- Alice, chodź już! - usłyszałam krzyk Raya jednak nie miałam zamiaru stąd wychodzić. Nie chciałam patrzeć na martwe, blade i zimne ciało Mikeya. Wiem, że nie wytrzymałabym tego. Potem wsadzali by go do ziemi w hebanowej trumnie, a ja bym tam stała i musiała gadać o tym jaki to on nie był wspaniały. Przemowy pogrzebowe były jedyną rzeczą, jaka wywoływała u mnie tak skrajne emocje. Nie, nie mogłam tam do nich zejść.
- Alice, jesteś tu? - do pokoju wszedł Gerard. Milczałam w nadziei, że nie wpadnie mu do głowy pomysł zajrzenia do szafy. Przez szparkę w drzwiach widziałam jego eleganckie buty nieuchronnie zbliżające się do mnie. Kucnął przy szafie i trochę bardziej uchylił drzwi.
- Proszę cię, nie każ mi tam iść. - wyjąkałam klęcząc na zimnych panelach.
- To nie ja ci każę, sama powinnaś chcieć tam być. Pożegnać go, przemówić nad jego grobem. Powiedzieć kim był dla ciebie, jaki był wobec zespołu, fanów. Jesteś jedną z dwóch osób, które zrobiły by to najlepiej. Drugą jestem ja, ale ja mam strasznie słabe nerwy i nie nadaję się do mówienia. Poza tym, to ciebie o to poproszono. - uśmiechnął się blado. - Idziesz? - spytał wstając i wyciągając rękę w moją stronę.
- Dobrze. - odparłam cicho. Podniosłam się z podłogi i otrzepałam czarną tiulową sukienkę z niewidzialnego brudu. Przyznam szczerze - bałam się jak cholera. Nie wiem czego, po prostu czułam okropny, przeszywający strach. nogi miałam jak z waty, ale udało mi się jakoś utrzymywać w pionie. Powoli złapałam rękę Gerarda. Jego kojący uśmiech sprawił, że poczułam się nieco lepiej. Poszliśmy do reszty. Wszyscy ubrani na czarno, szaro lub w przypadku Franka z czerwonymi akcentami wyszliśmy z domu. Między nami panowała niezmącona cisza. Bob zamknął za nami drzwi, wszyscy stali i czekali, aż przestanie mocować się z zamkiem. Ja nie miałam zamiaru tam stać i od razu poszłam do limuzyny. Wnętrze pojazdu było duże i przestronne. Dwie trzyosobowe kanapy na przeciwko siebie i inne bajery ... Nie miałam czasu ani chęci na oglądanie tego wszystkiego. Usiadłam przy oknie i parzyłam jak Frank odpycha Boba od zamka i sam próbuje zamknąć drzwi. Oczywiście udało się to dopiero Lyn-Z, która ledwo dotknęła klucza, a drzwi już były zamknięte. Cała piątka podeszła do samochodu. Kiedy już wszyscy zajęli miejsca limuzyna ruszyła. Wszyscy milczeliśmy, bo tak na prawdę to o czym mielibyśmy gadać? Po kilku minutach gapienia się na krople deszczu, które uporczywie waliły w szybę zaczęłam zdawać sobie sprawę co się dzieje, gdzie i po co jedziemy. W moich oczach zebrały się łzy smutku i goryczy. Dobrze wiedziałam, że Frank miał rację mówiąc, że to przeze mnie Mikey nie żyje, jednak czułam się w tej chwili niewiarygodnie silna. Jakby cała energia, jaką straciłam przez śmierć ukochanego w tej chwili powróciła. Dziwne ukłucie w sercu sprawiło, że miałam wrażenie iż jeszcze dziś stanie się coś niespodziewanego. Z przemyśleń wyrwał mnie głośny dzwonek czyjegoś telefonu. Wszyscy spojrzeliśmy po sobie, po czym dostałam w twarz swoją torebką.
- Twój. - stwierdził napastnik. Jak się okazało Bob.
Powoli otworzyłam torbę i wyjęłam swoją komórkę. Na wyświetlaczu pokazało mi się zdjęcie brunetki o włoskiej urodzie. Rebecca była moją przyjaciółką z dawnych lat, która została zaproszona na "uroczystość". Z bladym uśmiechem odebrałam telefon.
