nie wtrącaj się! - warknął Gerard.
- Nie! On dobrze mówi. To nie jest odpowiedni moment na kłótnie i wrzaski. - powiedział Frank.
- Frankie, siedź cicho, to nie twoja sprawa! - Gee zwrócił się w stronę bruneta.
- ZAMKNIJCIE SIĘ! - wrzasnęłam nie mogąc dalej wysłuchiwać tego wszystkiego. W limuzynie zapadła cisza, oczy wszystkich były zwrócone w moją stronę. - Nie jestem w ciąży, a nawet jeśli to chyba moja, a nie wasza sprawa, prawda? - zaskoczeni pokiwali głowami. - No właśnie. Więc łaskawie siedźcie cicho i jedziemy na cmentarz. Chcę to mieć już za sobą. - dodałam, a Bob dał kierowcy znak, że może już jechać.
W milczeniu przemierzaliśmy kolejne dzielnice New Jersey. Muszę przyznać, że ta wiosna była wyjątkowo deszczowa, choć może po prostu pogoda próbowała wpasować się w nastrój panujący w Newark. Ulice wydawały się być bardziej puste niż zwykle, zimne krople deszczu uporczywie dudniły o metalowe daszki nad sklepami. To było jak muzyka, jak marsz pogrzebowy. Zamknęłam oczy i starałam się wczuć w melodię jaką dyktowała ulewa. Cichutko, gdzieś w głowie zaczęłam nucić The Ghost of You. Przypomnieli mi się ci ludzie sprzed kościoła. Fakt, że wszystko to, co podarowali Mikeyowi zniknęło w płomieniach i noc, którą chciałam upojnie spędzić z Frankiem, ze swoim przyjacielem. W myślach zobaczyłam też moment, w którym przyszedł do mnie duch ukochanego. Jestem chora psychicznie, zmarli ... Duchy po prostu nie istnieją. Nie ma czegoś takiego jak anioły stróże. Nie ma! Ale czy ja na pewno nie chcę w to wierzyć? Już sama nie wiem, czego chcę. Z drugiej strony, czy oni wszyscy w obliczu śmierci ukochanej osoby wiedzieli by, czego pragną? Życie to podobno tylko początek, trudne przygotowanie do tego co będzie potem, tego co odkryć mogą wszyscy ale za życia nikt się o tym nie dowie. Nie możemy być pewni co czeka nas po drugiej stronie, tam, gdzie trafimy może wcale nie być lepiej. Jaką ironią jest, że człowiek żywy jeszcze pisze o tym, co czeka nas po śmierci. Po co właściwie jest śmierć i dlaczego tak często umieramy w cierpieniu? Czy ten ból jest karą, czy może wstępem do piekieł?
- Jesteśmy. - z przemyśleń wyrwał mnie cichy, troskliwy głos Frankiego. Kiwnęłam głową. To teraz będę musiała opowiedzieć coś o ukochanym.
Rozejrzałam się w poszukiwaniu Rebecki. Brunetka siedziała na krawężniku przy bramie i wpatrywała się w naszą stronę z lekkim zdziwieniem. Zastanawiałam się o co jej do cholery chodzi. Dopiero po chwili dostrzegłam, że nie patrzy się na nas, tylko na coś, a właściwie kogoś, kto stał za nami. Powoli obróciłam głowę. No tak, chłopcy z Muse. Zaprosiliśmy ich, bo wiedzieliśmy jak bardzo lubili Mikeya. Matt, Dominic i Chris stali w milczeniu oparci o bramę. Matt i Chris gapili się w nicość, a Dom uważnie przyglądał się Rebece. Ich wzroki chyba się spotkały. Postanowiłam to przerwać.
- Rebecca, wchodzisz, czy nie? - zwróciłam się do przyjaciółki, która spojrzała wreszcie na mnie.
- Już idę. - powiedziała jak w transie i wstała z krawężnika.
Teraz wpuścili nas bez problemów. Większość osób już stała na trawniku wokół głębokiej dziury. Staliśmy tam przez chwilę, na samym przedzie, a kiedy już wszyscy się zebrali i uspokoili ksiądz podszedł do mikrofonu stojącego na podeście i rozpoczął swoją przemowę. Nie słuchałam tego co mówił. Próbowałam się jakoś przygotować do przemówienia, lecz im dłużej o tym myślałam, tym bardziej chciało mi się płakać. Odruchowo już wtuliłam twarz w obojczyk stojącego tuż przy mnie Franka. On pogładził mnie dłonią po włosach i położył swoją skroń na mojej głowie.
- Będzie dobrze. - szepnął mi prosto do ucha. Nie wierzyłam mu, nie potrafiłam, może nie chciałam. Zamknęłam oczy i pozwoliłam łzom płynąć. Trwałam tak w objęciach Frankiego kilkanaście minut.
- Teraz ty Alice. - powiedział opuszczając dłonie. Otarłam łzy i ruszyłam przed siebie co jakiś czas zerkając na osoby zebrane. Powoli weszłam na podest i przejechałam wzrokiem po twarzach zwróconych w moją stronę.
- Mikey ... Był synem, wnukiem, bratem, przyjacielem, idolem i jakkolwiek to nie brzmi, kochankiem. Miał wrogów, to prawda, ale czy jest ktoś wśród nas, kto nie ma wrogów? No właśnie. Przez ostatnie kilka dni zastanawiałam się nad tym jaki był i o której z tych cech wam opowiedzieć. Pomyślałam, że właściwie każda by się do tego nadawała, jednak dopiero kilkadziesiąt minut temu zdałam sobie sprawę z jednej ważnej rzeczy, mianowicie z faktu, że Mikey miał też przecież swoje złe strony i pomimo tego, że nie powinnam o nich mówić zrobię to.Nigdy nie wyobrażałam sobie, że będę musiała przemawiać nad czyimś grobem ... - nagle zauważyłam dziwną rzecz. Większość zebranych przestała płakać, a na ich twarzach pojawiły się uśmiechy, szerokie i szczere. Poczułam się dziwnie. Wyszczerzony Frank zrobił palcem kółko w powietrzu na znak, abym się obróciła. Rebecca, Lindsey i bob patrzyli z niedowierzaniem w moją stronę. Gerard wykonał ten sam gest, co Frank. To zmusiło mnie do obrócenia się. Stanęłam tyłem do ludzi i zesztywniałam. Widok, który zastałam wywołał u mnie nie mały szok. W garniturze, z zafarbowanymi, przyciętymi włosami, bez okularów, z pierścionkiem w ręce klęczał przede mną ... Mikey.
