Kilka słów od autorki:
Dziękuję Wam wszystkim niezmiernie za wszystkie komentarze, za to, że doceniacie mój wysiłek i że czekacie na następne notki. Chciałam na wstępie powiedzieć, że ta notka będzie nieco krótka, ponieważ postanowiłam rozłożyć jeden dzień na dwie lub nawet trzy części. Chciałam Was poprosić, abyście zwracali uwagę na tytuły, ponieważ one mają w moim opowiadaniu duże znaczenie.
Więc jeszcze raz JEN-CU-YEAH! I pozdrawiam wszystkich Killjoysów!
-----
Otworzyłam oczy, kiedy mój wzrok zyskał odpowiednią ostrość przeniosłam się do pozycji siedzącej. Nagle poczułam się tak, jakbym dostała w głowę czymś makabrycznie ciężkim. Wróciłam do leżenia. Zerknęłam na zegarek. 2:17.
- Kurrrwa! - syknęłam. Znów nie mogłam spać. Byłam w pokoju sama. Po raz pierwszy od soboty zdecydowałam się tu spać, jednak wspomnienia wracały ze zdwojoną siłą. Usiadłam na brzegu łóżka. Nie mogłam tutaj dłużej spać. Niewiele myśląc wstałam. Ból rąk oraz głowy towarzyszył mi przez cały czas. Wyszłam na korytarz i szybko podbiegłam do drzwi pokoju wspólnego. Cichutko wśliznęłam się do środka.
- Frankie ... Frank! - szepnęłam brunetowi do ucha.
- Hmmm .. ? - mruknął chyba nie bardzo wiedząc co się dzieje.
- Mogę?
- Jasne. Znów miałaś te sny? - spytał troszkę bardziej już ogarnięty.
- Tak. - powiedziałam smutno i wgramoliłam się pod kołdrę. Od razu uderzyło mnie przyjemne ciepło, które wydzielało ciało Franka. Uśmiechnęłam się po nosem i niekontrolowania mruknęłam. Jego odzew na to mruknięcie był zaskakujący, aczkolwiek nie miałam siły, a może chęci mu się sprzeciwiać. Brunet objął mnie w pasie i przytulił do siebie mocno. Dopiero po chwili zauważyłam, że splotłam swoje palce z jego jego palcami. Jego ciepły oddech owiewał delikatnie moją szyję. Próbowałam zasnąć, ale jakoś nie potrafiłam, coś nie pozwalało mi zignorować tych gestów. Powoli odwróciłam się do niego przodem. Nadal przytulał mnie do siebie. Jakiś impuls sprawił, że objęłam jego tors odwzajemniając uścisk. Zauważyłam, że nie śpi. Przez chwilę w milczeniu gapiliśmy się na siebie. Po chwili jednak Frankie zaczął mnie całować. Najpierw nieśmiało, potem coraz pewniej. Na początku chciałam się sprzeciwić, chciałam dać mu do zrozumienia, że nie możemy. Po paru chwilach przestałam naciskać, chyba zaczynało mi się to nawet podobać. Nie opierałam się już, chyba nawet zaczynałam odwzajemniać pocałunki. Po kilku minutach znalazłam się na Franku, okrakiem siedziałam na jego brzuchu pochylając się nad jego twarzą.
- Nie możemy ... Nie tu. - wyszeptał i przewalił mnie na miejsce obok siebie.
- Wiem. - powiedziałam i złapałam go za rękę. - Idziesz?
Chłopak powlókł się za mną z miną wariata. Zatrzymaliśmy się w salonie. Frank delikatnie przyparł mnie do ściany. Oplotłam ręce wokół jego szyi.
- Wiesz, że nie powinniśmy? - spytałam szeptem, uśmiechając się.
- I to mnie jeszcze bardziej podnieca. - odparł i podniósł moje nogi tak, że oplatały jego biodra. Powoli ściągnęłam koszulkę. Frank dotknął moich bioder, wtedy przeszedł mnie zimny dreszcz.
- Nie ... Ja ... Nie mogę. - szepnęłam i spuściłam głowę. Spojrzał na mnie swoimi ciemnymi oczami.
- Dobrze. Bardzo dobrze. - wyszeptał i delikatnie opuścił moje nogi. Po chwili przestał mnie przyciskać do ściany. Schylił się i podał mi koszulkę. - Ubierz się, bo zimno tutaj jak cholera. - powiedział, pocałował mnie w czoło i podszedł do drzwi pokoju wspólnego. - To nie zmienia faktu, że u siebie już nie zaśniesz. Jak się ubierzesz, to przyjdź. - powiedział i zniknął za drzwiami pokoju.
Ja sama z koszulką w ręce osunęłam się na ziemię. Powoli ubrałam się. Podkuliłam nogi pod brodę i zaczęłam płakać. Nie wiedziałam co ja w ogóle chciałam zrobić ... Dlaczego? Nie znałam odpowiedzi na żadne z pytań, które chodziły mi wtedy po głowie. Poczułam jak ktoś siada obok mnie i kładzie mi rękę na ramieniu.
- Widziałam ... - usłyszałam tak dobrze znany mi głos.
- Lyn-Z ... widziałaś? - zaniosłam się nowym lamentem. Czarnowłosa przytuliła mnie do siebie.
- Tak. I wiesz co? - podniosłam głowę, tak, aby móc na nią spojrzeć. - Pomimo iż w ogóle nie powinno dojść do takiej sytuacji ... Dobrze zrobiłaś. - powiedziała i wtuliłam w siebie moją głowę.
- Ale ...
- Nikt się nie dowie. - zapewniła. Lindsey była jedną z osób, który mogłam ufać bezgranicznie. - Chodź. - powiedziała i wstała. - Nie możesz tu siedzieć całą noc.
Podniosłam się i poszłam za dziewczyną do pokoju. Frank siedział skulony na końcu łóżka i opierał się o ścianę. Jego głowa spoczywała w kolanach. Lyn-Z poszła do Gerarda, który swoą drogą strasznie chrapał, ja skierowałam się w stronę Frankiego.
- Jestem. - powiedziałam siadając obok chłopaka.
- Ja ... Przepraszam. - wydukał nawet na mnie nie patrząc. - Nie mam pojęcia co we mnie wstąpiło ...
- To nie ty powinieneś przepraszać. - szepnęłam i oparłam swoją głowę na jego ramieniu.
- Ale ... Nadal jesteśmy przyjaciółmi? - spytał z przejęciem w głosie.
- Tak ... Ale teraz chodźmy spać, dziś pogrzeb. - powiedziałam i położyłam się nasuwając na siebie kołdrę. Poczułam jak brunet kładzie się za mną. Leżeliśmy przez chwilę, po paru minutach poczułam jego rękę na swojej talii, którą po kilku sekundach szybko odsunął.
- Bez przesady. - szepnęłam, na znak, ze jeszcze przytulić mnie może, ale robiłam to tylko dla przyjemnego ciepełka, które biło od niego na kilometr. Jego ręka ochoczo wróciła na mój brzuch. Jakoś nie mogłam zasnąć, nie byłam również pewna, czy Franio już śpi. Moje wątpliwości rozwiało ciche pochrapywanie dobiegające zza moich pleców. Sama zapadłam w sen. Jeszcze przez chwilę wydawało mi się, że na krześle, na przeciwko mojej twarzy siedzi Mikey i uśmiecha się do mnie blado.
*****
- Wstawać śpiochy! - usłyszałam głos Gerarda. potem poczułam już tylko silny ból w nodze. Ból był tak silny i nagły, że zerwałam się i usiadłam. Moje oczy natychmiastowo wyłapały xródło bólu.
- Gerard! Pojebało cię? - warknęłam w stronę ciemnowłosego chłopaka, który w samych bokserkach w groszki siedział mi na nodze. - Nie dość, ze narwany, to jeszcze ekshibicjonista. - stwierdziłam ze zrezygnowaniem i rozejrzałam się po pokoju. Pomimo, że okna były jeszcze zasłonięte pomieszczenie wydawało się być dość jasne.
- Ktoś sprzątał? - spytałam krzywiąc się.
- Tak. Ja! - krzyknął Gerard przerzucając się z mojej nogi na uda Franka.
- Boże, przecież on jest kompletnie pijany! - stwierdził Frankie, kiedy już zrzucił z siebie Gee i zdołał ogarnąć sytuację. - Trzeba z nim coś zrobić. - stwierdził.
- No, przydałoby się. - potwierdziłam kiwając głową. - Zajmij się nim, ja się muszę zacząć szykować. - powiedziałam zerkając na zegarek - Za dwie godziny musimy być gotowi! - poinformowałam i ruszyłam w stronę jak zwykle zajętej łazienki. Mój humor był tak podły, że nawet Bob, który jest mistrzem wkurwienia zszedł mi z drogi. Grzecznie zastukałam do drzwi.
- Kto? - usłyszałam przygnębiony głos Lindsey.
- Ja! Wchodzę! - ostrzegłam i wparowałam do łazienki trzaskając drzwiami.
- Gerard jest kompletnie pijany! - wrzasnęłam, a czarnowłosa poparzyła się w rękę prostownicą.
- Kurwa! - pisnęła i wsadziła rękę pod zimną wodę. - Wiem. Ale i tak musi jechać.
- Frank próbuje postawić go do pionu, ale czy mu się to uda ...