- Halo? - usłyszałam w słuchawce niepewny, damski głos.
- Hej. - powiedziałam krótko, po czym zmierzyłam wzrokiem Franka, który przyglądał mi się odkąd tylko wsiadł do samochodu.
- Alice ... Matko kochana, jak ja dawno nie słyszałam twojego głosu. - stwierdziła przez telefon. - Ale nie po to dzwonię, jestem już ... Jestem przy cmentarzu, ale nie chcą mnie wpuścić. - powiedziała.
- Poczekaj chwilkę. - poprosiłam przykładając telefon do dekoldu.
- Ile będzie trwała ta szopka przy zwłokach? - spytałam zwracając głowę w stronę Gerarda.
- Jakieś ... Dwadzieścia minut. Tak myślę. - wymamrotał gapiąc się gdzieś za okno. Słuchawka powoli wróciła na miejsce.
- Będziemy tam za jakieś pół godziny. - stwierdziłam kręcąc głową.
- To co ja przez ten czas mam robić? - spytała Rebecca ze zrezygnowaniem w głosie.
- Nie wiem ... Idź gdzieś.
- Jasne. - mruknęła.- W długiej czarnej sukni i gorsecie ... - zastanowiła się chwilę. - Wiesz, chyba masz rację, przejdę się po mieście. - dodała nieco raźniej i rozłączyła się.
Z lekkim uśmiechem schowałam telefon do torby i wróciłam do obserwowania świata zewnętrznego.
*****
Weszliśmy do sporej sali. Po środku podłogi ciągnął się aż do przeciwległej ściany długi, czerwony dywan. Po jego obu stronach stały zapalone świece. Na przeciwko nas znajdował się niski podest z otwartą, mahoniową trumną wyłożoną bordowym atłasem. Naokoło podestu i trumny były bukiety kwiatów. Sala oświetlona była tylko owymi świecami i kilkoma kinkietami. Krótko mówiąc, czułam się jak na obrządkach satanistycznych. Zrobiłam nieśmiały krok w przód, za mną weszła reszta. Usłyszałam jak drzwi za nami się zamykają. Z przejścia w bocznej ścianie wyszedł mężczyzna. Miał około trzydzieści lat.
- Witam. Możecie państwo podchodzić do podestu pojedynczo - zaczął opowiadać, jakby to była jakaś wycieczka krajoznawcza. - i wkładać do trumny wszystko to, co państwo sobie przygotowali. Mile widziane jest zagadanie do umarłego. - myślałam, że mu przywalę. - Zastrzegam jedynie, aby nie dotykać zwłok. - dodał i wrócił w miejsce, z którego przyszedł.
- Takich ludzi mam ochotę rozszarpać na miejscu. - powiedział ze wściekłością Frank.
- Uspokój się. - powiedział Gee kładąc rękę na ramieniu bruneta. - Kto idzie pierwszy?
- Chyba ty, powinieneś iść, kochanie. Był twoim bratem. - szepnęła Lindsey wbijając wzrok w jedną ze świec.
- Dobrze ... - powiedział Gerard i ruszył przed siebie ze spuszczoną głową. Wszedł powoli o schodkach i pochylił się delikatnie nad Mikeyem.