- Wyjdziesz za mnie? - usłyszałam. Te słowa rozbrzmiewały w mojej głowie przez kilka chwil, tego się nie spodziewałam. Wzięłam głęboki oddech, aby opanować uczucia, jakie mną targały. Delikatnie wzięłam do ręki pierścionek, kilka razy obracając go w palcach.
- Mikey jesteś ... jesteś ... - nie mogłam znaleźć odpowiedniego określenia na, w tej chwili, bruneta. - Jesteś najgorszym dupkiem, jaki ma okazję chodzić po tej ziemi. Odpierdol się ode mnie na zawsze! - wycedziłam przez zęby zostawiając go samego na podeście. Przyspieszyłam kroku po drodze wrzucając pierścionek do dwumetrowej dziury na trumnę. Przecisnęłam się przez tłum i wybiegłam z cmentarza zostawiając zaskoczone krzyki za sobą. Jedyne czego teraz pragnęłam, to znaleźć się jak najdalej stąd. Znienawidziłam go za to, że aby mi się oświadczyć musiał udawać martwego, musiał prawie doprowadzić do mojego samobójstwa. Rozpłakałam się. Przeszłam przez cmentarną bramę i rozejrzałam się. Dopiero po chwili dostrzegłam grupkę dziewczyn wyraźnie znęcających się nad jakąś różowowłosą. Dziewczyna wyraźnie mi kogoś przypominała. Natalie. Brunetka trzymała ją od tyłu za włosy i ręce, a blondyna wymierzała następne kopnięcia w brzuch. Widziałam, że ból był nie do zniesienia, bo dziewczyna z każdym kolejnym ciosem zwijała się coraz bardziej, z jej ust wypływała krew. Pozostałe dziewczyny tylko wykrzykiwały co jakiś czas obrzydliwe wyzwiska w skierowane do Natalie. Wiedziałam, że muszę coś z tym zrobić. Zrobiłam kilka kroków w ich stronę i wtedy zobaczyłam wzrok Natalie. Zauważyła mnie, bo w jej przymrużonych oczach pojawiła się iskierka nadziei. Przyspieszyłam i szarpnęłam blondynkę za kaptur, tak, że upadła na ziemię. Zaskoczona brunetka sama puściła dziewczynę, która zsunęła się na ziemię.
- Spadajcie. - warknęłam. - Spieprzać stąd, natychmiast! - krzyknęłam głośniej. Wszystkie dziewczyny zwiały, zostałam sama z różowowłosą. - Hej, Natalie, wszystko okej? Oddychaj powoli. - powiedziałam gładząc ją po włosach. - Możesz wstać? - spytałam, a dziewczyna krztusząc się krwią pokiwała głową na "tak". Powoli się podniosłam, po czym wzięłam ją pod ramię. Kiedy doszłyśmy do limuzyny, która czekała na parkingu Natalie była już prawie całkiem spokojna. Powoli wsiadłyśmy do auta. Poprosiłam kierowcę, aby podjechał pod nasz dom, najpierw się sprzeciwiał, że musi poczekać na chłopaków, ale krzyknęłam na niego, że ma jechać i w końcu ruszył.
- Mikey żyje. - powiedziałam po chwili ciszy, a dziewczyna uraczyła mnie co najmniej zaskoczonym wzrokiem.
- Jak to ... żyje? - spytała z niedowierzaniem ciągle powstrzymując krew.
- Żyje ... I ma się świetnie. - zakpiłam. Dziewczyna ciągle milczała, jednak rozchmurzyła się.
- Wiesz, podwieź mnie pod ten kościół, ja tam niedaleko mieszkam ... - powiedziała.
- Jesteś pewna? - spytałam, w końcu dziewczyna nie była w najlepszym stanie.
- Tak, dam sobie radę. - pokiwałam tylko głową i obróciłam się do kierowcy, aby podać mu mniej więcej dokładne namiary na kościół. Resztę drogi przebyliśmy w kompletnym milczeniu, nadal kipiałam ze złości, ale nie chciałam tego pokazywać przy Natalie. Dopiero kiedy podziękowała mi za pomoc i wysiadła z limuzyny walnęłam pięścią z całej siły w fotel i wyzwałam Mikeya od bezmyślnych, samolubnych skurwieli. Kiedy dojechaliśmy do domu wysiadłam z pojazdu trzaskając drzwiami i rzuciłam się do furtki. Wyjęłam zapasowy klucz zza doniczki z jakimś zielskiem. Słaba kryjówka, ale się przydaje. Weszłam do domu i nawet nie ściągając butów pobiegłam do sypialni swojej i Mikeya. Weszłam do środka i rozejrzałam się. Na półkach poukładane były zdjęcia, rysunki i figurki superbohaterów, kilka kubków ze Starbucksa poniewierało się na biurku wśród ołówków, książek i komiksów. To przypominało pokój jakiegoś nastolatka, ale Mikey tak też się zachowywał. Postanowiłam się wyładować. Jednym ruchem zrzuciłam na ziemię wszystko co znajdowało się na biurku i półkach, potargałam kilka rysunków i komiksów, które Mikey tak kochał. Przez cały ten czas śmiałam się jak wariatka. Potargane papiery rzuciłam na łóżko, na którym się po chwili położyłam. Przez myśl przeszło mi tylko, ze będę to musiała posprzątać, ale mu się należało. Zasnęłam wśród potarganych numerów specjalnych Batmana i rysunków postaci z Green Latern.
8/01/2011
005. And all I wanted to say, and all I gotta do .
- Alice, chodź już! - usłyszałam krzyk Raya jednak nie miałam zamiaru stąd wychodzić. Nie chciałam patrzeć na martwe, blade i zimne ciało Mikeya. Wiem, że nie wytrzymałabym tego. Potem wsadzali by go do ziemi w hebanowej trumnie, a ja bym tam stała i musiała gadać o tym jaki to on nie był wspaniały. Przemowy pogrzebowe były jedyną rzeczą, jaka wywoływała u mnie tak skrajne emocje. Nie, nie mogłam tam do nich zejść.