- Frank potrafi sprawić, że człowiek od razu trzeźwieje. Ma jakąś tam tajemną recepturę na kogel-mogel, czy coś ... - powiedziała wyciągając z szafki plaster. - Jak się czujesz? - spytała.
- A jak mam się czuć? Za dwie godziny pod nasz dom podjedzie czarna limuzyna, która zabierze nas na cmentarz, gdzie mojego kochanego Mikeya wsadzą do ziemi i zakopią. Wcześniej pojedziemy do jakiejś obskurnej sali balowej, gdzie będziemy mogli z nim pogadać i powsadzać mu do trumny różne rzeczy. Po pogrzebie pojedziemy świętować jego życie upijając się do upadłego. Jak myślisz, co w związku z tym czuję? - moja złość ustępowała miejsca smutkowi, w oczach stanęły mi łzy. Nagle usłyszałam dzwonek do drzwi.
- Otworzę! - wydarłam się na cały dom i pobiegłam na dół dobierając się do klamki. Otarłam łzy i wyjrzałam. Poza mną przed drzwiami nie było ani żywej duszy. Już miałam zamykać drzwi, kiedy zobaczyłam, że na wycieraczce leży gigantyczny bukiet kwiatów. Niepewnie go podniosłam i obejrzałam. Pod bukietem leżała jeszcze koperta, którą spostrzegłam dopiero po chwili. Schyliłam się po nią i zdezorientowana zamknęłam za sobą drzwi.
- Frank! - krzyknęłam lekko zszokowana. - Frank, kurwa, szybko! - krzyknęłam. Kiedy chłopak się zjawił rozdziawił usta. - Wstaw je do wody ... - powiedziałam podając mu gigantyczny bukiet. Nawet o nic nie spytał.
Sama zajęłam się otwieraniem listu, wyjęłam czerwoną kartkę z namalowanymi czarnymi różami.
"Na wstępie chcemy poinformować iż kościół, pod którym się wczoraj zebraliśmy spłonął, a przynajmniej jego brama. Jak się zapewne domyślacie ogień pożarł wszystkie znicze, kwiaty, oraz dedykacje. Stąd te kwiaty. Jest ich równo 38. 37, ponieważ tyle nas dokładnie było wczoraj pod kościołem, tylu nam uratowaliście życia. Jest jedna dodatkowa róża, ale o tym potem. Prosimy, aby bukiet ten został położony na grobie Mikeya, specjalnie od nas - Fanów, którym dopiero jego śmierć otworzyła oczy. W kopercie znajdują się jeszcze dwa liściki, prosimy, aby jeden z nich, adresowany do Mikeya wraz z tą dodatkową jedną różą znalazły się w miarę możliwości w trumnie naszego kochanego basisty. Jednocześnie zwracamy się z prośbą, aby nikt do nie czytał Drugi liścik adresowany jest do Alice, przeczytać go może tylko i wyłącznie ona. Przepraszamy za kłopot i jednocześnie dziękujemy za choćby przeczytanie tego listu.
Fani My Chemical Romance."
Kiedy przeczytałam list zaczęłam płakać. Oni ... Oni są naprawdę wspaniali. Otarłam oczy i wysunęłam z koperty dwie małe kartki. Jedną z napisem Mikey odłożyłam na bok, aby tak jak prosili, nie czytać jej. Po krótkim dojściu do siebie zabrałam się za czytanie listu do mnie.
" Alice, gdyby nie Ty zapewne wiele z nas już nigdy nie widziało szansy na lepsze jutro. Dziękujemy za to, że nie przeszłaś obok nas obojętnie, że co więcej porozmawiałaś z nami. Kościół ponoć został przez kogoś podpalony, ale jeszcze nic dokładnie nie wiemy. Jednak kiedy się dowiemy kto to zostanie on przez nas surowo potraktowany. Wiemy, że dziś jest pogrzeb Twojego ukochanego mężczyzny, oraz naszego ukochanego basisty zarazem. Prosimy, abyś wręczyła Mikeyowi kwiaty. Tylko tak możemy mu podziękować za wszystko co zrobił dla nas i dla zespołu. Za to kim był i za to jak nas traktował. Za to, że to właściwie dzięki niemu możemy śmiało powiedzieć 'Słuchamy My Chemical Romance'.
Natalie i reszta."
Nie zauważyłam nawet kiedy usiadłam na zimnych panelach. Nie zauważyłam kiedy zaczęłam płakać. Wszystko to było tak wspaniałe, tak niemożliwie wspaniałe. Nie mogłam powstrzymać łez.
7/25/2011
7/22/2011
003. Singing songs that make you slit your wrists, It isn't that much fun
Szliśmy całą paczką - w siedem osób przez ulicę. Chłodny deszcz padał nam na twarze, samochody przejeżdżały bardzo rzadko. Gee trzymał Lindsey za rękę, Mikey obejmował mnie w pasie. Bob szedł przodem do nas, tak, że nie widział drogi. Ale mieliśmy ubaw kiedy wylądował tyłkiem prosto w kałuży. Szliśmy już po kilku piwach, znaczy my po kilku, a Gee i Frank po kilkunastu. Zabawa była przednia, do czasu. Franky powiedział coś co wywołało salwę śmiechu, śmiałam się i ja, swoim zwyczajem ukrywając całą twarz w dłoniach, przez co przez chwilę nikogo nie widziałam. Kiedy tak śmiałam się nagle wszystko ucichło. Powoli zdjęłam dłonie z twarzy. Naokoło było zupełnie ciemno. Samochody nie jeździły, latarnie się nie paliły, w budynkach światła były kompletnie wygaszone, nawet księżyc i gwiazdy zniknęły gdzieś za chmurami. Nagle z dnia zrobiła się noc. Ciemna, przerażająca noc. Rozejrzałam się, chłopaków nigdzie nie było, Lyn-Z też zniknęła. I nagle zobaczyłam bardzo nie wyraźną postać idącą w moim kierunku. Mikey! Kiedy podszedł, przytulił mnie i szepnął "żegnaj". W tym momencie jakaś zakapturzona postać pojawiła się znikąd i szarpnęła Mikeya za kaptur. Było tak strasznie ciemno ... Mikey upadł na ziemię, postać niewiele myśląc zaczęła ciąć jego ciało czymś ostrym. Krew była wszędzie. Chciałam się ruszyć, powiedzieć coś, odepchnąć napastnika, krzyknąć, ale nie mogłam. Stałam w ciszy, w bezruchu. Z oddali ktoś coś mówił, krzyczał. Gdybym chociaż mogła odpowiedzieć. Mikey też ucichł. Widziałam jego wiotkie, martwe ciało leżące w gigantycznej kałuży krwi, która ciurkiem spływała wzdłuż chodnika. Płynęła powoli w moją stronę. Chciałam pomóc Mikeyowi, ale nie mogłam, nie mogłam go nawet dotknąć. Poczułam wilgoć w butach, wiedziałam, że to krew, która dopłynęła do mnie. Nadal słyszałam to odległe wołanie. Ktoś krzyczał moje imię, ale ja nic nie mogłam zrobić. W końcu nawet to wołanie ucichło, postać zniknęła. Zostałam sama, bezradna. Nadal nie mogłam podejść co ukochanego. I w tym momencie przestałam czuć cokolwiek innego, tylko ból w gardle. Czułam jak krew wylewająca się z mojej tętnicy powoli spływa po ramieniu, po dekoldzie. Upadłam na kolana. Znowu ... Znów umierałam samotnie ...
*****
Obudziłam się cała zalana potem. Słońce, które wpadało do pokoju przez okna ogrzewało moją twarz. Odwróciłam się na drugi bok, alby móc otworzyć oczy i wtedy to poczułam. Ból. Jakby w moją rękę wbijano małe sztyleciki. I w tym momencie przypomniałam sobie urywki z poprzedniego dnia.
Zbite lustro.
Dobijanie się do drzwi.
Krew.
Dużo krwi.
Śmiech. Chyba mój.
Ból.
Krzyk.
Smród zmieszanych perfum.
Mnóstwo szkła.
Znów ból.
Jeszcze więcej krwi.
Jakoś nie mogłam tych wspomnień poukładać, wystarczająco przeszkadzał mi w tym opatrunek, pod którym pulsowało moje przedramię. Miałam ochotę zawyć z bólu. Już prawie to zrobiłam, gdy spostrzegłam, że nie jestem sama w pokoju. To była wystarczająca wymówka, aby otworzyć oczy. Powoli uniosłam powieki. Światło dzienne nie służyło moim oczom. Odzwyczaiłam się od jasności, a ta, która opanowała pomieszczenie była wyjątkowo rażąca.
- Obudziła się! - Usłyszałam głos Franka. Teraz, kiedy byłam pewna kto znajduje się w pokoju mogłam z powrotem zamknąć oczy.
- Zasłońcie, kurwa okna! - Syknęłam. Usłyszałam opuszczanie rolet. Pomieszczenie nabrało odcień bordo. Znajdowałam się w pokoju wspólnym. Po zapachu mebla, na którym leżałam wydedukowałam iż spoczywam na łóżku Franka. Samarytanin się kurwa znalazł i mi łóżka użyczył ... W sumie to byłam mu wdzięczna, ale ból zawsze sprawiał, że stawałam się wściekła.
- Jak się czujesz kochana? - Usłyszałam głos Lyn-Z. Miała bardzo łagodną barwę głosu, jak zwykle gdy była przygnębiona.
