Mikey points view:
Szedłem wzdłuż ulicy z pierścionkiem w bezwładnie zwisającej dłoni. Alice ma rację, jestem samolubnym dupkiem. Dlaczego musiałem wpaść na tak głupi pomysł? Myślałem, że uzna to wszystko z świetny żart, a teraz nawet nie chce na mnie patrzeć. Jak zwykle musiałeś wszystko spieprzyć, Mikey. Jak zwykle. Jak ja to wszystko mam teraz naprawić, skoro mam się do niej nie odzywać, mam się jej nie pokazywać na oczy? Kto wie co zrobi, kiedy stanę w drzwiach naszego pokoju i spytam co dalej? Spojrzałem na zachmurzone niebo z którego znów sączył się zmęczony już deszcz.
- Co robić? - spytałem siebie.
To nie jest takie proste jakby się mogło wydawać. Życie nie jest Modą na Sukces. Nawet gdybym odważył się wrócić do domu, to co bym jej powiedział? "Witaj, kochanie! To jak wyjdziesz za mnie, czy mam się spakować i wynosić?" Kopnąłem jakiś kamień. Przeturlał się jakiś metr ode mnie i wpadł do studzienki, usłyszałem plusk wody.
Przystanąłem na chwilę i rozejrzałem się, właśnie minąłem dom. Cofnąłem się nieco i przystanąłem przy skrzynce na listy. Wziąłem głęboki oddech i ruszyłem w stronę drzwi. Powoli je uchyliłem, w środku było pusto i cicho. Jak na nasz dom za cicho. Powoli zamknąłem za sobą drzwi.
- Gee? - zawołałem. - Alice, jesteś tu? - nadal brak jakiejkolwiek odpowiedzi.
Nie ściągając butów wszedłem po schodach na górę. Złapałem za klamkę naszego pokoju i powoli ją nacisnąłem. Widok który zastałem w środku ... Osłupiałem.
*****
Alice point view:
Poczułam na karku czyiś ciepły, spokojny oddech. Zaczynało do mnie docierać wszystko, co stało się dzisiejszego, a może wczorajszego dnia. Cicha nadzieja, że po wszystko było snem, że Mikey ... Nie zrobił mi tego. Delikatnie otworzyłam oczy. Leżałam na czymś szeleszczącym, niewygodnym i nadmiernie klejącym się do ciała. Więc to jednak była prawda, leżałam na potarganych, limitowanych edycjach komiksu, który Mikey uwielbiał. Z powrotem zamknęłam oczy, chyba nie chciałam wiedzieć kto leży za moimi plecami. Jednak czułam, że muszę się upewnić. Powoli, sennie przewróciłam się na drugi bok i znalazłam się twarzą w twarz z NIM.Wstrzymałam oddech, kompletnie nie wiedząc co dalej. Mam powiedzieć "cześć"? Byłam na niego co najmniej wkurwiona. Czułam się oszukana, oszukana przez osobę, którą kochałam najbardziej na świecie. Do moich oczu zaczęły napływać łzy, nie potrafiłam ich powstrzymać, nie potrafiłam, może nie chciałam? Wszystko mi jedno. Pierwsza, słona kropla spłynęła po moim policzku. Przymrużyłam oczy. Poczułam jego rękę na swoim policzku, kciukiem delikatnie starł z niego łzę. Chciałam aby tak zostało.
- Nienawidzę cię. - szepnęłam, jego twarz przybrała pytający wyraz. - Nienawidzę cię za to, że jesteś takim cholernym dupkiem, za to, że mnie oszukałeś ... - chciał cofnąć dłoń, jednak moje palce delikatnie oplotły jego nadgarstek. - A najbardziej nienawidzę cię za to, że nie potrafię przestać cię kochać. - dodałam.
Nasze twarze znacznie zbliżyły się do siebie. Czułam jego zapach, zapach kawy i tego niezidentyfikowanego czegoś, co dodawało mu charakteru. Zamknęłam oczy i wpiłam się w niego. Delikatnie gładził językiem moje wargi i podniebienie. Odwdzięczyłam mu się tym samym. Wplotłam prawą dłoń w jego farbowane włosy. Łapczywe pocałunki, zapach kawy i tuszu drukarskiego, kawałki komiksów przyklejające się do ciał, przyspieszone oddechy. Poczułam dłonie Mikeya na swoich biodrach, już po chwili siedziałam okrakiem na jego brzuchu. Wciąż, nieprzerwanie mieliśmy tylko siebie. Byliśmy dla siebie wszystkim i niczym. Języki splątane w jakimś dzikim tańcu. Włożyłam dłonie pod jego koszulkę. Jęknął cicho. Teraz jego usta błądziły po mojej szyi powodując uderzenia przyjemnego gorąca. Pod jego ustami wyginałam szyję pod różnymi kontami, aby mógł wycałować ją całą. Ściągnęłam z siebie koszulkę i rzuciłam ją w jakiś kąt. W tym czasie Mikey zrobił to samo. Właśnie tego potrzebowaliśmy, chwili zapomnienia, momentu w którym będziemy się dla siebie liczyli tylko my. Chłopak przeniósł usta na mój dekolt, aż do biustu. Nagle usłyszałam czyiś krzyk i głośny trzask. Oboje zamarliśmy pospiesznie przerywając pocałunki.