- Alice, jesteś tu? - do pokoju wszedł Gerard. Milczałam w nadziei, że nie wpadnie mu do głowy pomysł zajrzenia do szafy. Przez szparkę w drzwiach widziałam jego eleganckie buty nieuchronnie zbliżające się do mnie. Kucnął przy szafie i trochę bardziej uchylił drzwi.
- Proszę cię, nie każ mi tam iść. - wyjąkałam klęcząc na zimnych panelach.
- To nie ja ci każę, sama powinnaś chcieć tam być. Pożegnać go, przemówić nad jego grobem. Powiedzieć kim był dla ciebie, jaki był wobec zespołu, fanów. Jesteś jedną z dwóch osób, które zrobiły by to najlepiej. Drugą jestem ja, ale ja mam strasznie słabe nerwy i nie nadaję się do mówienia. Poza tym, to ciebie o to poproszono. - uśmiechnął się blado. - Idziesz? - spytał wstając i wyciągając rękę w moją stronę.
- Dobrze. - odparłam cicho. Podniosłam się z podłogi i otrzepałam czarną tiulową sukienkę z niewidzialnego brudu. Przyznam szczerze - bałam się jak cholera. Nie wiem czego, po prostu czułam okropny, przeszywający strach. nogi miałam jak z waty, ale udało mi się jakoś utrzymywać w pionie. Powoli złapałam rękę Gerarda. Jego kojący uśmiech sprawił, że poczułam się nieco lepiej. Poszliśmy do reszty. Wszyscy ubrani na czarno, szaro lub w przypadku Franka z czerwonymi akcentami wyszliśmy z domu. Między nami panowała niezmącona cisza. Bob zamknął za nami drzwi, wszyscy stali i czekali, aż przestanie mocować się z zamkiem. Ja nie miałam zamiaru tam stać i od razu poszłam do limuzyny. Wnętrze pojazdu było duże i przestronne. Dwie trzyosobowe kanapy na przeciwko siebie i inne bajery ... Nie miałam czasu ani chęci na oglądanie tego wszystkiego. Usiadłam przy oknie i parzyłam jak Frank odpycha Boba od zamka i sam próbuje zamknąć drzwi. Oczywiście udało się to dopiero Lyn-Z, która ledwo dotknęła klucza, a drzwi już były zamknięte. Cała piątka podeszła do samochodu. Kiedy już wszyscy zajęli miejsca limuzyna ruszyła. Wszyscy milczeliśmy, bo tak na prawdę to o czym mielibyśmy gadać? Po kilku minutach gapienia się na krople deszczu, które uporczywie waliły w szybę zaczęłam zdawać sobie sprawę co się dzieje, gdzie i po co jedziemy. W moich oczach zebrały się łzy smutku i goryczy. Dobrze wiedziałam, że Frank miał rację mówiąc, że to przeze mnie Mikey nie żyje, jednak czułam się w tej chwili niewiarygodnie silna. Jakby cała energia, jaką straciłam przez śmierć ukochanego w tej chwili powróciła. Dziwne ukłucie w sercu sprawiło, że miałam wrażenie iż jeszcze dziś stanie się coś niespodziewanego. Z przemyśleń wyrwał mnie głośny dzwonek czyjegoś telefonu. Wszyscy spojrzeliśmy po sobie, po czym dostałam w twarz swoją torebką.
- Twój. - stwierdził napastnik. Jak się okazało Bob.
Powoli otworzyłam torbę i wyjęłam swoją komórkę. Na wyświetlaczu pokazało mi się zdjęcie brunetki o włoskiej urodzie. Rebecca była moją przyjaciółką z dawnych lat, która została zaproszona na "uroczystość". Z bladym uśmiechem odebrałam telefon.
- Halo? - usłyszałam w słuchawce niepewny, damski głos.
- Hej. - powiedziałam krótko, po czym zmierzyłam wzrokiem Franka, który przyglądał mi się odkąd tylko wsiadł do samochodu.
- Alice ... Matko kochana, jak ja dawno nie słyszałam twojego głosu. - stwierdziła przez telefon. - Ale nie po to dzwonię, jestem już ... Jestem przy cmentarzu, ale nie chcą mnie wpuścić. - powiedziała.
- Poczekaj chwilkę. - poprosiłam przykładając telefon do dekoldu.
- Ile będzie trwała ta szopka przy zwłokach? - spytałam zwracając głowę w stronę Gerarda.
- Jakieś ... Dwadzieścia minut. Tak myślę. - wymamrotał gapiąc się gdzieś za okno. Słuchawka powoli wróciła na miejsce.
- Będziemy tam za jakieś pół godziny. - stwierdziłam kręcąc głową.
- To co ja przez ten czas mam robić? - spytała Rebecca ze zrezygnowaniem w głosie.
- Nie wiem ... Idź gdzieś.
- Jasne. - mruknęła.- W długiej czarnej sukni i gorsecie ... - zastanowiła się chwilę. - Wiesz, chyba masz rację, przejdę się po mieście. - dodała nieco raźniej i rozłączyła się.
Z lekkim uśmiechem schowałam telefon do torby i wróciłam do obserwowania świata zewnętrznego.
*****
Weszliśmy do sporej sali. Po środku podłogi ciągnął się aż do przeciwległej ściany długi, czerwony dywan. Po jego obu stronach stały zapalone świece. Na przeciwko nas znajdował się niski podest z otwartą, mahoniową trumną wyłożoną bordowym atłasem. Naokoło podestu i trumny były bukiety kwiatów. Sala oświetlona była tylko owymi świecami i kilkoma kinkietami. Krótko mówiąc, czułam się jak na obrządkach satanistycznych. Zrobiłam nieśmiały krok w przód, za mną weszła reszta. Usłyszałam jak drzwi za nami się zamykają. Z przejścia w bocznej ścianie wyszedł mężczyzna. Miał około trzydzieści lat.