- Dobrze. Gdzie jest ... - Nie dokończyłam, bo krwawe wspomnienie z soboty wróciło. - No tak ... - Moje oczy zebrały się łzami. W towarzystwie przeszywającego bólu obróciłam się z powrotem tyłem do wszystkich, którzy byli w pokoju. Nienawidziłam, kiedy ktoś widział jak płaczę. Poczułam wstyd za to, że w ogóle musieli mnie widzieć w takim stanie. Trzęsłam się. Nie z powodu zimna, czy bólu, z powodu płaczu, którego jakoś nie mogłam powstrzymać.
- Zostawimy was samych. Postaraj się ją uspokoić. - Powiedział szeptem Gerard. Poczułam jak ktoś powoli kładzie się obok mnie.
- Zakładam, że bardzo boli. - Usłyszałam za sobą delikatny, męski głos.
- Frank? A ty mi się czemu wpierdalasz do łóżka? - Potraktowałam go chłodno, próbując ukryć, że ucieszyłam się z jego obecności.
-Ojojoj, przestań już zgrywać taką zbuntowaną. - Powiedział mi do ucha. - Ta strata boli nas wszystkich, ale to nie powód, aby odbierać sobie życie. - Dodał smutniejszym tonem.
- Jutro pogrzeb ... Musimy się przygotować. - Powiedziałam patrząc na kwiat na firance.
- Ja ... Nie jestem pewien czy powinnaś ..
- Chcesz powiedzieć, że mam nie jechać? - Krzyknęłam podrywając się do pozycji siedzącej.
- Ja nic takiego nie mówiłem, tylko ...
- Tylko co ? - Warknęłam zaciskając zęby. Ten człowiek tak łatwo wyprowadzał mnie z równowagi. Czasem na prawdę dostawałam przy nim szału.
- Tylko twoje ręce. Tam będzie mnóstwo reporterów, flesze, fanki ...
- Mam ich w dupie, jadę na pogrzeb, a nie na czerwony dywan. - Powiedziałam, po czym z powodu ostrego bólu wróciłam do leżenia. Tym razem twarzą do Franka. - Niech mi tylko któryś zrobi zdjęcie to pożałuje i pożegna się z posiadaniem dzieci w przyszłości!
- Auć. - Pisnął delikatnie Frank zwijając się lekko. Może i był wkurzający, ale tak łatwo doprowadzał mnie do śmiechu. Czasem, przy nim i tylko przy nim zapominałam o wypadku. I o bólu. Tak na prawdę chyba go lubiłam.
- Nie wygłu ... - Przerwała mi Lyn-Z, która wpadła do pokoju z naprawdę wystraszoną miną.
- Ge .. Gerard .. On .. Z .. Zniknął ! - Wyjąkała w salwie płaczu.
- Frank, zajmij się ją. - Szepnęłam i nie zważając na ból zerwałam się z miejsca. Porwałam z krzesła swoje spodnie i naciągnęłam je na tyłek. - Chyba wiem gdzie on może być. - W tym momencie Lindsey dziwnie się na mnie spojrzała. Zapięłam klamrę od paska i objęłam ją.
- Nie martw się. Założę się, że jest cały i zdrowy. - Szepnęłam jej do ucha. Po czym znacząco zerknęłam na Frankiego, który podszedł do czarnowłosej i delikatnie łapiąc jej rękę podprowadził ją na łóżko. Dziewczyna usiadła na rogu mebla, Frank kucnął przed nią. Nie miałam czasu na przyglądaniu się dłużej tej scenie, wiedziałam co stanie się, jeśli szybko nie znajdę Gerarda.
*****
Szłam przez alejkę w parku, to było pierwsze miejsce, które przyszło mi do głowy. Zawsze chodziliśmy tu w trójkę, zanim jeszcze Gee poznał Lindsey. Rozglądałam się na boki, usłyszałam odległe skrzypienie huśtawki. Zaczęłam biec przed siebie, nagle zarwała się chmura zalewając moją twarz zimnymi kroplami deszczu. Z daleka usłyszałam jak ktoś przeklina deszcz. Uśmiechnęłam się pod nosem. Biegłam jeszcze szybciej. Wiatr delikatnie owiewał moją buzię, wiał prosto na mnie sprawiając, że deszcz ostro skręcił i teraz spadał prosto na moje oczy, sprawiając, że widoczność otoczenia miałam bliską zeru, jednak dobrze wiedziałam gdzie się kierować. Moje trampki przemokły do suchej nitki, tak samo z resztą jak reszta ubioru. Mokre włosy oblepiały moją twarz. Przyspieszyłam, teraz biegłam z prędkością jakiej od dawna nie mogłam osiągnąć podczas porannych joggingów, które ostatnimi czasy zupełnie sobie odpuściłam, z wiadomych przyczyn. Teraz najważniejsze było dotarcie w odpowiednie miejsce na czas. Miałam nadzieję, że nie jest jeszcze za późno. Skręciłam w boczną uliczkę i znalazłam się na małym placu. Na huśtawce, pośród dudniących w metal kropli deszczu siedział chłopak. Przez chwilę nie byłam pewna czy to Gerard. Spostrzegłam, że ma na sobie bluzę, taką jaką ma ... miał Mikey. W tedy miałam pewność, że to nasza zguba. Zrobiłam dwa kroki do przodu. Gee miał głowę spuszczoną do dołu, patrzył na białe opakowanie. Tabletki. Obok niego, na ziemi stała puszka z piwem. Kurcze, wiedziałam, że będzie w to dalej brnął, musiałam szybko zareagować, bo by się zatruł.
- The amount of pills I'm taking counteracts the booze I'm drinking? - Zacytowałam pytającym tonem. To był fragment ich piosenki. Chłopak tylko spojrzał na mnie smutno, otworzył pudełeczko z napisem Xanax i wsypał jego zawartość do puszki z piwem.
- Kończę z tym. Dla Mikeya. - Powiedział zdecydowanie. - Nie chciał abym brał i pił, nie chciał żebym się uzależnił, żebym się truł tym gównem.
Uśmiechnęłam się pod nosem, zrobiło mi się lżej na sercu. Wiedziałam, że Mikey nas obserwuje, czułam jego obecność. A może tylko mi się zdawało ...
- Wiesz, czasem mam wrażenie, że Mikey nas wszystkich obserwuje, że ... że jest z nami. Czasem go widzę i wtedy zaczynam się czuć bezpieczniej, zupełnie jakby ze mną był. - Powiedziałam cicho i usiadłam na huśtawce obok Gerarda. Spojrzał się na mnie swoimi smutnymi, świdrującymi oczami. Jego wyraz twarzy momentalnie się zmienił, źrenice mu się powiększyły. Poderwał się z miejsca i wyciągnął rękę w moją stronę w geście mówiącym "Chodź, a coś Ci pokażę".
- No, chodź, na co czekasz? - Spytał i szarmancko się uśmiechnął.
Poszłam za chłopakiem. Chwilę to trwało, nawet nie spostrzegłam kiedy przestało padać.
- Jesteśmy na miejscu, jeszcze tylko kilka kroków. - powiedział poważnie. Nie miałam pojęcia o co tym razem mu chodziło i po co przyprowadził mnie pod kościół. Widok który zastałam przy frontowej bramie zmroził mnie wręcz do szpiku kości. Co najmniej kilkadziesiąt nastolatek i nastolatków w deszczu, na mrozie. Setka, lub więcej zniczy i ciągle ich przybywało. Z czyjegoś telefonu sączyło się The Ghost Of You. Większość dzieciaków płakała. Mnie też się łza w oku zakręciła. Powoli podeszłam do tłumu.
- Witajcie. - powiedziałam już płacząc. Oni spojrzeli na mnie smutnymi, wypłakanymi oczyma.
- Co .. Co teraz będzie z My Chem? - spytała jakaś dziewczyna z tłumu, jej głos łamał się.
- Proszę dziewczynę, która się o to zapytała, aby do mnie podeszła. Śmiało. - powiedziałam krzepiąco.
Z tłumu wyłoniła się różowowłosa dziewczyna, miała co najwyżej szesnaście lat. Jej głowa spuszczona była do dołu, a zaszklone oczy zwrócone w moją stronę, w ręce trzymała znicz i czerwoną różę. Przywołałam ją prostym gestem ręki i przytuliłam do siebie najmocniej jak potrafiłam. Powoli wzięłam z jej rąk oba symbole.
- Mikey, pamiętaj o nich tak jak i oni pamiętają o tobie. - szepnęłam przez łzy i położyłam oba przedmioty przy wielkim krzyżu.
- Jak masz na imię? - zwróciłam się do dziewczyny.
- Natalie. - szepnęła.
- Natalie. Bardzo ładnie. - powiedziałam ocierając łzy z jej policzków. - Pytałaś co teraz będzie z zespołem. My Chemical Romance się nie rozpadnie. Tą grupę ... - kiwnęłam głową do Gerarda, który trzymał się na uboczu, na znak, żeby przyszedł. - Tą grupę tworzyli nie tylko chłopcy, ale też wy wszyscy. Każdy z osobna dawał Chemicznym cząstkę siebie, byliście im ... nam wierni nawet w najgorszych dla zespołu momentach. MCR nie zginie, dopóki wszyscy będziecie o nich pamiętać, dopóki będzie pamiętała choćby jedna osoba.