- Gerard! - krzyknął Mikey.
Zerwałam się na równe nogi i podeszłam do szafy, podnosząc spod jej drzwi koszulkę i zakładając ją na siebie.
- Trzeba sprawdzić, czy wszystko w porządku, idziesz? - zwróciłam się do Mikeya. Moje kolana były co najmniej jak z waty. Chłopak pokręcił głową.
- Dasz sobie radę, chyba ... masz na niego lepszy wpływ ode mnie.
- Jesteś jego bratem. Powinieneś ...
- Jest na mnie wkurzony, nie chcę pogarszać i tak już złej sytuacji. - stwierdził. W sumie, to go rozumiałam.
Powoli wyszłam z pokoju i cicho zamknęłam za sobą drzwi. Zeszłam na dół po zimnych schodach. Odruchowo zerknęłam na zegarek. Po szesnastej. Rozejrzałam się po pokoju dziennym, do którego światło wpadało z dużą trudnością. Ciężkie, fioletowe zasłony torowały dopływ promieni słonecznych do pomieszczenia. Mój wzrok zatrzymał się na rozwalonym na części pierwsze telefonie, który leżał tuż przy moich stopach. Usłyszałam czyiś urywany oddech, jakby tłumiony płacz. Spojrzałam w miejsce z którego dochodziło łkanie. W kącie między ścianą, a komodą siedziała skulona postać, ręce miała wplecione we włosy. Gerard. Powoli podeszłam do niego starając się nie wdepnąć w żadną z części telefonu, usiadłam z nim ramię w ramię. Nie spojrzał na mnie. Zamknęłam na chwilę oczy i westchnęłam głęboko.
- Gee, co się stało? - spytałam kładąc rękę na jego ramieniu. Szarpnął się na znak, że nie chce czuć niczyjego dotyku na sobie. - Posłuchaj, nie chcesz, nie mów, ale może mogłabym ci jakoś pomóc?
- Nikt mi teraz nie może pomóc, nawet ja sam nic nie mogę zrobić. - warknął, słychać było, że jest naprawdę źle.
- Powiedz chociaż o co chodzi. - poprosiłam stanowczo.
- Frank zniknął, nigdzie go nie ma, nawet telefonu nie raczy odebrać.- powiedział, a ton jego głosu znacznie się zmienił.
- Ale .. jak to zniknął?
- Normalnie, wyszedł z cmentarza niedługo po tobie, potem już nikt z nas go nie widział.
- Na pewno zaraz wróci. - powiedziałam mało przekonującym głosem. Sama nie byłam tego pewna.
Poczułam, jak głowa Gerarda opada na moje ramię.
- Martwię się. - powiedział chłopak.
- Poradzi sobie, przecież sam wiesz, że potrafi zachowywać się groźnie.
- Ale ja mam takie przeczucie ... coś jest nie tak. Ja, jakbym to wiedział, że on już nigdy ...
- Nawet tak nie mów! Wróci, na pewno. Spróbuję do niego zadzwonić.
- To nic nie da. - powiedział Gee tonem siedmioletniego dziecka.
Znów chciało mi się płakać, sama chyba nie wierzyłam, że wszystko będzie okay. Tak jak Gerard miałam złe przeczucie. Poczułam jak szatyn obejmuje mnie ramieniem i lekko przysuwa do siebie. Moja głowa samoczynnie oparła się o jego tors.
- Masz zamiar się na niego jeszcze długo wkurzać? - spytałam patrząc na zarysy drzew odbijające się za zasłoną.
- Na kogo? - spytał Gerard,usłyszałam wachanie w jego głosie.
-Na Mikeya. - odparłam zdziwiona jego pytaniem. Czy w tym domu jest jeszcze ktoś na kogo Gee się wkurwia? Usłyszałam nad uchem jego westchnienie.
- Nie mem pojęcia. Zachował się jak ostatni debil ...
- Ale przecież sam wiesz jaki on jest, najpierw robi potem myśli. poza tym na pewno za kilka lat będziemy się z tego śmiać. - powiedziałam nadal gapiśc się na rozmyte cienie. Wiosna była taką porą oku, kiedy każdemu mogłam wybaczyć, nawet morderstwo.
Tak, miałam doczynienia z mordercą. A właściwie morderczynią. Moja własna ciotka zadźgała na śmierć swojego faceta. To była właśnie wiosna, kilka lat temu. Opowiadała, że to w obronie własnej, ale obje wiemy, że to nieprawda. Jednak jej wybaczyłam, chyba nie miałam wyboru., to w końcu rodzina, a rodzinie się wybacza.
Gerard pokiwał głową.
-Wiem, znam go od zawsze i to nie ulega wątpliwości, ale nie jestem pewien, czy puścić mu to płazem, szukał nas i to ostro. Ty sama prawie chciałaś się zabić. A właściwie prawie ci się to udało. Płakaliśmy, myśleliśmy nad mowami pożegnalnymi,ogółem był źle. Było bardzo źle, a on to zrobił tylko dla zabawy... - głos miał taki, jakby miał się zaraz rozpłakać. - Myślałem, że Mkey jest inny, mądrzejszy, bardziej odpowiedzialny. Jednak się myliłem. Zawiodłem się na nim i chyba nie potrafię mu tego wybaczyc. Nie tym razem. - w tym momencie zapadła głucha cisza, nie miałam pojęcia co powiedzieć. Jednak ochota wykrzyczenia tego co yślę była zbyt wielka.
- Gerard, on jest twoim bratem. Sam stwierdziłeś, że jest jaki jest, ale czy ty naprawdę nie chcesz mu wybaczyć?
- Chcę, ale czy będę potrafił?
- Na pewno tak. zapytaj sam sebie, czy on by ci wyabaczył.
- No jasne, przecież on ... - w tym momencie usłyszeliśmy szczęk klucza przekręcanego zamku. Oboje zerwaliśmy się na równe nogi. W wyczekiwaniu wymienialiśmy zmęczone spojrzenia. Nagle tuż przed naszymi twarzami wyrósł Frank. Był nieco podchmielony, ale na tyle trzeźwy, aby myśleć w miarę racjonalnie.
- Szybko, pakujcie się! - krzyknął prawie, jeszcze raz wymieniliśmy z Gerardem zdziwione spojrzenia.
- Ale Frankie ...
- Żadnych pytań, begnijcie po walizki, wszystko wyjaśnę wam w samohodzie. - żucił szybko i pogonił nas gestem dłoni.
- Gdzie reszta? - sytałam, gdy wraz z Gerardem wbegaliśmy po schodach.
- Chyba śpią, choć znając Ray`a i Bob`a, to grają w to swoje video. - odparł. - Jak myślisz, o co chodzi?
- Nie mam pojęcia, ale wgląda na to, że jest źle. Bardzo źle.
8/29/2011
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
6 Opinions:
*hurray*
Nareszcie ! Odcinek - jak reszta , genialny! Z niecierpliwością czekam na następny ! <3*hurray*
Nareszcie ! Odcinek - jak reszta , genialny! Z niecierpliwością czekam na następny ! <3
kocham Cię. cudnie piszesz. dodawaj częściej te odcinki, chociaż na takie cudo warto czekać. dodaj, dodaj, dodaj, prrrooooszęę *Frankowe oczka*
Ło matko! To jest takie zacne, że mi brakuje słów, żeby to opisać :D Z niecierpliwością czekam na kolejny rozdział! :D <3
Cudny blog, wspaniała notka. Na coś takiego warto czekać. Chcę więcej! I pewnie nie tylko ja, więc... czekamy na ciąg dalszy! :)
gsdhgsahfghksgakljhljkgh, świetne, już myślałam, że frank chciał sobie coś zrobić,bo że niby zakochany w alicji, a tu mikey żyje i wgl, a tu porszę no..... ;>
no to teraz ciekawa jestem co tam się stało no, czeeekam na więcej <33
nancy pansy
przeepraszam ! przepraszam, że wcześniej nie skomentowałam tego cudnego bloga, ale byłam tak zaczytana , że nie chciałam marnować czasu, byle tylko czytać dalej. przez cały czas chciało mi się tak cholernie płakać, a potem jak Mikey wyskoczył to po prostu kogoś zabić! Jak on mógł coś takiego?! i jeszcze z tym duchem i .. palantpalantpalant ! jak najszybciej dodawaj nowy rozdział, bo chcę wiedzieć , czemu Frank kazał się im pakować. a propos , Frank i Alice mi do siebie bardzo pasują, szczególnie , że KOCHAM Frania : D / fuckingokay
Prześlij komentarz
Poniżej możesz wpisać co tylko Ci się podoba ... Z wyjątkiem SPAM`u i czegoś co jest nie związane z blogiem ...