- Witam. Możecie państwo podchodzić do podestu pojedynczo - zaczął opowiadać, jakby to była jakaś wycieczka krajoznawcza. - i wkładać do trumny wszystko to, co państwo sobie przygotowali. Mile widziane jest zagadanie do umarłego. - myślałam, że mu przywalę. - Zastrzegam jedynie, aby nie dotykać zwłok. - dodał i wrócił w miejsce, z którego przyszedł.
- Takich ludzi mam ochotę rozszarpać na miejscu. - powiedział ze wściekłością Frank.
- Uspokój się. - powiedział Gee kładąc rękę na ramieniu bruneta. - Kto idzie pierwszy?
- Chyba ty, powinieneś iść, kochanie. Był twoim bratem. - szepnęła Lindsey wbijając wzrok w jedną ze świec.
- Dobrze ... - powiedział Gerard i ruszył przed siebie ze spuszczoną głową. Wszedł powoli o schodkach i pochylił się delikatnie nad Mikeyem.
- Cześć braciszku. Przyszliśmy ... Przyszliśmy aby cię pożegnać. Niestety nie ma cię już z nami. Jak zapewne wiesz, od twojego odejścia nic już właściwie nie jest takie jak przedtem. W naszym domu jest teraz strasznie pusto. Bez tych twoich śmiechów, żartów i dźwięków, które wydawałeś z siebie podczas grania na basie czuję się samotny. Czuję jakby ktoś odebrał mi cząstkę mnie. Bo tak właściwie jest. - jego łamiący się głos odbijał się echem od ścian przez co słyszeliśmy idealnie każde słowo. - Mam coś dla ciebie, wiesz? Wątpię, że ci się przyda w niebie, czy gdzie tam indziej trafisz, ale wiem, że to właściwie jedyna rzecz, którą mógłbym ci teraz podarować. Twoja ukochana płyta The Smashing Pumpkins. Brakowało ci jej, prawda? To ja ją schowałem, tak dla żartów. I ... - chyba zaczął płakać. - I odebrałem ci muzykę, jedną z rzeczy które kochałeś najbardziej na świecie. Odebrałem ci ją w ostatnich chwilach twojego życia. Tak strasznie cię przepraszam. Ty się złościłeś, a mnie to bawiło. Z resztą często ci dokuczałem. Ale ... czy nie taka jest rola starszego brata, przynajmniej po części? Przecież opiekowałem się tobą w trudnych dla ciebie chwilach. Pomagałem ci odkąd byłeś jeszcze mały. To ja nauczyłem cię jeździć na rowerze, to ja pokazałem ci gdzie podają najlepszą pizzę. Jednak ... mogłem być lepszym bratem, wiem. Mogłem się tobą bardziej interesować, częściej słuchać tego co masz mi do powiedzenia i stosować się do twoich rad. Mogłem nie śmiać się z ciebie, kiedy mówiłeś, że jednorożce istnieją, bo ty w nie wierzyłeś i powinienem był to uszanować. Ale skoro byłem taki straszny, to dlaczego pytałeś mnie o radę, kiedy tak na prawdę dobrze wiedziałeś, że jestem ostatnią osobą, która powinna doradzać ci w sprawach sercowych? Teraz chcę przeprosić, szkoda tylko, że nie zrobiłem tego wcześniej. Kiedy jeszcze żyłeś. Mam nadzieję, że przyjmiesz nawet takie przeprosiny. Pamiętaj, że cię kocham ... - położył płytę obok Mikeya i podszedł do nas. Ocierał oczy chusteczką, a mnie samej, po tym co usłyszałam drgała lekko dolna warga.
- Alice ... Teraz ty. - powiedział i przytulił się do Lyn-Z.
Z kwiatkiem w dłoni powoli ruszyłam przed siebie. Bałam się widoku martwego Mikeya, bałam się jak cholera. Moje serce waliło niemal tak szybko jak w czasie wypadku. Postawiłam nogę na pierwszym stopniu schodków i powoli weszłam na górę. Podeszłam do trumny i zamknęłam oczy starając się zebrać myśli i coś powiedzieć. Podniosłam powoli powieki. Miałam mu tak wiele do powiedzenia. Jego blond włosy delikatnie opadały na bordowy alabaster. Widok martwiej, przypudrowanej twarzy o zamkniętych oczach i sinych ustach sprawił, że moje oczy napłynęły łzami. Miałam przez chwilę wrażenie, że na kilka sekund przestałam oddychać.
- Witaj, kochanie. - wzięłam głęboki oddech. - Strasznie mi ciebie teraz brakuje, wiesz? Brakuje mi twojego głosu, dotyku, dźwięku twojego Fendera. Brakuje mi twojego zapachu. Nigdy ci chyba jeszcze tego nie mówiłam, ale pachniałeś siarką i kawą. Nawet nie wiesz, jak strasznie kochałam ten zapach. Ten moment w którym po waszym ciężkim koncercie opadałeś bezwiednie na łóżko, a ja się budziłam i na przywitanie prosiłeś mnie o kubek kawy. Po jakimś czasie już wiedziałam, żeby na kilka minut, przed waszym przyjazdem do hotelu mieć gotową kawę. Tego też mi brakuje. Tych momentów, kiedy między piosenkami ściągałeś bas, aby podejść do mnie za kulisy i pocałować mnie. Niestety ... Rozstaliśmy się w kłótni. Ja naprawdę nie wiem, dlaczego ci zrobiłam tą awanturę przed kawiarnią. Powinnam była zrozumieć, że takie są uroki posiadania sławnego faceta. Przepraszam, że krzyczałam ... Że chciałam się z tobą rozstać. Pamiętasz co powiedziałam tam, na ulicy, kiedy umierałeś na moich rękach? Powiedziałam, że cię nie pocałuję, bo to by oznaczało koniec. Ile bym teraz dała, aby cię pocałować ... Mam dla ciebie kilka rzeczy. Najpierw ta róża. To od fanów, nawet nie wiesz jak ich to wszystko boli. Oni na prawdę cię kochali ... kochają. Mam jeszcze od nich list. Miałam go nie czytać ... I nie czytałam. Zostawiam go tobie. - powiedziałam wkładając różę i list do trumny. - Teraz coś ode mnie. Mam tutaj łańcuszek, który mi dałeś. - powiedziałam ściągając z szyi ozdobę. - Zatrzymaj go na pamiątkę, mnie to za bardzo boli. Pamiętasz, jak się poznaliśmy? Wpadłeś na mnie uciekając przed fankami, a ja pomogłam ci się ukryć. Kurwa. Przepraszam. Przepraszam, bo czuję, że muszę. Za wszystko. Za to, że przeze mnie nie żyjesz. Ja .. Ja wiem, ze gdybym ci nie pozwoliła odejść, gdybym nie posłuchała tego cholernego głosu w mojej głowie ... Żyłbyś teraz. Przepraszam jeszcze raz i ... Żegnaj kochanie. - powiedziałam kładąc w jego dłoni łańcuszek. Kiedy już podeszłam do reszty przytuliłam się do Franka najmocniej jak umiałam.