- Będziemy pamiętać! - krzyknął jakiś chłopak i wyszedł na przód.
- I proszę, tego się trzymajcie. Zawsze, choćby nie wiem jak źle było mieliśmy pewność, że nie jesteśmy sami. Że zawsze możemy liczyć na wasze wsparcie. Mamy nadzieję, że również teraz, kiedy My Chem najprawdopodobniej już nie powstanie z popiołów jesteście z nami. - powiedział Gerard i nawet jemu samemu łza spłynęła po policzku.
- Jesteśmy, byliśmy i będziemy. - powiedziała Natalie po czym się uśmiechnęła. Nieśmiało i blado, ale zawsze.
- Mam do was jedną prośbę. Idźcie do domów, nie marznijcie tu. Idźcie do domów i nigdy nie zapominajcie, że macie w nas, naszych piosenkach wsparcie. Zawsze i wszędzie. A jeśli ktoś będzie chciał o tym porozmawiać na spokojnie, na osobności zawsze macie nas do dyspozycji. Wystarczy się z nami w jakikolwiek sposób porozumieć. - dodał Gerard kompletnie się rozklejając. Nigdy go jeszcze nie widziałam w takim stanie. Jakaś drobna osóbka z tłumu podeszła do niego i po prostu się do niego przytuliła.
- Nie płacz, twój brat by tego nie chciał. - powiedziała wtulając się w jego koszulkę. Normalnie każda z nich by o tym marzyła, wiele z nich nigdy nie widziało Gee na żywo, jednak teraz zachowywali się zupełnie inaczej niż na koncertach, czy na ulicy. Nie krzyczeli z radości, nie prosili o autografy. Widać, że dla nich wszystkich, tutaj zebranych to była prawdziwa tragedia. Mój wzrok przykuła jedna rzecz. Na rękach wielu z nich widniały czerwone sznyty. Taki widok był poważnie przerażający, jednak ja sama nie byłam lepsza. Musiałam coś z tym zrobić. Natalie już dawno wbiegła w tłum. Ja podeszłam do Gerarda.
- Spójrz na ich nadgarstki. - szepnęłam mu do ucha.
- Tak nie może być! - krzyknął. - Proszę teraz, natychmiast wszystkich, którzy teraz, bądź kiedykolwiek się cięli o podejście tu. - co najmniej trzy czwarte tłumu wystąpiło na przód. Sami byli wyraźnie zdziwieni, ze jest ich aż tyle.
- Popatrzcie. - powiedziałam ściągając swoją bluzę, oraz odwijając bandaże. Moje ręce były całe czerwone. W ranach. Niektóre z nich nawet nie zaczęły się goić. - Tak chcecie skończyć? Nie ma sensu. - zapewniłam. - To naprawdę nie pomaga. Jest .. Jeszcze gorzej. - powiedziałam, a moim oczom ukazał się niemożliwy widok. Jedna z dziewczyn wyjęła z kiszeni żyletkę i rzuciła ją na ziemię przed tłumem. Po niej coraz więcej osób wyrzucało brzytwy, scyzoryki, żyletki, cyrkle oraz inne ostra rzeczy. Poczułam na sobie surowy wzrok Gerarda. Wiedziałam o co mu chodzi. Kiedy już wszyscy pozbyli się swoich "przyrządów" ja sama, na oczach tych wszystkich fanów wyjęłam z kieszeni bluzy żyletkę.
- Nigdy więcej. - powiedziałam głośno.
- Nigdy więcej! - zawtórował mi tłum. To było niemożliwe. Tyle osób, przy swoim własnym idolu, przez wielu pożądanym, ujawniło swoje wady i tajemnice. Nagle jedna osoba zaczęła bezwiednie śpiewać Helenę. Potem następna i jeszcze jedna. Po kilku sekundach już wszyscy, przez łzy śpiewali, ile sił w płucach. Przyszedł jakiś chłopak z gitarą i zaczął grać. Do nastolatków przyłączył się Gerard. Oni chyba naprawdę kochali tan zespół. Ten zespół uratował ich życia.
*****
Obudziłam się cała zalana potem. Słońce, które wpadało do pokoju przez okna ogrzewało moją twarz. Odwróciłam się na drugi bok, alby móc otworzyć oczy i wtedy to poczułam. Ból. Jakby w moją rękę wbijano małe sztyleciki. I w tym momencie przypomniałam sobie urywki z poprzedniego dnia.
Zbite lustro.
Dobijanie się do drzwi.
Krew.
Dużo krwi.
Śmiech. Chyba mój.
Ból.
Krzyk.
Smród zmieszanych perfum.
Mnóstwo szkła.
Znów ból.
Jeszcze więcej krwi.
Jakoś nie mogłam tych wspomnień poukładać, wystarczająco przeszkadzał mi w tym opatrunek, pod którym pulsowało moje przedramię. Miałam ochotę zawyć z bólu. Już prawie to zrobiłam, gdy spostrzegłam, że nie jestem sama w pokoju. To była wystarczająca wymówka, aby otworzyć oczy. Powoli uniosłam powieki. Światło dzienne nie służyło moim oczom. Odzwyczaiłam się od jasności, a ta, która opanowała pomieszczenie była wyjątkowo rażąca.
- Obudziła się! - Usłyszałam głos Franka. Teraz, kiedy byłam pewna kto znajduje się w pokoju mogłam z powrotem zamknąć oczy.
- Zasłońcie, kurwa okna! - Syknęłam. Usłyszałam opuszczanie rolet. Pomieszczenie nabrało odcień bordo. Znajdowałam się w pokoju wspólnym. Po zapachu mebla, na którym leżałam wydedukowałam iż spoczywam na łóżku Franka. Samarytanin się kurwa znalazł i mi łóżka użyczył ... W sumie to byłam mu wdzięczna, ale ból zawsze sprawiał, że stawałam się wściekła.
- Jak się czujesz kochana? - Usłyszałam głos Lyn-Z. Miała bardzo łagodną barwę głosu, jak zwykle gdy była przygnębiona.
- Dobrze. Gdzie jest ... - Nie dokończyłam, bo krwawe wspomnienie z soboty wróciło. - No tak ... - Moje oczy zebrały się łzami. W towarzystwie przeszywającego bólu obróciłam się z powrotem tyłem do wszystkich, którzy byli w pokoju. Nienawidziłam, kiedy ktoś widział jak płaczę. Poczułam wstyd za to, że w ogóle musieli mnie widzieć w takim stanie. Trzęsłam się. Nie z powodu zimna, czy bólu, z powodu płaczu, którego jakoś nie mogłam powstrzymać.
- Zostawimy was samych. Postaraj się ją uspokoić. - Powiedział szeptem Gerard. Poczułam jak ktoś powoli kładzie się obok mnie.
- Zakładam, że bardzo boli. - Usłyszałam za sobą delikatny, męski głos.
- Frank? A ty mi się czemu wpierdalasz do łóżka? - Potraktowałam go chłodno, próbując ukryć, że ucieszyłam się z jego obecności.
-Ojojoj, przestań już zgrywać taką zbuntowaną. - Powiedział mi do ucha. - Ta strata boli nas wszystkich, ale to nie powód, aby odbierać sobie życie. - Dodał smutniejszym tonem.
- Jutro pogrzeb ... Musimy się przygotować. - Powiedziałam patrząc na kwiat na firance.
- Ja ... Nie jestem pewien czy powinnaś ..
- Chcesz powiedzieć, że mam nie jechać? - Krzyknęłam podrywając się do pozycji siedzącej.
- Ja nic takiego nie mówiłem, tylko ...
- Tylko co ? - Warknęłam zaciskając zęby. Ten człowiek tak łatwo wyprowadzał mnie z równowagi. Czasem na prawdę dostawałam przy nim szału.
- Tylko twoje ręce. Tam będzie mnóstwo reporterów, flesze, fanki ...
- Mam ich w dupie, jadę na pogrzeb, a nie na czerwony dywan. - Powiedziałam, po czym z powodu ostrego bólu wróciłam do leżenia. Tym razem twarzą do Franka. - Niech mi tylko któryś zrobi zdjęcie to pożałuje i pożegna się z posiadaniem dzieci w przyszłości!
- Auć. - Pisnął delikatnie Frank zwijając się lekko. Może i był wkurzający, ale tak łatwo doprowadzał mnie do śmiechu. Czasem, przy nim i tylko przy nim zapominałam o wypadku. I o bólu. Tak na prawdę chyba go lubiłam.
- Nie wygłu ... - Przerwała mi Lyn-Z, która wpadła do pokoju z naprawdę wystraszoną miną.
- Ge .. Gerard .. On .. Z .. Zniknął ! - Wyjąkała w salwie płaczu.
- Frank, zajmij się ją. - Szepnęłam i nie zważając na ból zerwałam się z miejsca. Porwałam z krzesła swoje spodnie i naciągnęłam je na tyłek. - Chyba wiem gdzie on może być. - W tym momencie Lindsey dziwnie się na mnie spojrzała. Zapięłam klamrę od paska i objęłam ją.
- Nie martw się. Założę się, że jest cały i zdrowy. - Szepnęłam jej do ucha. Po czym znacząco zerknęłam na Frankiego, który podszedł do czarnowłosej i delikatnie łapiąc jej rękę podprowadził ją na łóżko. Dziewczyna usiadła na rogu mebla, Frank kucnął przed nią. Nie miałam czasu na przyglądaniu się dłużej tej scenie, wiedziałam co stanie się, jeśli szybko nie znajdę Gerarda.