- Cześć braciszku. Przyszliśmy ... Przyszliśmy aby cię pożegnać. Niestety nie ma cię już z nami. Jak zapewne wiesz, od twojego odejścia nic już właściwie nie jest takie jak przedtem. W naszym domu jest teraz strasznie pusto. Bez tych twoich śmiechów, żartów i dźwięków, które wydawałeś z siebie podczas grania na basie czuję się samotny. Czuję jakby ktoś odebrał mi cząstkę mnie. Bo tak właściwie jest. - jego łamiący się głos odbijał się echem od ścian przez co słyszeliśmy idealnie każde słowo. - Mam coś dla ciebie, wiesz? Wątpię, że ci się przyda w niebie, czy gdzie tam indziej trafisz, ale wiem, że to właściwie jedyna rzecz, którą mógłbym ci teraz podarować. Twoja ukochana płyta The Smashing Pumpkins. Brakowało ci jej, prawda? To ja ją schowałem, tak dla żartów. I ... - chyba zaczął płakać. - I odebrałem ci muzykę, jedną z rzeczy które kochałeś najbardziej na świecie. Odebrałem ci ją w ostatnich chwilach twojego życia. Tak strasznie cię przepraszam. Ty się złościłeś, a mnie to bawiło. Z resztą często ci dokuczałem. Ale ... czy nie taka jest rola starszego brata, przynajmniej po części? Przecież opiekowałem się tobą w trudnych dla ciebie chwilach. Pomagałem ci odkąd byłeś jeszcze mały. To ja nauczyłem cię jeździć na rowerze, to ja pokazałem ci gdzie podają najlepszą pizzę. Jednak ... mogłem być lepszym bratem, wiem. Mogłem się tobą bardziej interesować, częściej słuchać tego co masz mi do powiedzenia i stosować się do twoich rad. Mogłem nie śmiać się z ciebie, kiedy mówiłeś, że jednorożce istnieją, bo ty w nie wierzyłeś i powinienem był to uszanować. Ale skoro byłem taki straszny, to dlaczego pytałeś mnie o radę, kiedy tak na prawdę dobrze wiedziałeś, że jestem ostatnią osobą, która powinna doradzać ci w sprawach sercowych? Teraz chcę przeprosić, szkoda tylko, że nie zrobiłem tego wcześniej. Kiedy jeszcze żyłeś. Mam nadzieję, że przyjmiesz nawet takie przeprosiny. Pamiętaj, że cię kocham ... - położył płytę obok Mikeya i podszedł do nas. Ocierał oczy chusteczką, a mnie samej, po tym co usłyszałam drgała lekko dolna warga.
- Alice ... Teraz ty. - powiedział i przytulił się do Lyn-Z.
Z kwiatkiem w dłoni powoli ruszyłam przed siebie. Bałam się widoku martwego Mikeya, bałam się jak cholera. Moje serce waliło niemal tak szybko jak w czasie wypadku. Postawiłam nogę na pierwszym stopniu schodków i powoli weszłam na górę. Podeszłam do trumny i zamknęłam oczy starając się zebrać myśli i coś powiedzieć. Podniosłam powoli powieki. Miałam mu tak wiele do powiedzenia. Jego blond włosy delikatnie opadały na bordowy alabaster. Widok martwiej, przypudrowanej twarzy o zamkniętych oczach i sinych ustach sprawił, że moje oczy napłynęły łzami. Miałam przez chwilę wrażenie, że na kilka sekund przestałam oddychać.
- Witaj, kochanie. - wzięłam głęboki oddech. - Strasznie mi ciebie teraz brakuje, wiesz? Brakuje mi twojego głosu, dotyku, dźwięku twojego Fendera. Brakuje mi twojego zapachu. Nigdy ci chyba jeszcze tego nie mówiłam, ale pachniałeś siarką i kawą. Nawet nie wiesz, jak strasznie kochałam ten zapach. Ten moment w którym po waszym ciężkim koncercie opadałeś bezwiednie na łóżko, a ja się budziłam i na przywitanie prosiłeś mnie o kubek kawy. Po jakimś czasie już wiedziałam, żeby na kilka minut, przed waszym przyjazdem do hotelu mieć gotową kawę. Tego też mi brakuje. Tych momentów, kiedy między piosenkami ściągałeś bas, aby podejść do mnie za kulisy i pocałować mnie. Niestety ... Rozstaliśmy się w kłótni. Ja naprawdę nie wiem, dlaczego ci zrobiłam tą awanturę przed kawiarnią. Powinnam była zrozumieć, że takie są uroki posiadania sławnego faceta. Przepraszam, że krzyczałam ... Że chciałam się z tobą rozstać. Pamiętasz co powiedziałam tam, na ulicy, kiedy umierałeś na moich rękach? Powiedziałam, że cię nie pocałuję, bo to by oznaczało koniec. Ile bym teraz dała, aby cię pocałować ... Mam dla ciebie kilka rzeczy. Najpierw ta róża. To od fanów, nawet nie wiesz jak ich to wszystko boli. Oni na prawdę cię kochali ... kochają. Mam jeszcze od nich list. Miałam go nie czytać ... I nie czytałam. Zostawiam go tobie. - powiedziałam wkładając różę i list do trumny. - Teraz coś ode mnie. Mam tutaj łańcuszek, który mi dałeś. - powiedziałam ściągając z szyi ozdobę. - Zatrzymaj go na pamiątkę, mnie to za bardzo boli. Pamiętasz, jak się poznaliśmy? Wpadłeś na mnie uciekając przed fankami, a ja pomogłam ci się ukryć. Kurwa. Przepraszam. Przepraszam, bo czuję, że muszę. Za wszystko. Za to, że przeze mnie nie żyjesz. Ja .. Ja wiem, ze gdybym ci nie pozwoliła odejść, gdybym nie posłuchała tego cholernego głosu w mojej głowie ... Żyłbyś teraz. Przepraszam jeszcze raz i ... Żegnaj kochanie. - powiedziałam kładąc w jego dłoni łańcuszek. Kiedy już podeszłam do reszty przytuliłam się do Franka najmocniej jak umiałam.
- Teraz ja. - szepnął mi do ucha. Zrobił to na tyle głośno, że każdy usłyszał.
- Idź stary. - powiedział krzepiąco Ray, który zawsze utrzymywał zdrowy rozsądek.
Frank ruszył między świeczkami ze spuszczoną głową. Niemalże wbiegł na podest.
- Cześć stary. Kurcze, wiedziałem, że tak skończysz. Tylko czemu kurwa tak szybko? Nie spodziewałem się, że tak szybko będę musiał przemawiać nad twoim martwym ciałem. Powiem ci, że byłeś dla mnie czymś więcej niż przyjacielem, byłeś niemalże jak brat, którego zawsze chciałem mieć. Byłeś rok starszy, a traktowałeś mnie jak rówieśnika, jakby ten rok różnicy nie istniał. Nigdy ci tego nie mówiłem, ale byłeś naprawdę zajebistym basistom, przepraszam, że cię nigdy nie chwaliłem, nawet wtedy, kiedy mówiłeś, ze jesteś do kitu. Mówiłem tylko "Nie prawda" zamiast uświadomić ci jak zajebisty jesteś. Teraz już nie będę mógł pochwalić twojego wstępu do The Ghost of You, który zawsze mi się podobał. Zawsze narzekałeś, że twoja torba jest pusta, ale nie chce ci się iść na miasto i kupić naszywek więc ... Może to głupie, ale teraz daję ci właśnie naszywki, jedna jest nawet z jednorożcem. Kupiłem je już dawno, ale czekałem na odpowiedni moment, szkoda, że nadszedł dopiero teraz. Mam dla ciebie coś jeszcze. Ostatnio jak byłem na spacerze i wpadłem na taki pomysł, a że akurat miałem wenę, to to zrobiłem własnoręcznie i od razu wiedziałem, że muszę ci to dać. Ja wiem, że to drugi, jeszcze głupszy od poprzedniego prezent, ale nie mogłem się normalnie powstrzymać. To taka szmaciana lalka ... Ja wiem, że nie mam talentu, ale jakoś mnie tak wzięło. Ona .. Oczywiście przedstawia ciebie, z tosterem i widelcem. Ja wiem, że takie żarty są nieco nie na miejscu, ale ty zawsze miałeś poczucie humoru. Mam nadzieję, ze tam gdzie trafisz będzie ci lepiej niż tu, na ziemi. Spoczywaj w pokoju i tak dalej. - położył laleczkę na piersi Mikeya i wrócił do nas.
- Mam iść, czy wolisz ty pierwsza? - Ray zwrócił się do Lindsey.
- Ja pójdę. - powiedział cicho blondyn, którego do tej pory żadne z nas nie zauważyło. W milczeniu oderwał się od ściany i powolnym krokiem podszedł do trumny.
- Nie będę się witał, bo nie wiem nawet czy to słyszysz, ale mówię do ciebie ... A właściwie do twojego trupa, bo chcę powiedzieć coś, czego nie zdążyłem ci powiedzieć kiedy jeszcze żyłeś. Czyli właściwie robię to samo co reszta. Więc ... Byłeś tak na prawdę jedyną osobą w zespole, która mnie zauważała częściej, niż tylko wtedy, kiedy grałem. Nie miałem pojęcia dlaczego tak robiłeś. Podczas, kiedy chłopaki szli do baru ty zostawałeś ze mną, bo byłem chory. Razem graliśmy w gdy video i ... będzie mi tego szczerze brakować. Czasem twoje zachowanie mnie irytowało, wkurwiałeś mnie tym, że się mną interesowałeś. Ale to nie dla tego, że cię nie lubiłem, bo lubiłem, byłeś moim przyjacielem, ale dlatego, że byłeś jedyny. Nie przyzwyczaiłem się do tego, że ktoś się mną interesuje. Wszyscy coś dla ciebie mają, płyty, listy, naszywki. Ja ... Ja nie mam nic, co mógłbym ci dać. Nawet chciałem ... Ale po co? Wszystko co ci chciałem dać, dałem ci jeszcze za życia, bo nie chciałem czekać na taki moment jak ten, aby dać ci komiks z serii limitowanej, płytę, czy zestaw naklejek z twoimi ulubionymi zespołami. Chociaż mogłeś sobie darować ozdabianie nimi tostera i ekspresu do kawy. Tego kurestwa się nie da odkleić i teraz za każdym razem, gdy będę pił poranną kawę będziesz mi się przypominał ty. Kiedy to wstawałeś tak cholernie wcześnie i robiłeś nam wszystkim espresso, bo ty robiłeś najlepsze. Jego też będzie mi brakowało. I będzie mi brak widoku twojego uśmiechniętego ryja w przerwach między piosenkami na koncertach. Już mi tego wszystkiego brakuje, ale jeszcze się trzymam. Jakoś sobie radzę, bo wiem .. No dobra, nie wiem, ale czuję, że ty tu jesteś i ... - dalej nie słuchałam. Strasznie zakręciło mi się w głowie. Oparłam się o ścianę, a potem osunęłam się na zimne kafelki. Docierały do mnie tylko pojedyncze dźwięki. Poczułam silne ukłucie w podbrzuszu. Ciemnobrązowe kafelki rozmazywały mi się przed oczami, miałam wrażenie, że tańczą.
- Matko kochana, to pewnie przez te emocje ... i ten dym ze świeczek i zapach kwiatów i ... ohhh, chłopaki weźcie ją na zewnątrz. - usłyszałam niewyraźny i cichy głos Lyn-Z. Dochodzący jakby z bardzo daleka.
CDN ...
8/01/2011
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
6 Opinions:
boże, dziewczyno, to jest GENIALNE! dodawaj szybko ciąg dalszy. tylko szkoda, że Mikeya uśmierciłaś na samym początku ;( ale super opowiadanie, naprawdę. czekam na ciag dalszy ;)
piękne. nie wiem, co mogłabym napisać. to jest cudowne i jedyne w swoim rodzaju. szkoda, że takie smutne, ale lubię takie grunge'owe, rockowe klimaty. w końcu moim ulubionym zespołem jest Nirvana. bardzo mnie ciekawi, co będzie dalej i po prostu pisz (;
Kurdę.. Dziewczyno.. Przy każdym odcinku się rozklejam.. Co Ty ze mną robisz ? Czekam na następny.. ZAJEBIŚCIE piszesz !!
Dzięki za miłe słowa o moim opowiadaniu :) Ale i tak twoje lepsze. Chciałaś informację o nowym poście, więc... pojawił się, haha. :D
Błagam Cię dodaj kolejny odcinek!!
Dziewczyno wchodze tu codziennie a tu nic nowego! tylko nie mów ze przestaniesz pisac prosze!!! dodaj nastepna czesc!! blagam!!!
Prześlij komentarz
Poniżej możesz wpisać co tylko Ci się podoba ... Z wyjątkiem SPAM`u i czegoś co jest nie związane z blogiem ...