- Teraz ja. - szepnął mi do ucha. Zrobił to na tyle głośno, że każdy usłyszał.
- Idź stary. - powiedział krzepiąco Ray, który zawsze utrzymywał zdrowy rozsądek.
Frank ruszył między świeczkami ze spuszczoną głową. Niemalże wbiegł na podest.
- Cześć stary. Kurcze, wiedziałem, że tak skończysz. Tylko czemu kurwa tak szybko? Nie spodziewałem się, że tak szybko będę musiał przemawiać nad twoim martwym ciałem. Powiem ci, że byłeś dla mnie czymś więcej niż przyjacielem, byłeś niemalże jak brat, którego zawsze chciałem mieć. Byłeś rok starszy, a traktowałeś mnie jak rówieśnika, jakby ten rok różnicy nie istniał. Nigdy ci tego nie mówiłem, ale byłeś naprawdę zajebistym basistom, przepraszam, że cię nigdy nie chwaliłem, nawet wtedy, kiedy mówiłeś, ze jesteś do kitu. Mówiłem tylko "Nie prawda" zamiast uświadomić ci jak zajebisty jesteś. Teraz już nie będę mógł pochwalić twojego wstępu do The Ghost of You, który zawsze mi się podobał. Zawsze narzekałeś, że twoja torba jest pusta, ale nie chce ci się iść na miasto i kupić naszywek więc ... Może to głupie, ale teraz daję ci właśnie naszywki, jedna jest nawet z jednorożcem. Kupiłem je już dawno, ale czekałem na odpowiedni moment, szkoda, że nadszedł dopiero teraz. Mam dla ciebie coś jeszcze. Ostatnio jak byłem na spacerze i wpadłem na taki pomysł, a że akurat miałem wenę, to to zrobiłem własnoręcznie i od razu wiedziałem, że muszę ci to dać. Ja wiem, że to drugi, jeszcze głupszy od poprzedniego prezent, ale nie mogłem się normalnie powstrzymać. To taka szmaciana lalka ... Ja wiem, że nie mam talentu, ale jakoś mnie tak wzięło. Ona .. Oczywiście przedstawia ciebie, z tosterem i widelcem. Ja wiem, że takie żarty są nieco nie na miejscu, ale ty zawsze miałeś poczucie humoru. Mam nadzieję, ze tam gdzie trafisz będzie ci lepiej niż tu, na ziemi. Spoczywaj w pokoju i tak dalej. - położył laleczkę na piersi Mikeya i wrócił do nas.
- Mam iść, czy wolisz ty pierwsza? - Ray zwrócił się do Lindsey.
- Ja pójdę. - powiedział cicho blondyn, którego do tej pory żadne z nas nie zauważyło. W milczeniu oderwał się od ściany i powolnym krokiem podszedł do trumny.
- Nie będę się witał, bo nie wiem nawet czy to słyszysz, ale mówię do ciebie ... A właściwie do twojego trupa, bo chcę powiedzieć coś, czego nie zdążyłem ci powiedzieć kiedy jeszcze żyłeś. Czyli właściwie robię to samo co reszta. Więc ... Byłeś tak na prawdę jedyną osobą w zespole, która mnie zauważała częściej, niż tylko wtedy, kiedy grałem. Nie miałem pojęcia dlaczego tak robiłeś. Podczas, kiedy chłopaki szli do baru ty zostawałeś ze mną, bo byłem chory. Razem graliśmy w gdy video i ... będzie mi tego szczerze brakować. Czasem twoje zachowanie mnie irytowało, wkurwiałeś mnie tym, że się mną interesowałeś. Ale to nie dla tego, że cię nie lubiłem, bo lubiłem, byłeś moim przyjacielem, ale dlatego, że byłeś jedyny. Nie przyzwyczaiłem się do tego, że ktoś się mną interesuje. Wszyscy coś dla ciebie mają, płyty, listy, naszywki. Ja ... Ja nie mam nic, co mógłbym ci dać. Nawet chciałem ... Ale po co? Wszystko co ci chciałem dać, dałem ci jeszcze za życia, bo nie chciałem czekać na taki moment jak ten, aby dać ci komiks z serii limitowanej, płytę, czy zestaw naklejek z twoimi ulubionymi zespołami. Chociaż mogłeś sobie darować ozdabianie nimi tostera i ekspresu do kawy. Tego kurestwa się nie da odkleić i teraz za każdym razem, gdy będę pił poranną kawę będziesz mi się przypominał ty. Kiedy to wstawałeś tak cholernie wcześnie i robiłeś nam wszystkim espresso, bo ty robiłeś najlepsze. Jego też będzie mi brakowało. I będzie mi brak widoku twojego uśmiechniętego ryja w przerwach między piosenkami na koncertach. Już mi tego wszystkiego brakuje, ale jeszcze się trzymam. Jakoś sobie radzę, bo wiem .. No dobra, nie wiem, ale czuję, że ty tu jesteś i ... - dalej nie słuchałam. Strasznie zakręciło mi się w głowie. Oparłam się o ścianę, a potem osunęłam się na zimne kafelki. Docierały do mnie tylko pojedyncze dźwięki. Poczułam silne ukłucie w podbrzuszu. Ciemnobrązowe kafelki rozmazywały mi się przed oczami, miałam wrażenie, że tańczą.
- Matko kochana, to pewnie przez te emocje ... i ten dym ze świeczek i zapach kwiatów i ... ohhh, chłopaki weźcie ją na zewnątrz. - usłyszałam niewyraźny i cichy głos Lyn-Z. Dochodzący jakby z bardzo daleka.