*****
Szłam przez alejkę w parku, to było pierwsze miejsce, które przyszło mi do głowy. Zawsze chodziliśmy tu w trójkę, zanim jeszcze Gee poznał Lindsey. Rozglądałam się na boki, usłyszałam odległe skrzypienie huśtawki. Zaczęłam biec przed siebie, nagle zarwała się chmura zalewając moją twarz zimnymi kroplami deszczu. Z daleka usłyszałam jak ktoś przeklina deszcz. Uśmiechnęłam się pod nosem. Biegłam jeszcze szybciej. Wiatr delikatnie owiewał moją buzię, wiał prosto na mnie sprawiając, że deszcz ostro skręcił i teraz spadał prosto na moje oczy, sprawiając, że widoczność otoczenia miałam bliską zeru, jednak dobrze wiedziałam gdzie się kierować. Moje trampki przemokły do suchej nitki, tak samo z resztą jak reszta ubioru. Mokre włosy oblepiały moją twarz. Przyspieszyłam, teraz biegłam z prędkością jakiej od dawna nie mogłam osiągnąć podczas porannych joggingów, które ostatnimi czasy zupełnie sobie odpuściłam, z wiadomych przyczyn. Teraz najważniejsze było dotarcie w odpowiednie miejsce na czas. Miałam nadzieję, że nie jest jeszcze za późno. Skręciłam w boczną uliczkę i znalazłam się na małym placu. Na huśtawce, pośród dudniących w metal kropli deszczu siedział chłopak. Przez chwilę nie byłam pewna czy to Gerard. Spostrzegłam, że ma na sobie bluzę, taką jaką ma ... miał Mikey. W tedy miałam pewność, że to nasza zguba. Zrobiłam dwa kroki do przodu. Gee miał głowę spuszczoną do dołu, patrzył na białe opakowanie. Tabletki. Obok niego, na ziemi stała puszka z piwem. Kurcze, wiedziałam, że będzie w to dalej brnął, musiałam szybko zareagować, bo by się zatruł.
- The amount of pills I'm taking counteracts the booze I'm drinking? - Zacytowałam pytającym tonem. To był fragment ich piosenki. Chłopak tylko spojrzał na mnie smutno, otworzył pudełeczko z napisem Xanax i wsypał jego zawartość do puszki z piwem.
- Kończę z tym. Dla Mikeya. - Powiedział zdecydowanie. - Nie chciał abym brał i pił, nie chciał żebym się uzależnił, żebym się truł tym gównem.
Uśmiechnęłam się pod nosem, zrobiło mi się lżej na sercu. Wiedziałam, że Mikey nas obserwuje, czułam jego obecność. A może tylko mi się zdawało ...
- Wiesz, czasem mam wrażenie, że Mikey nas wszystkich obserwuje, że ... że jest z nami. Czasem go widzę i wtedy zaczynam się czuć bezpieczniej, zupełnie jakby ze mną był. - Powiedziałam cicho i usiadłam na huśtawce obok Gerarda. Spojrzał się na mnie swoimi smutnymi, świdrującymi oczami. Jego wyraz twarzy momentalnie się zmienił, źrenice mu się powiększyły. Poderwał się z miejsca i wyciągnął rękę w moją stronę w geście mówiącym "Chodź, a coś Ci pokażę".
- No, chodź, na co czekasz? - Spytał i szarmancko się uśmiechnął.
Poszłam za chłopakiem. Chwilę to trwało, nawet nie spostrzegłam kiedy przestało padać.
- Jesteśmy na miejscu, jeszcze tylko kilka kroków. - powiedział poważnie. Nie miałam pojęcia o co tym razem mu chodziło i po co przyprowadził mnie pod kościół. Widok który zastałam przy frontowej bramie zmroził mnie wręcz do szpiku kości. Co najmniej kilkadziesiąt nastolatek i nastolatków w deszczu, na mrozie. Setka, lub więcej zniczy i ciągle ich przybywało. Z czyjegoś telefonu sączyło się The Ghost Of You. Większość dzieciaków płakała. Mnie też się łza w oku zakręciła. Powoli podeszłam do tłumu.
- Witajcie. - powiedziałam już płacząc. Oni spojrzeli na mnie smutnymi, wypłakanymi oczyma.
- Co .. Co teraz będzie z My Chem? - spytała jakaś dziewczyna z tłumu, jej głos łamał się.
- Proszę dziewczynę, która się o to zapytała, aby do mnie podeszła. Śmiało. - powiedziałam krzepiąco.
Z tłumu wyłoniła się różowowłosa dziewczyna, miała co najwyżej szesnaście lat. Jej głowa spuszczona była do dołu, a zaszklone oczy zwrócone w moją stronę, w ręce trzymała znicz i czerwoną różę. Przywołałam ją prostym gestem ręki i przytuliłam do siebie najmocniej jak potrafiłam. Powoli wzięłam z jej rąk oba symbole.
- Mikey, pamiętaj o nich tak jak i oni pamiętają o tobie. - szepnęłam przez łzy i położyłam oba przedmioty przy wielkim krzyżu.
- Jak masz na imię? - zwróciłam się do dziewczyny.
- Natalie. - szepnęła.
- Natalie. Bardzo ładnie. - powiedziałam ocierając łzy z jej policzków. - Pytałaś co teraz będzie z zespołem. My Chemical Romance się nie rozpadnie. Tą grupę ... - kiwnęłam głową do Gerarda, który trzymał się na uboczu, na znak, żeby przyszedł. - Tą grupę tworzyli nie tylko chłopcy, ale też wy wszyscy. Każdy z osobna dawał Chemicznym cząstkę siebie, byliście im ... nam wierni nawet w najgorszych dla zespołu momentach. MCR nie zginie, dopóki wszyscy będziecie o nich pamiętać, dopóki będzie pamiętała choćby jedna osoba.
- Będziemy pamiętać! - krzyknął jakiś chłopak i wyszedł na przód.
- I proszę, tego się trzymajcie. Zawsze, choćby nie wiem jak źle było mieliśmy pewność, że nie jesteśmy sami. Że zawsze możemy liczyć na wasze wsparcie. Mamy nadzieję, że również teraz, kiedy My Chem najprawdopodobniej już nie powstanie z popiołów jesteście z nami. - powiedział Gerard i nawet jemu samemu łza spłynęła po policzku.
- Jesteśmy, byliśmy i będziemy. - powiedziała Natalie po czym się uśmiechnęła. Nieśmiało i blado, ale zawsze.
- Mam do was jedną prośbę. Idźcie do domów, nie marznijcie tu. Idźcie do domów i nigdy nie zapominajcie, że macie w nas, naszych piosenkach wsparcie. Zawsze i wszędzie. A jeśli ktoś będzie chciał o tym porozmawiać na spokojnie, na osobności zawsze macie nas do dyspozycji. Wystarczy się z nami w jakikolwiek sposób porozumieć. - dodał Gerard kompletnie się rozklejając. Nigdy go jeszcze nie widziałam w takim stanie. Jakaś drobna osóbka z tłumu podeszła do niego i po prostu się do niego przytuliła.
- Nie płacz, twój brat by tego nie chciał. - powiedziała wtulając się w jego koszulkę. Normalnie każda z nich by o tym marzyła, wiele z nich nigdy nie widziało Gee na żywo, jednak teraz zachowywali się zupełnie inaczej niż na koncertach, czy na ulicy. Nie krzyczeli z radości, nie prosili o autografy. Widać, że dla nich wszystkich, tutaj zebranych to była prawdziwa tragedia. Mój wzrok przykuła jedna rzecz. Na rękach wielu z nich widniały czerwone sznyty. Taki widok był poważnie przerażający, jednak ja sama nie byłam lepsza. Musiałam coś z tym zrobić. Natalie już dawno wbiegła w tłum. Ja podeszłam do Gerarda.
- Spójrz na ich nadgarstki. - szepnęłam mu do ucha.
- Tak nie może być! - krzyknął. - Proszę teraz, natychmiast wszystkich, którzy teraz, bądź kiedykolwiek się cięli o podejście tu. - co najmniej trzy czwarte tłumu wystąpiło na przód. Sami byli wyraźnie zdziwieni, ze jest ich aż tyle.
- Popatrzcie. - powiedziałam ściągając swoją bluzę, oraz odwijając bandaże. Moje ręce były całe czerwone. W ranach. Niektóre z nich nawet nie zaczęły się goić. - Tak chcecie skończyć? Nie ma sensu. - zapewniłam. - To naprawdę nie pomaga. Jest .. Jeszcze gorzej. - powiedziałam, a moim oczom ukazał się niemożliwy widok. Jedna z dziewczyn wyjęła z kiszeni żyletkę i rzuciła ją na ziemię przed tłumem. Po niej coraz więcej osób wyrzucało brzytwy, scyzoryki, żyletki, cyrkle oraz inne ostra rzeczy. Poczułam na sobie surowy wzrok Gerarda. Wiedziałam o co mu chodzi. Kiedy już wszyscy pozbyli się swoich "przyrządów" ja sama, na oczach tych wszystkich fanów wyjęłam z kieszeni bluzy żyletkę.
- Nigdy więcej. - powiedziałam głośno.
- Nigdy więcej! - zawtórował mi tłum. To było niemożliwe. Tyle osób, przy swoim własnym idolu, przez wielu pożądanym, ujawniło swoje wady i tajemnice. Nagle jedna osoba zaczęła bezwiednie śpiewać Helenę. Potem następna i jeszcze jedna. Po kilku sekundach już wszyscy, przez łzy śpiewali, ile sił w płucach. Przyszedł jakiś chłopak z gitarą i zaczął grać. Do nastolatków przyłączył się Gerard. Oni chyba naprawdę kochali tan zespół. Ten zespół uratował ich życia.
7/03/2011
002. Tell me I’m an angel, take this to my grave.
Biały obłoczek pary unosił się nad białym kubkiem ze Starbucksa. Po raz pierwszy od kilku lat czułam obrzydzenie do ciemnego płynu, który znajdował się w środku, moje uzależnienie zdawało się zanikać, to mnie wcale nie cieszyło, bo kawa była aktualnie jedyną rzeczą, która mogła przejść przez moje gardło. Siedzieliśmy w milczeniu w małej kuchni, każdy nad swoją porcją espresso, ale jakoś nikomu nie spieszyło się, aby zaczerpnąć łyka ciepłego napoju. Jedyną osobą, która z naszej czwórki zachowywała resztki spokoju był Ray. To on wyszedł, aby kupić jedzenie i picie na następny tydzień. Poszedł, mimo iż wiedział, że nikt w domu specjalnie nie miał apetytu. Z wyjątkiem Franka, który na codzień jadł za czterech, teraz jadł za całą naszą szóstkę. Tak, szóstkę. W domu mieszkałam ja, Gerard, Frank, Ray, Bob oraz ukochana Gerrego - Lyn-Z, którą z wzajemnością uwielbiałam. Czasem wpadała Rebecca, moja najlepsza przyjaciółka. Ona wiedziała jak mnie pocieszyć. Po prostu przychodziła i siedziała ze mną cały dzień, ja się jej wyżalałam, a ona słuchała. Była na prawdę świetnym słuchaczem. Odkąd Mikeya nie było z nami i nie potrafiłam spać w naszym wspólnym pokoju przenosiłam się do chłopaków, do dużego pokoju, w którym spali wszyscy. Ja i Mikey byliśmy do niedawna jedyną parą w domu, jakiś miesiąc temu Gee zakochał się na zabój. Lindsey wprowadziła się do nas, ale spała w jednym łóżku z Gerrym, więc nie było problemu. Jedna osoba więcej nie robiła nam różnicy. Teraz mam wrażenie, że gdyby nie ona, Gerard zwariowałby. Gdy przeniosłam się do wspólnego pokoju musiałam wybrać z kim chcę spać. Wybrałam Franka, który po mimo jednej chwili słabości strasznie się o mnie martwił. Odkąd uświadomił sobie, że nie miałam nic wspólnego ze śmiercią Mikeya stał się wobec mnie strasznie opiekuńczy. Kiedy jednej nocy płakałam, on po przyjacielsku mnie do siebie przytulił. Wiedział jak strasznie mnie to boli.
- Słuchajcie, nie możemy tak siedzieć bezczynnie! - Powiedział ktoś z drugiego końca pokoju. To był głos Ray`a, który od tych czterech dni nic nie robił, tylko się nami opiekował i brzdąkał na gitarze. - Musimy żegnać go milczeniem? Przecież na pewno chciałby, abyśmy zrobili afterparty po jego życiu.
- Zamknął byś się wreszcie. - Rzucił Frank wściekłym głosem i cisnął w Raya talerzem. Na szczęście nie trafił.
- Frank! Porąbało cię? - Wrzasnęła Lyn-Z.
- Inaczej się go nie uciszy! Nie będzie mi tu skurwiel teraz o jakichś imprezach pierdolił! Czy on nie widzi co my wszyscy przeżywamy ? - Skomentował Franky.
- Ray ma rację. - Dodał Gerard, który od tych czterech dni milczał. Czasami odezwał się słowami "Cześć wszystkim", "Gdzie jest kurwa kawa", "Nie jestem głodny" i "Spierdalaj". To ostatnie zauważyć się dało najczęściej. Od śmierci Mikeya był strasznie drażliwy. Jak zresztą każde z nas. Docierało do niego tylko to co mówiła Lindsey i to nie zawsze.
- Bo Mikey zawsze mówił, że jakby umarł, to chce, żebyśmy się cieszyli, że w ogóle żył. - Powiedział Ray omijając kawałki potłuczonego szkła z talerza i podchodząc do stolika. Co do tego nie miałam zdania, wkurzali mnie takim gadaniem. Poczułam silną chęć odizolowania się od nich, musiałam pobyć chwilę sama. Pewnym, szybkim ruchem odsunęłam się razem z krzesłem od stołu, wstałam i pobiegłam na górę. Odruchowo skierowałam się w stronę naszego ... mojego pokoju. Weszłam do środka i zamarłam.
*****
Ale .. jak to? Nie. Nie rozumiem. - Mówiłam przez łzy, moje serce waliło jak oszalałe. Nic z tego nie rozumiałam. Jak to w ogóle było możliwe, wszystko co dotychczas wiedziałam na Te tematy uległo zmianie.
- Mam powtórzyć? - Spytał.
- Gdybyś był tak łaskaw. - Odparłam. Nie miałam pojęcia jak nazwać uczucie, które mną targało. To było połączenie strachu, radości i czegoś, co w niesamowity sposób wypełniało pustkę.
- Widzisz, jestem ucieleśnieniem mojej duszy, czyli taką jakby skorupą zamkniętą na czymś w rodzaju ducha. Teraz, kiedy stałem się Tym nie mam prawa cię kochać ani nawet lubić, masz mi być obojętna. Zostałem wyznaczony, po długim namawianiu na to Góry, aby cię chronić. Jestem czymś w rodzaju twojego anioła stróża. Tylko jest mały problem, ty Alice nie jesteś mi obojętna, ja po prostu nie potrafię cię nie kochać. Gdybym jednak nie był Tym nie mogłabyś mnie zobaczyć, widziałby mnie tylko Gerard, jako moja rodzina. Teraz widzicie mnie oboje i tylko wy. Nikt inny nie może się o mnie dowiedzieć.
- Czyli ... Nie możesz mnie kochać ... Co by było gdyby ktoś się dowiedział, że kochasz? - Patrzyłam z niedowierzaniem na Mikeya. Siedział na skraju naszego łóżka z rękami między kolanami.
- Nie mam pojęcia. Na prawdę nie wiem. Mam prawo przebywać z tobą, jako moją podopieczną dwadzieścia cztery godziny na dobę.
Rozryczałam się na dobre. Wolałabym, żeby go w ogóle nie było, żebym wiedziała, lub myślała, że go nie ma. Przytulił mnie.
- Cichutko. Wszystko będzie jak dawniej. - Wyszeptał.
- Nic nie będzie jak dawniej! Nic rozumiesz? - Krzyknęłam i odepchnęłam go. Przez łzy widziałam jak upada na łóżko. Wybiegłam z pokoju w kierunku łazienki, zamknęłam się w niej i spojrzałam w lustro.
- Nienawidzę cię szmato! To przez ciebie nie będzie jak dawniej. - Powiedziałam. Gniew wylewał się z moich oczu wraz ze łzami. - Przez ciebie! - Wrzasnęłam i uderzyłam swoje lustrzane odbicie pięścią. Lustro pękło, kilka fragmentów rozsypało się po umywalce, reszta stworzyła coś na kształt pajęczyny. Z mojej ręki leciała krew, nie przejęłam się tym. Znów spojrzałam na swoje odbicie. Było straszne.
- Alice, otwórz drzwi! - Usłyszałam głos Gerarda. Najwyraźniej dźwięk tłuczonego lustra musiał dotrzeć aż do kuchni.
- Spierdalaj! - Krzyknęłam i jeszcze raz walnęłam w lustro. Kilka kawałków szkła wbiło mi się w pięść. Serce waliło mi coraz szybciej, jakby chciało się wyrwać z mojej piersi. Dosłownie wyrywałam fragmenty lustra z ręki. Bolało jak cholera, ale tego mi było trzeba. Ból fizyczny zagłuszał cierpienie psychiki.
- Otwórz te pieprzone drzwi! Natychmiast! - Wrzeszczał Gee. Szarpał za klamkę i walił w drzwi.
- Spierdalajcie powiedziałam! Mnie już nic nie pomoże! Jemu też nie zwrócicie życia! Nie mogę być z Mikeyem tu, będę po drugiej stronie! - Upadłam na kolana i skuliłam się opierając głową o wannę. Gerard dalej uparcie kopał w drzwi.
- Otwórz kurrwa! - Nie wiem czemu roześmiałam się. To był śmiech szaleństwa, które mnie ogarnęło. Podniosłam z podłogi kawałek szkła. Nie zastanawiając się przejechałam ostrą krawędzią w poprzek nadgarstka. Nadal śmiałam się. Krew płynęła swobodnie po mojej ręce. Zlizałam ją. Ten smak, ten zapach. To przywlokło do mojej głowy wspomnienia z wypadku. Cięłam dalej najpierw tylko w poprzek potem jak popadnie. Moja ręka była cała we krwi, cała pocięta, tak głęboko ... A ja nadal śmiałam się jak opętana i płakałam. Strach, który mnie przepełniał był okropny. W głowie ciągle słyszałam ten rozdzierający pisk opon, widziałam jego twarz.
-Wiecie, a on u mnie był! - Krzyknęłam z rozpaczą w głosie. - I powiedział, że się mną zaopiekuje! Ale nie może mnie kochać! - Mój głos brzmiał jak głosik siedmioletniej dziewczynki. Patrzyłam na mój nadgarstek i zakrwawiony kawałek szkła. Nagle wszystko zaczęło robić się tak strasznie odległe. Słyszałam Gerarda i całą resztę jakby zza szklanej ściany. Ogarnęło mnie szaleństwo. Zaczęłam rzucać się po całej łazience. Zrzucałam rzeczy z półek depcząc po odłamkach szkła. Wszędzie zostawiałam krwawe ślady moich palców. Nie patrzyłam co kopię i co zrzucam. Temu wszystkiemu towarzyszył odgłos tłuczenia buteleczek z perfumami i innymi pachnidłami, ich smród ... Walenie w drzwi, czyiś krzyk ... A może to ja krzyczałam? Sama nie wiem. Wszystko przed moimi oczami zaczęło się rozmazywać. Ostatkami sił położyłam się na podłodze. Pulsujący ból w całej ręce. Zapach męskich i damskich perfum wśród których leżałam. Pocięty nadgarstek leżał w plamie z czegoś, co sprawiało, że rany szczypały mocniej. Teraz było mi już wszystko jedno. Ważne aby znaleźć się tam gdzie on, tam, gdzie nikt nie zabroni nam być ze sobą.
- I co kurwa, gdzie jesteś mój aniele stróżu? Mikey, gdzie się podziałeś, skurwielu! Gdzie ... ? - Na przemian krzyczałam i szeptałam. Wszystko dookoła przytłaczało mnie coraz bardziej, bałam się. I jeszcze ten ból ... Słyszałam i widziałam coraz mniej. Nie miałam siły aby się odezwać. Odpłynęłam.
- Słuchajcie, nie możemy tak siedzieć bezczynnie! - Powiedział ktoś z drugiego końca pokoju. To był głos Ray`a, który od tych czterech dni nic nie robił, tylko się nami opiekował i brzdąkał na gitarze. - Musimy żegnać go milczeniem? Przecież na pewno chciałby, abyśmy zrobili afterparty po jego życiu.
- Zamknął byś się wreszcie. - Rzucił Frank wściekłym głosem i cisnął w Raya talerzem. Na szczęście nie trafił.
- Frank! Porąbało cię? - Wrzasnęła Lyn-Z.
- Inaczej się go nie uciszy! Nie będzie mi tu skurwiel teraz o jakichś imprezach pierdolił! Czy on nie widzi co my wszyscy przeżywamy ? - Skomentował Franky.
- Ray ma rację. - Dodał Gerard, który od tych czterech dni milczał. Czasami odezwał się słowami "Cześć wszystkim", "Gdzie jest kurwa kawa", "Nie jestem głodny" i "Spierdalaj". To ostatnie zauważyć się dało najczęściej. Od śmierci Mikeya był strasznie drażliwy. Jak zresztą każde z nas. Docierało do niego tylko to co mówiła Lindsey i to nie zawsze.
- Bo Mikey zawsze mówił, że jakby umarł, to chce, żebyśmy się cieszyli, że w ogóle żył. - Powiedział Ray omijając kawałki potłuczonego szkła z talerza i podchodząc do stolika. Co do tego nie miałam zdania, wkurzali mnie takim gadaniem. Poczułam silną chęć odizolowania się od nich, musiałam pobyć chwilę sama. Pewnym, szybkim ruchem odsunęłam się razem z krzesłem od stołu, wstałam i pobiegłam na górę. Odruchowo skierowałam się w stronę naszego ... mojego pokoju. Weszłam do środka i zamarłam.
*****
Ale .. jak to? Nie. Nie rozumiem. - Mówiłam przez łzy, moje serce waliło jak oszalałe. Nic z tego nie rozumiałam. Jak to w ogóle było możliwe, wszystko co dotychczas wiedziałam na Te tematy uległo zmianie.
- Mam powtórzyć? - Spytał.
- Gdybyś był tak łaskaw. - Odparłam. Nie miałam pojęcia jak nazwać uczucie, które mną targało. To było połączenie strachu, radości i czegoś, co w niesamowity sposób wypełniało pustkę.
- Widzisz, jestem ucieleśnieniem mojej duszy, czyli taką jakby skorupą zamkniętą na czymś w rodzaju ducha. Teraz, kiedy stałem się Tym nie mam prawa cię kochać ani nawet lubić, masz mi być obojętna. Zostałem wyznaczony, po długim namawianiu na to Góry, aby cię chronić. Jestem czymś w rodzaju twojego anioła stróża. Tylko jest mały problem, ty Alice nie jesteś mi obojętna, ja po prostu nie potrafię cię nie kochać. Gdybym jednak nie był Tym nie mogłabyś mnie zobaczyć, widziałby mnie tylko Gerard, jako moja rodzina. Teraz widzicie mnie oboje i tylko wy. Nikt inny nie może się o mnie dowiedzieć.
- Czyli ... Nie możesz mnie kochać ... Co by było gdyby ktoś się dowiedział, że kochasz? - Patrzyłam z niedowierzaniem na Mikeya. Siedział na skraju naszego łóżka z rękami między kolanami.
- Nie mam pojęcia. Na prawdę nie wiem. Mam prawo przebywać z tobą, jako moją podopieczną dwadzieścia cztery godziny na dobę.
Rozryczałam się na dobre. Wolałabym, żeby go w ogóle nie było, żebym wiedziała, lub myślała, że go nie ma. Przytulił mnie.
- Cichutko. Wszystko będzie jak dawniej. - Wyszeptał.
- Nic nie będzie jak dawniej! Nic rozumiesz? - Krzyknęłam i odepchnęłam go. Przez łzy widziałam jak upada na łóżko. Wybiegłam z pokoju w kierunku łazienki, zamknęłam się w niej i spojrzałam w lustro.
- Nienawidzę cię szmato! To przez ciebie nie będzie jak dawniej. - Powiedziałam. Gniew wylewał się z moich oczu wraz ze łzami. - Przez ciebie! - Wrzasnęłam i uderzyłam swoje lustrzane odbicie pięścią. Lustro pękło, kilka fragmentów rozsypało się po umywalce, reszta stworzyła coś na kształt pajęczyny. Z mojej ręki leciała krew, nie przejęłam się tym. Znów spojrzałam na swoje odbicie. Było straszne.
- Alice, otwórz drzwi! - Usłyszałam głos Gerarda. Najwyraźniej dźwięk tłuczonego lustra musiał dotrzeć aż do kuchni.
- Spierdalaj! - Krzyknęłam i jeszcze raz walnęłam w lustro. Kilka kawałków szkła wbiło mi się w pięść. Serce waliło mi coraz szybciej, jakby chciało się wyrwać z mojej piersi. Dosłownie wyrywałam fragmenty lustra z ręki. Bolało jak cholera, ale tego mi było trzeba. Ból fizyczny zagłuszał cierpienie psychiki.
- Otwórz te pieprzone drzwi! Natychmiast! - Wrzeszczał Gee. Szarpał za klamkę i walił w drzwi.
- Spierdalajcie powiedziałam! Mnie już nic nie pomoże! Jemu też nie zwrócicie życia! Nie mogę być z Mikeyem tu, będę po drugiej stronie! - Upadłam na kolana i skuliłam się opierając głową o wannę. Gerard dalej uparcie kopał w drzwi.
- Otwórz kurrwa! - Nie wiem czemu roześmiałam się. To był śmiech szaleństwa, które mnie ogarnęło. Podniosłam z podłogi kawałek szkła. Nie zastanawiając się przejechałam ostrą krawędzią w poprzek nadgarstka. Nadal śmiałam się. Krew płynęła swobodnie po mojej ręce. Zlizałam ją. Ten smak, ten zapach. To przywlokło do mojej głowy wspomnienia z wypadku. Cięłam dalej najpierw tylko w poprzek potem jak popadnie. Moja ręka była cała we krwi, cała pocięta, tak głęboko ... A ja nadal śmiałam się jak opętana i płakałam. Strach, który mnie przepełniał był okropny. W głowie ciągle słyszałam ten rozdzierający pisk opon, widziałam jego twarz.
-Wiecie, a on u mnie był! - Krzyknęłam z rozpaczą w głosie. - I powiedział, że się mną zaopiekuje! Ale nie może mnie kochać! - Mój głos brzmiał jak głosik siedmioletniej dziewczynki. Patrzyłam na mój nadgarstek i zakrwawiony kawałek szkła. Nagle wszystko zaczęło robić się tak strasznie odległe. Słyszałam Gerarda i całą resztę jakby zza szklanej ściany. Ogarnęło mnie szaleństwo. Zaczęłam rzucać się po całej łazience. Zrzucałam rzeczy z półek depcząc po odłamkach szkła. Wszędzie zostawiałam krwawe ślady moich palców. Nie patrzyłam co kopię i co zrzucam. Temu wszystkiemu towarzyszył odgłos tłuczenia buteleczek z perfumami i innymi pachnidłami, ich smród ... Walenie w drzwi, czyiś krzyk ... A może to ja krzyczałam? Sama nie wiem. Wszystko przed moimi oczami zaczęło się rozmazywać. Ostatkami sił położyłam się na podłodze. Pulsujący ból w całej ręce. Zapach męskich i damskich perfum wśród których leżałam. Pocięty nadgarstek leżał w plamie z czegoś, co sprawiało, że rany szczypały mocniej. Teraz było mi już wszystko jedno. Ważne aby znaleźć się tam gdzie on, tam, gdzie nikt nie zabroni nam być ze sobą.
- I co kurwa, gdzie jesteś mój aniele stróżu? Mikey, gdzie się podziałeś, skurwielu! Gdzie ... ? - Na przemian krzyczałam i szeptałam. Wszystko dookoła przytłaczało mnie coraz bardziej, bałam się. I jeszcze ten ból ... Słyszałam i widziałam coraz mniej. Nie miałam siły aby się odezwać. Odpłynęłam.
7/02/2011
001. I will not kiss you, cuz the hardest part of this is leaving you .
- Od razu wiedziałam, że tak będzie! - Krzyknęłam na Mikeya, staliśmy obok kawiarni, którą przed chwilą opuściliśmy, nie chcieliśmy robić zamieszania. Moje serce ogarniała niesamowita pustka, słowa więzły mi w gardle.
- Skoro wiedziałaś, to po co w ogóle to zaczynaliśmy. Nie mogłaś po prostu wstać i odejść? - Powiedział cicho patrząc na swoje wytarte trampki. Czy on nie rozumiał, że nie dało się tak po prostu odejść i zostawić go na pastwę tych jego cholernych fanek? Zwróciłam wzrok ku jego twarzy, wcześniej nie odważyłam się tego zrobić, za bardzo bałam się tego co zobaczę. Nie wiedziałam jaki miał wyraz twarzy, aż do momentu w którym nie spojrzałam na niego. Słońce delikatnie odbijało się od jego okularów, włosy miał rozmierzwione przez wiosenny wiatr, jego mina .. nie wiedziałam jak ją rozszyfrować, cztery lata studiowałam psychologię, umiem rozpoznać gdy ktoś kłamie i mówi prawdę, gdy ktoś jest smutny, przygnębiony, rozweselony, usatysfakcjonowany, a po Mikey`u nie poznałam ani jednego uczucia, ani jednego, kurwa!
- To nie jest takie proste jak ci się wydaje. - Wyszeptałam z nadzieją, że na mnie spojrzy, a on nic, nadal gapił się na te swoje cholerne trampki.
- Nie?
- Naprawdę, nie. Bo jak cię spotkałam, nie wiedziałam kim jesteś, o My Chemical Romance słyszałam może ze trzy razy, myślałam, że jesteś zwykłym chłopakiem.
- Jestem zwykłym chłopakiem, ja po prostu gram na basie, nie tyle dla sławy, co dla przyjemności.
- Byłbyś zwykły, gdyby nie te trasy koncertowe, jeżdżenie z miasta do miasta, z kraju do kraju, spanie w hotelach, fanki, w twoim świecie nie ma miejsca dla mnie. Widzę to, widziałam od początku. Jak nie koncertowaliście, to mieliście próby, jak nie próby, to podróże, jak nie podróżowaliście, to odsypialiście po imprezach. Kiedy nie byliście w trasie, to pisaliście piosenki, albo pracowaliście nad płytami. Gdzie w tym schemacie jest miejsce dla mnie, ale nie tej zwariowanej, pozytywnie zakręconej All, tylko dla Alice, prawdziwej mnie. Pomyśl nad tym ...
- Alice, czy to już koniec? - Spytał cicho. Głos mu się łamał, czułam coś niewyobrażalnego, niewyobrażalnie niszczącego. Zabijającego każdą cząstkę ciała, zaczynając od serca. To nie możliwe, aby rok takiej miłości przepadł bezpowrotnie, wszystko przez te napalone fanki. Gówniary myślące, że mogą wszystko, tylko ... on się nie powstrzymywał, nie próbował tego przerwać.
- Ty jej nawet nie znałeś! I pytasz się, czy to koniec? - Mówiłam coraz ciszej, czułam, że łzy napływają mi do oczu.
- Ja nawet nie wiedziałem co się dzieje. Byłem pijany ... - Próbował się tłumaczyć, to denerwowało mnie jeszcze bardziej.
- Byłeś pijany i co? Pomyliłeś sobie szesnastolatkę ze mną? Tak? Może wymyśl coś mąd ... - Mikey zamknął moje usta czułym pocałunkiem.
- Dobrze, niech i tak będzie. - Mówił trzymając moją twarz w dłoniach. - Tylko wiesz cokolwiek by się nie działo ...
- Dzwoń. - Dokończyłam i popłakałam się. Zawsze powtarzał mi to zdanie. Wiedziałam, że mogę na niego liczyć, czułam, że w nim mam oparcie, ale te uczucia odeszły. Wszystko co wiązało się Mikeyem ulotniło się. Zupełnie jakby odleciały wraz z jego pocałunkiem.
- Nie płacz. - Przytulił mnie mocno. - Znajdziesz sobie kogoś innego. Kogoś normalnego. - Wyszeptał, odwrócił się na pięcie i czekał aż kaskada samochodów przejedzie. Widziałam go przez łzy, wiedziałam, że też płakał. Miałam nadzieję, że jeszcze się to wszystko naprawi, że zadzwonię do niego i oboje się przeprosimy, że będzie jak dawniej. Coś w głowie mówiło mi "Zatrzymaj go, kurwa! Możesz go stracić na zawsze!" z drugiej jednak było "Nie narzucaj mu się, zdradził cię i to jeszcze z fanką, na oczach wszystkich!" Nie wiem czemu, ale posłuchałam tego drugiego. Odwróciłam się powoli i odeszłam.
Za sobą usłyszałam przeraźliwy pisk opon, głuche, jakby odległe uderzenie. Coś zakuło mnie w sercu, bałam się odwrócić. Bałam się tego, co zobaczę. Wiedziałam co się stało. Poczułam silny zapach krwi, to mnie zabolało.Całe ciało uderzyła fala gorąca, zakręciło mi się w głowie. Nim opanowałam się klęczałam już nad ciałem ukochanego, łzy płynęły obficie po moich policzkach, kończyny miałam niczym z rozmokłej waty, serce wyrywało się z mojej piersi, aby ukryć się obok serca Mikeya. I ... I razem z nim umrzeć. Często czułam w sobie pustkę, ale teraz ... To nie była pustka, bo pustkę można czymś wypełnić. To była strata. Rozszarpująca ciało, duszę i serce. Moje łzy kapały jedna po drugiej na pierś Mikeya, wszystko dookoła wydało mi się być tak odległe. Widziałam jak ciężko unosił klatkę piersiową w próbach złapania pełnego oddechu, coś mówił, szeptał, abym go pocałowała, jednak to wszystko ... Nie potrafiłam. Przytuliłam go jak najmocniej do swojej piersi.
- Nie pocałuję cię, bo ... to by oznaczało, że się rozstaniemy. Ja ... Ja na to nie pozwolę. - Szepnęłam i spojrzałam na niego. W okolice czoła powbijane miał kawałki szkła z przedniej szyby kabrioletu, twarz jego była obdrapana i cała we krwi, ten widok spowodował kolejną, mocniejszą falę gorąca. To uderzenie spowodowało, że sama opadłam z sił przytulając się do jego zakrwawionego torsu.
*****
Z poprzedniego dnia pamiętałam tylko kłótnię i pisk opon, przeraźliwy i przeszywający, niosący ze sobą to wszystko, czego obawiamy się każdego dnia. Ludzie ponoć są stworzeni aby umierać, bo życie, to początek. Początek "przygody", która trwa wiecznie, jednak na tę "przygodę" trzeba sobie zasłużyć. Nigdy nie zastanawiałam się czy ja sobie na nią zasłużyłam i co się dzieje, jeśli nie. Przez całe życie wiodłam się mottem "Żyj szybko, zgiń młodo", bo nie wiedziałam co oznacza śmierć. Znaczy, wiedziałam w teorii, ale to co czuje człowiek na łożu śmierci było mi zupełnie obce, jak chyba każdemu. Mnie to było obce, do czasu ..
Zawsze czekałam na moment adrenaliny, niespodziewany skok emocji, lekki szok, ale spowodowany raczej czymś błahym, czymś o czym umysł nie zapomni na długo, ale po jakimś, dłuższym lub krótszym czasie puści w niepamięć, jednak nie chodziło o wszystko na raz i nie o "na zawsze".
*****
- A jak myślisz Frank, co ona czuje? To nie jej wina! - Krzyczał Gerard błagalnym tonem do chłopaka, który lewą dłonią trzymał dekold koszulki należącej do Mikeya, którą miałam na sobie, podciągając mi ją pod nos, tak, że wisiałam kilkanaście centymetrów nad ziemią, przyparta do ściany. W prawej ręce miał nóż kuchenny, którego ostrze wycelowane było prosto w moje oko.
- Co, podobało ci się kiedy na twoich oczach umierał, co kurwo? Odpowiedz! - Darł się. Po jego policzkach spływały łzy. Po moich też. Bałam się tego, co mogło się stać
- Franky, ona przecież nic nie zrobiła! Uspokuj się! - Mówił Gerard, bezskutecznie próbując powstrzymać czarnowłosego od zranienia mnie.
- Zamknij się Gee! - Krzyknął Iero zamachując się tak, że czubek noża przejechał po policzku Waya. