Kilka słów od autorki:
Dziękuję Wam wszystkim niezmiernie za wszystkie komentarze, za to, że doceniacie mój wysiłek i że czekacie na następne notki. Chciałam na wstępie powiedzieć, że ta notka będzie nieco krótka, ponieważ postanowiłam rozłożyć jeden dzień na dwie lub nawet trzy części. Chciałam Was poprosić, abyście zwracali uwagę na tytuły, ponieważ one mają w moim opowiadaniu duże znaczenie.
Więc jeszcze raz JEN-CU-YEAH! I pozdrawiam wszystkich Killjoysów!
-----
Otworzyłam oczy, kiedy mój wzrok zyskał odpowiednią ostrość przeniosłam się do pozycji siedzącej. Nagle poczułam się tak, jakbym dostała w głowę czymś makabrycznie ciężkim. Wróciłam do leżenia. Zerknęłam na zegarek. 2:17.
- Kurrrwa! - syknęłam. Znów nie mogłam spać. Byłam w pokoju sama. Po raz pierwszy od soboty zdecydowałam się tu spać, jednak wspomnienia wracały ze zdwojoną siłą. Usiadłam na brzegu łóżka. Nie mogłam tutaj dłużej spać. Niewiele myśląc wstałam. Ból rąk oraz głowy towarzyszył mi przez cały czas. Wyszłam na korytarz i szybko podbiegłam do drzwi pokoju wspólnego. Cichutko wśliznęłam się do środka.
- Frankie ... Frank! - szepnęłam brunetowi do ucha.
- Hmmm .. ? - mruknął chyba nie bardzo wiedząc co się dzieje.
- Mogę?
- Jasne. Znów miałaś te sny? - spytał troszkę bardziej już ogarnięty.
- Tak. - powiedziałam smutno i wgramoliłam się pod kołdrę. Od razu uderzyło mnie przyjemne ciepło, które wydzielało ciało Franka. Uśmiechnęłam się po nosem i niekontrolowania mruknęłam. Jego odzew na to mruknięcie był zaskakujący, aczkolwiek nie miałam siły, a może chęci mu się sprzeciwiać. Brunet objął mnie w pasie i przytulił do siebie mocno. Dopiero po chwili zauważyłam, że splotłam swoje palce z jego jego palcami. Jego ciepły oddech owiewał delikatnie moją szyję. Próbowałam zasnąć, ale jakoś nie potrafiłam, coś nie pozwalało mi zignorować tych gestów. Powoli odwróciłam się do niego przodem. Nadal przytulał mnie do siebie. Jakiś impuls sprawił, że objęłam jego tors odwzajemniając uścisk. Zauważyłam, że nie śpi. Przez chwilę w milczeniu gapiliśmy się na siebie. Po chwili jednak Frankie zaczął mnie całować. Najpierw nieśmiało, potem coraz pewniej. Na początku chciałam się sprzeciwić, chciałam dać mu do zrozumienia, że nie możemy. Po paru chwilach przestałam naciskać, chyba zaczynało mi się to nawet podobać. Nie opierałam się już, chyba nawet zaczynałam odwzajemniać pocałunki. Po kilku minutach znalazłam się na Franku, okrakiem siedziałam na jego brzuchu pochylając się nad jego twarzą.
- Nie możemy ... Nie tu. - wyszeptał i przewalił mnie na miejsce obok siebie.
- Wiem. - powiedziałam i złapałam go za rękę. - Idziesz?
Chłopak powlókł się za mną z miną wariata. Zatrzymaliśmy się w salonie. Frank delikatnie przyparł mnie do ściany. Oplotłam ręce wokół jego szyi.
- Wiesz, że nie powinniśmy? - spytałam szeptem, uśmiechając się.
- I to mnie jeszcze bardziej podnieca. - odparł i podniósł moje nogi tak, że oplatały jego biodra. Powoli ściągnęłam koszulkę. Frank dotknął moich bioder, wtedy przeszedł mnie zimny dreszcz.
- Nie ... Ja ... Nie mogę. - szepnęłam i spuściłam głowę. Spojrzał na mnie swoimi ciemnymi oczami.
- Dobrze. Bardzo dobrze. - wyszeptał i delikatnie opuścił moje nogi. Po chwili przestał mnie przyciskać do ściany. Schylił się i podał mi koszulkę. - Ubierz się, bo zimno tutaj jak cholera. - powiedział, pocałował mnie w czoło i podszedł do drzwi pokoju wspólnego. - To nie zmienia faktu, że u siebie już nie zaśniesz. Jak się ubierzesz, to przyjdź. - powiedział i zniknął za drzwiami pokoju.
Ja sama z koszulką w ręce osunęłam się na ziemię. Powoli ubrałam się. Podkuliłam nogi pod brodę i zaczęłam płakać. Nie wiedziałam co ja w ogóle chciałam zrobić ... Dlaczego? Nie znałam odpowiedzi na żadne z pytań, które chodziły mi wtedy po głowie. Poczułam jak ktoś siada obok mnie i kładzie mi rękę na ramieniu.
- Widziałam ... - usłyszałam tak dobrze znany mi głos.
- Lyn-Z ... widziałaś? - zaniosłam się nowym lamentem. Czarnowłosa przytuliła mnie do siebie.
- Tak. I wiesz co? - podniosłam głowę, tak, aby móc na nią spojrzeć. - Pomimo iż w ogóle nie powinno dojść do takiej sytuacji ... Dobrze zrobiłaś. - powiedziała i wtuliłam w siebie moją głowę.
- Ale ...
- Nikt się nie dowie. - zapewniła. Lindsey była jedną z osób, który mogłam ufać bezgranicznie. - Chodź. - powiedziała i wstała. - Nie możesz tu siedzieć całą noc.
Podniosłam się i poszłam za dziewczyną do pokoju. Frank siedział skulony na końcu łóżka i opierał się o ścianę. Jego głowa spoczywała w kolanach. Lyn-Z poszła do Gerarda, który swoą drogą strasznie chrapał, ja skierowałam się w stronę Frankiego.
- Jestem. - powiedziałam siadając obok chłopaka.
- Ja ... Przepraszam. - wydukał nawet na mnie nie patrząc. - Nie mam pojęcia co we mnie wstąpiło ...
- To nie ty powinieneś przepraszać. - szepnęłam i oparłam swoją głowę na jego ramieniu.
- Ale ... Nadal jesteśmy przyjaciółmi? - spytał z przejęciem w głosie.
- Tak ... Ale teraz chodźmy spać, dziś pogrzeb. - powiedziałam i położyłam się nasuwając na siebie kołdrę. Poczułam jak brunet kładzie się za mną. Leżeliśmy przez chwilę, po paru minutach poczułam jego rękę na swojej talii, którą po kilku sekundach szybko odsunął.
- Bez przesady. - szepnęłam, na znak, ze jeszcze przytulić mnie może, ale robiłam to tylko dla przyjemnego ciepełka, które biło od niego na kilometr. Jego ręka ochoczo wróciła na mój brzuch. Jakoś nie mogłam zasnąć, nie byłam również pewna, czy Franio już śpi. Moje wątpliwości rozwiało ciche pochrapywanie dobiegające zza moich pleców. Sama zapadłam w sen. Jeszcze przez chwilę wydawało mi się, że na krześle, na przeciwko mojej twarzy siedzi Mikey i uśmiecha się do mnie blado.
*****
- Wstawać śpiochy! - usłyszałam głos Gerarda. potem poczułam już tylko silny ból w nodze. Ból był tak silny i nagły, że zerwałam się i usiadłam. Moje oczy natychmiastowo wyłapały xródło bólu.
- Gerard! Pojebało cię? - warknęłam w stronę ciemnowłosego chłopaka, który w samych bokserkach w groszki siedział mi na nodze. - Nie dość, ze narwany, to jeszcze ekshibicjonista. - stwierdziłam ze zrezygnowaniem i rozejrzałam się po pokoju. Pomimo, że okna były jeszcze zasłonięte pomieszczenie wydawało się być dość jasne.
- Ktoś sprzątał? - spytałam krzywiąc się.
- Tak. Ja! - krzyknął Gerard przerzucając się z mojej nogi na uda Franka.
- Boże, przecież on jest kompletnie pijany! - stwierdził Frankie, kiedy już zrzucił z siebie Gee i zdołał ogarnąć sytuację. - Trzeba z nim coś zrobić. - stwierdził.
- No, przydałoby się. - potwierdziłam kiwając głową. - Zajmij się nim, ja się muszę zacząć szykować. - powiedziałam zerkając na zegarek - Za dwie godziny musimy być gotowi! - poinformowałam i ruszyłam w stronę jak zwykle zajętej łazienki. Mój humor był tak podły, że nawet Bob, który jest mistrzem wkurwienia zszedł mi z drogi. Grzecznie zastukałam do drzwi.
- Kto? - usłyszałam przygnębiony głos Lindsey.
- Ja! Wchodzę! - ostrzegłam i wparowałam do łazienki trzaskając drzwiami.
- Gerard jest kompletnie pijany! - wrzasnęłam, a czarnowłosa poparzyła się w rękę prostownicą.
- Kurwa! - pisnęła i wsadziła rękę pod zimną wodę. - Wiem. Ale i tak musi jechać.
- Frank próbuje postawić go do pionu, ale czy mu się to uda ...
- Frank potrafi sprawić, że człowiek od razu trzeźwieje. Ma jakąś tam tajemną recepturę na kogel-mogel, czy coś ... - powiedziała wyciągając z szafki plaster. - Jak się czujesz? - spytała.
- A jak mam się czuć? Za dwie godziny pod nasz dom podjedzie czarna limuzyna, która zabierze nas na cmentarz, gdzie mojego kochanego Mikeya wsadzą do ziemi i zakopią. Wcześniej pojedziemy do jakiejś obskurnej sali balowej, gdzie będziemy mogli z nim pogadać i powsadzać mu do trumny różne rzeczy. Po pogrzebie pojedziemy świętować jego życie upijając się do upadłego. Jak myślisz, co w związku z tym czuję? - moja złość ustępowała miejsca smutkowi, w oczach stanęły mi łzy. Nagle usłyszałam dzwonek do drzwi.