CDN ...
- Alice, jesteś tu? - do pokoju wszedł Gerard. Milczałam w nadziei, że nie wpadnie mu do głowy pomysł zajrzenia do szafy. Przez szparkę w drzwiach widziałam jego eleganckie buty nieuchronnie zbliżające się do mnie. Kucnął przy szafie i trochę bardziej uchylił drzwi.
- Proszę cię, nie każ mi tam iść. - wyjąkałam klęcząc na zimnych panelach.
- To nie ja ci każę, sama powinnaś chcieć tam być. Pożegnać go, przemówić nad jego grobem. Powiedzieć kim był dla ciebie, jaki był wobec zespołu, fanów. Jesteś jedną z dwóch osób, które zrobiły by to najlepiej. Drugą jestem ja, ale ja mam strasznie słabe nerwy i nie nadaję się do mówienia. Poza tym, to ciebie o to poproszono. - uśmiechnął się blado. - Idziesz? - spytał wstając i wyciągając rękę w moją stronę.
- Dobrze. - odparłam cicho. Podniosłam się z podłogi i otrzepałam czarną tiulową sukienkę z niewidzialnego brudu. Przyznam szczerze - bałam się jak cholera. Nie wiem czego, po prostu czułam okropny, przeszywający strach. nogi miałam jak z waty, ale udało mi się jakoś utrzymywać w pionie. Powoli złapałam rękę Gerarda. Jego kojący uśmiech sprawił, że poczułam się nieco lepiej. Poszliśmy do reszty. Wszyscy ubrani na czarno, szaro lub w przypadku Franka z czerwonymi akcentami wyszliśmy z domu. Między nami panowała niezmącona cisza. Bob zamknął za nami drzwi, wszyscy stali i czekali, aż przestanie mocować się z zamkiem. Ja nie miałam zamiaru tam stać i od razu poszłam do limuzyny. Wnętrze pojazdu było duże i przestronne. Dwie trzyosobowe kanapy na przeciwko siebie i inne bajery ... Nie miałam czasu ani chęci na oglądanie tego wszystkiego. Usiadłam przy oknie i parzyłam jak Frank odpycha Boba od zamka i sam próbuje zamknąć drzwi. Oczywiście udało się to dopiero Lyn-Z, która ledwo dotknęła klucza, a drzwi już były zamknięte. Cała piątka podeszła do samochodu. Kiedy już wszyscy zajęli miejsca limuzyna ruszyła. Wszyscy milczeliśmy, bo tak na prawdę to o czym mielibyśmy gadać? Po kilku minutach gapienia się na krople deszczu, które uporczywie waliły w szybę zaczęłam zdawać sobie sprawę co się dzieje, gdzie i po co jedziemy. W moich oczach zebrały się łzy smutku i goryczy. Dobrze wiedziałam, że Frank miał rację mówiąc, że to przeze mnie Mikey nie żyje, jednak czułam się w tej chwili niewiarygodnie silna. Jakby cała energia, jaką straciłam przez śmierć ukochanego w tej chwili powróciła. Dziwne ukłucie w sercu sprawiło, że miałam wrażenie iż jeszcze dziś stanie się coś niespodziewanego. Z przemyśleń wyrwał mnie głośny dzwonek czyjegoś telefonu. Wszyscy spojrzeliśmy po sobie, po czym dostałam w twarz swoją torebką.
- Twój. - stwierdził napastnik. Jak się okazało Bob.
Powoli otworzyłam torbę i wyjęłam swoją komórkę. Na wyświetlaczu pokazało mi się zdjęcie brunetki o włoskiej urodzie. Rebecca była moją przyjaciółką z dawnych lat, która została zaproszona na "uroczystość". Z bladym uśmiechem odebrałam telefon.
- Halo? - usłyszałam w słuchawce niepewny, damski głos.
- Hej. - powiedziałam krótko, po czym zmierzyłam wzrokiem Franka, który przyglądał mi się odkąd tylko wsiadł do samochodu.
- Alice ... Matko kochana, jak ja dawno nie słyszałam twojego głosu. - stwierdziła przez telefon. - Ale nie po to dzwonię, jestem już ... Jestem przy cmentarzu, ale nie chcą mnie wpuścić. - powiedziała.
- Poczekaj chwilkę. - poprosiłam przykładając telefon do dekoldu.
- Ile będzie trwała ta szopka przy zwłokach? - spytałam zwracając głowę w stronę Gerarda.
- Jakieś ... Dwadzieścia minut. Tak myślę. - wymamrotał gapiąc się gdzieś za okno. Słuchawka powoli wróciła na miejsce.
- Będziemy tam za jakieś pół godziny. - stwierdziłam kręcąc głową.
- To co ja przez ten czas mam robić? - spytała Rebecca ze zrezygnowaniem w głosie.
- Nie wiem ... Idź gdzieś.
- Jasne. - mruknęła.- W długiej czarnej sukni i gorsecie ... - zastanowiła się chwilę. - Wiesz, chyba masz rację, przejdę się po mieście. - dodała nieco raźniej i rozłączyła się.
Z lekkim uśmiechem schowałam telefon do torby i wróciłam do obserwowania świata zewnętrznego.
*****
Weszliśmy do sporej sali. Po środku podłogi ciągnął się aż do przeciwległej ściany długi, czerwony dywan. Po jego obu stronach stały zapalone świece. Na przeciwko nas znajdował się niski podest z otwartą, mahoniową trumną wyłożoną bordowym atłasem. Naokoło podestu i trumny były bukiety kwiatów. Sala oświetlona była tylko owymi świecami i kilkoma kinkietami. Krótko mówiąc, czułam się jak na obrządkach satanistycznych. Zrobiłam nieśmiały krok w przód, za mną weszła reszta. Usłyszałam jak drzwi za nami się zamykają. Z przejścia w bocznej ścianie wyszedł mężczyzna. Miał około trzydzieści lat.
- Witam. Możecie państwo podchodzić do podestu pojedynczo - zaczął opowiadać, jakby to była jakaś wycieczka krajoznawcza. - i wkładać do trumny wszystko to, co państwo sobie przygotowali. Mile widziane jest zagadanie do umarłego. - myślałam, że mu przywalę. - Zastrzegam jedynie, aby nie dotykać zwłok. - dodał i wrócił w miejsce, z którego przyszedł.
- Takich ludzi mam ochotę rozszarpać na miejscu. - powiedział ze wściekłością Frank.
- Uspokój się. - powiedział Gee kładąc rękę na ramieniu bruneta. - Kto idzie pierwszy?
- Chyba ty, powinieneś iść, kochanie. Był twoim bratem. - szepnęła Lindsey wbijając wzrok w jedną ze świec.
- Dobrze ... - powiedział Gerard i ruszył przed siebie ze spuszczoną głową. Wszedł powoli o schodkach i pochylił się delikatnie nad Mikeyem.
- Cześć braciszku. Przyszliśmy ... Przyszliśmy aby cię pożegnać. Niestety nie ma cię już z nami. Jak zapewne wiesz, od twojego odejścia nic już właściwie nie jest takie jak przedtem. W naszym domu jest teraz strasznie pusto. Bez tych twoich śmiechów, żartów i dźwięków, które wydawałeś z siebie podczas grania na basie czuję się samotny. Czuję jakby ktoś odebrał mi cząstkę mnie. Bo tak właściwie jest. - jego łamiący się głos odbijał się echem od ścian przez co słyszeliśmy idealnie każde słowo. - Mam coś dla ciebie, wiesz? Wątpię, że ci się przyda w niebie, czy gdzie tam indziej trafisz, ale wiem, że to właściwie jedyna rzecz, którą mógłbym ci teraz podarować. Twoja ukochana płyta The Smashing Pumpkins. Brakowało ci jej, prawda? To ja ją schowałem, tak dla żartów. I ... - chyba zaczął płakać. - I odebrałem ci muzykę, jedną z rzeczy które kochałeś najbardziej na świecie. Odebrałem ci ją w ostatnich chwilach twojego życia. Tak strasznie cię przepraszam. Ty się złościłeś, a mnie to bawiło. Z resztą często ci dokuczałem. Ale ... czy nie taka jest rola starszego brata, przynajmniej po części? Przecież opiekowałem się tobą w trudnych dla ciebie chwilach. Pomagałem ci odkąd byłeś jeszcze mały. To ja nauczyłem cię jeździć na rowerze, to ja pokazałem ci gdzie podają najlepszą pizzę. Jednak ... mogłem być lepszym bratem, wiem. Mogłem się tobą bardziej interesować, częściej słuchać tego co masz mi do powiedzenia i stosować się do twoich rad. Mogłem nie śmiać się z ciebie, kiedy mówiłeś, że jednorożce istnieją, bo ty w nie wierzyłeś i powinienem był to uszanować. Ale skoro byłem taki straszny, to dlaczego pytałeś mnie o radę, kiedy tak na prawdę dobrze wiedziałeś, że jestem ostatnią osobą, która powinna doradzać ci w sprawach sercowych? Teraz chcę przeprosić, szkoda tylko, że nie zrobiłem tego wcześniej. Kiedy jeszcze żyłeś. Mam nadzieję, że przyjmiesz nawet takie przeprosiny. Pamiętaj, że cię kocham ... - położył płytę obok Mikeya i podszedł do nas. Ocierał oczy chusteczką, a mnie samej, po tym co usłyszałam drgała lekko dolna warga.
- Alice ... Teraz ty. - powiedział i przytulił się do Lyn-Z.
Z kwiatkiem w dłoni powoli ruszyłam przed siebie. Bałam się widoku martwego Mikeya, bałam się jak cholera. Moje serce waliło niemal tak szybko jak w czasie wypadku. Postawiłam nogę na pierwszym stopniu schodków i powoli weszłam na górę. Podeszłam do trumny i zamknęłam oczy starając się zebrać myśli i coś powiedzieć. Podniosłam powoli powieki. Miałam mu tak wiele do powiedzenia. Jego blond włosy delikatnie opadały na bordowy alabaster. Widok martwiej, przypudrowanej twarzy o zamkniętych oczach i sinych ustach sprawił, że moje oczy napłynęły łzami. Miałam przez chwilę wrażenie, że na kilka sekund przestałam oddychać.
- Witaj, kochanie. - wzięłam głęboki oddech. - Strasznie mi ciebie teraz brakuje, wiesz? Brakuje mi twojego głosu, dotyku, dźwięku twojego Fendera. Brakuje mi twojego zapachu. Nigdy ci chyba jeszcze tego nie mówiłam, ale pachniałeś siarką i kawą. Nawet nie wiesz, jak strasznie kochałam ten zapach. Ten moment w którym po waszym ciężkim koncercie opadałeś bezwiednie na łóżko, a ja się budziłam i na przywitanie prosiłeś mnie o kubek kawy. Po jakimś czasie już wiedziałam, żeby na kilka minut, przed waszym przyjazdem do hotelu mieć gotową kawę. Tego też mi brakuje. Tych momentów, kiedy między piosenkami ściągałeś bas, aby podejść do mnie za kulisy i pocałować mnie. Niestety ... Rozstaliśmy się w kłótni. Ja naprawdę nie wiem, dlaczego ci zrobiłam tą awanturę przed kawiarnią. Powinnam była zrozumieć, że takie są uroki posiadania sławnego faceta. Przepraszam, że krzyczałam ... Że chciałam się z tobą rozstać. Pamiętasz co powiedziałam tam, na ulicy, kiedy umierałeś na moich rękach? Powiedziałam, że cię nie pocałuję, bo to by oznaczało koniec. Ile bym teraz dała, aby cię pocałować ... Mam dla ciebie kilka rzeczy. Najpierw ta róża. To od fanów, nawet nie wiesz jak ich to wszystko boli. Oni na prawdę cię kochali ... kochają. Mam jeszcze od nich list. Miałam go nie czytać ... I nie czytałam. Zostawiam go tobie. - powiedziałam wkładając różę i list do trumny. - Teraz coś ode mnie. Mam tutaj łańcuszek, który mi dałeś. - powiedziałam ściągając z szyi ozdobę. - Zatrzymaj go na pamiątkę, mnie to za bardzo boli. Pamiętasz, jak się poznaliśmy? Wpadłeś na mnie uciekając przed fankami, a ja pomogłam ci się ukryć. Kurwa. Przepraszam. Przepraszam, bo czuję, że muszę. Za wszystko. Za to, że przeze mnie nie żyjesz. Ja .. Ja wiem, ze gdybym ci nie pozwoliła odejść, gdybym nie posłuchała tego cholernego głosu w mojej głowie ... Żyłbyś teraz. Przepraszam jeszcze raz i ... Żegnaj kochanie. - powiedziałam kładąc w jego dłoni łańcuszek. Kiedy już podeszłam do reszty przytuliłam się do Franka najmocniej jak umiałam.
- Teraz ja. - szepnął mi do ucha. Zrobił to na tyle głośno, że każdy usłyszał.
- Idź stary. - powiedział krzepiąco Ray, który zawsze utrzymywał zdrowy rozsądek.
Frank ruszył między świeczkami ze spuszczoną głową. Niemalże wbiegł na podest.
- Cześć stary. Kurcze, wiedziałem, że tak skończysz. Tylko czemu kurwa tak szybko? Nie spodziewałem się, że tak szybko będę musiał przemawiać nad twoim martwym ciałem. Powiem ci, że byłeś dla mnie czymś więcej niż przyjacielem, byłeś niemalże jak brat, którego zawsze chciałem mieć. Byłeś rok starszy, a traktowałeś mnie jak rówieśnika, jakby ten rok różnicy nie istniał. Nigdy ci tego nie mówiłem, ale byłeś naprawdę zajebistym basistom, przepraszam, że cię nigdy nie chwaliłem, nawet wtedy, kiedy mówiłeś, ze jesteś do kitu. Mówiłem tylko "Nie prawda" zamiast uświadomić ci jak zajebisty jesteś. Teraz już nie będę mógł pochwalić twojego wstępu do The Ghost of You, który zawsze mi się podobał. Zawsze narzekałeś, że twoja torba jest pusta, ale nie chce ci się iść na miasto i kupić naszywek więc ... Może to głupie, ale teraz daję ci właśnie naszywki, jedna jest nawet z jednorożcem. Kupiłem je już dawno, ale czekałem na odpowiedni moment, szkoda, że nadszedł dopiero teraz. Mam dla ciebie coś jeszcze. Ostatnio jak byłem na spacerze i wpadłem na taki pomysł, a że akurat miałem wenę, to to zrobiłem własnoręcznie i od razu wiedziałem, że muszę ci to dać. Ja wiem, że to drugi, jeszcze głupszy od poprzedniego prezent, ale nie mogłem się normalnie powstrzymać. To taka szmaciana lalka ... Ja wiem, że nie mam talentu, ale jakoś mnie tak wzięło. Ona .. Oczywiście przedstawia ciebie, z tosterem i widelcem. Ja wiem, że takie żarty są nieco nie na miejscu, ale ty zawsze miałeś poczucie humoru. Mam nadzieję, ze tam gdzie trafisz będzie ci lepiej niż tu, na ziemi. Spoczywaj w pokoju i tak dalej. - położył laleczkę na piersi Mikeya i wrócił do nas.
- Mam iść, czy wolisz ty pierwsza? - Ray zwrócił się do Lindsey.
- Ja pójdę. - powiedział cicho blondyn, którego do tej pory żadne z nas nie zauważyło. W milczeniu oderwał się od ściany i powolnym krokiem podszedł do trumny.
- Nie będę się witał, bo nie wiem nawet czy to słyszysz, ale mówię do ciebie ... A właściwie do twojego trupa, bo chcę powiedzieć coś, czego nie zdążyłem ci powiedzieć kiedy jeszcze żyłeś. Czyli właściwie robię to samo co reszta. Więc ... Byłeś tak na prawdę jedyną osobą w zespole, która mnie zauważała częściej, niż tylko wtedy, kiedy grałem. Nie miałem pojęcia dlaczego tak robiłeś. Podczas, kiedy chłopaki szli do baru ty zostawałeś ze mną, bo byłem chory. Razem graliśmy w gdy video i ... będzie mi tego szczerze brakować. Czasem twoje zachowanie mnie irytowało, wkurwiałeś mnie tym, że się mną interesowałeś. Ale to nie dla tego, że cię nie lubiłem, bo lubiłem, byłeś moim przyjacielem, ale dlatego, że byłeś jedyny. Nie przyzwyczaiłem się do tego, że ktoś się mną interesuje. Wszyscy coś dla ciebie mają, płyty, listy, naszywki. Ja ... Ja nie mam nic, co mógłbym ci dać. Nawet chciałem ... Ale po co? Wszystko co ci chciałem dać, dałem ci jeszcze za życia, bo nie chciałem czekać na taki moment jak ten, aby dać ci komiks z serii limitowanej, płytę, czy zestaw naklejek z twoimi ulubionymi zespołami. Chociaż mogłeś sobie darować ozdabianie nimi tostera i ekspresu do kawy. Tego kurestwa się nie da odkleić i teraz za każdym razem, gdy będę pił poranną kawę będziesz mi się przypominał ty. Kiedy to wstawałeś tak cholernie wcześnie i robiłeś nam wszystkim espresso, bo ty robiłeś najlepsze. Jego też będzie mi brakowało. I będzie mi brak widoku twojego uśmiechniętego ryja w przerwach między piosenkami na koncertach. Już mi tego wszystkiego brakuje, ale jeszcze się trzymam. Jakoś sobie radzę, bo wiem .. No dobra, nie wiem, ale czuję, że ty tu jesteś i ... - dalej nie słuchałam. Strasznie zakręciło mi się w głowie. Oparłam się o ścianę, a potem osunęłam się na zimne kafelki. Docierały do mnie tylko pojedyncze dźwięki. Poczułam silne ukłucie w podbrzuszu. Ciemnobrązowe kafelki rozmazywały mi się przed oczami, miałam wrażenie, że tańczą.
- Matko kochana, to pewnie przez te emocje ... i ten dym ze świeczek i zapach kwiatów i ... ohhh, chłopaki weźcie ją na zewnątrz. - usłyszałam niewyraźny i cichy głos Lyn-Z. Dochodzący jakby z bardzo daleka.
CDN ...
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)