- Otworzę! - wydarłam się na cały dom i pobiegłam na dół dobierając się do klamki. Otarłam łzy i wyjrzałam. Poza mną przed drzwiami nie było ani żywej duszy. Już miałam zamykać drzwi, kiedy zobaczyłam, że na wycieraczce leży gigantyczny bukiet kwiatów. Niepewnie go podniosłam i obejrzałam. Pod bukietem leżała jeszcze koperta, którą spostrzegłam dopiero po chwili. Schyliłam się po nią i zdezorientowana zamknęłam za sobą drzwi.
- Frank! - krzyknęłam lekko zszokowana. - Frank, kurwa, szybko! - krzyknęłam. Kiedy chłopak się zjawił rozdziawił usta. - Wstaw je do wody ... - powiedziałam podając mu gigantyczny bukiet. Nawet o nic nie spytał.
Sama zajęłam się otwieraniem listu, wyjęłam czerwoną kartkę z namalowanymi czarnymi różami.
"Na wstępie chcemy poinformować iż kościół, pod którym się wczoraj zebraliśmy spłonął, a przynajmniej jego brama. Jak się zapewne domyślacie ogień pożarł wszystkie znicze, kwiaty, oraz dedykacje. Stąd te kwiaty. Jest ich równo 38. 37, ponieważ tyle nas dokładnie było wczoraj pod kościołem, tylu nam uratowaliście życia. Jest jedna dodatkowa róża, ale o tym potem. Prosimy, aby bukiet ten został położony na grobie Mikeya, specjalnie od nas - Fanów, którym dopiero jego śmierć otworzyła oczy. W kopercie znajdują się jeszcze dwa liściki, prosimy, aby jeden z nich, adresowany do Mikeya wraz z tą dodatkową jedną różą znalazły się w miarę możliwości w trumnie naszego kochanego basisty. Jednocześnie zwracamy się z prośbą, aby nikt do nie czytał Drugi liścik adresowany jest do Alice, przeczytać go może tylko i wyłącznie ona. Przepraszamy za kłopot i jednocześnie dziękujemy za choćby przeczytanie tego listu.
Fani My Chemical Romance."
Kiedy przeczytałam list zaczęłam płakać. Oni ... Oni są naprawdę wspaniali. Otarłam oczy i wysunęłam z koperty dwie małe kartki. Jedną z napisem Mikey odłożyłam na bok, aby tak jak prosili, nie czytać jej. Po krótkim dojściu do siebie zabrałam się za czytanie listu do mnie.
" Alice, gdyby nie Ty zapewne wiele z nas już nigdy nie widziało szansy na lepsze jutro. Dziękujemy za to, że nie przeszłaś obok nas obojętnie, że co więcej porozmawiałaś z nami. Kościół ponoć został przez kogoś podpalony, ale jeszcze nic dokładnie nie wiemy. Jednak kiedy się dowiemy kto to zostanie on przez nas surowo potraktowany. Wiemy, że dziś jest pogrzeb Twojego ukochanego mężczyzny, oraz naszego ukochanego basisty zarazem. Prosimy, abyś wręczyła Mikeyowi kwiaty. Tylko tak możemy mu podziękować za wszystko co zrobił dla nas i dla zespołu. Za to kim był i za to jak nas traktował. Za to, że to właściwie dzięki niemu możemy śmiało powiedzieć 'Słuchamy My Chemical Romance'.
Natalie i reszta."
Nie zauważyłam nawet kiedy usiadłam na zimnych panelach. Nie zauważyłam kiedy zaczęłam płakać. Wszystko to było tak wspaniałe, tak niemożliwie wspaniałe. Nie mogłam powstrzymać łez.
7/25/2011
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
5 Opinions:
o Franczesko świetnie piszesz kiedy będzie kolejny odcinek ???
Jejku, przy każdej notce płaczę - co ty ze mną robisz?! Podoba mi się to jak opisujesz uczucia, twój styl... Te opowiadanie jest takie piękne... :( Kiedy następny?
BŁAGAM O NOWY ROZDZIAŁ!!!!!!!!!!
kocham to opowiadanie! kocham to jak opisujesz uczucia. ja mam problem z opisywaniem takich rzeczy. prawie płakałam, a mnie nie łatwo doprowadzić do łez. piękne, po prostu piękne.
antymoralizator
Kocham Cię za to opowiadanie.. łzy robią ocean z mojej poduszki. Ale w sumie tego było mi trzeba.. czegoś dzięki czemu wyleję już wszystkie łzy.. [choć to są już resztki-wszechogarniający dół zużył resztę..]le w sumie tego było mi trzeba.. czegoś dzięki czemu wyleję już wszystkie łzy.. [choć to są już resztki-wszechogarniający dół zużył resztę..]
Prześlij komentarz
Poniżej możesz wpisać co tylko Ci się podoba ... Z wyjątkiem SPAM`u i czegoś co jest nie związane z blogiem ...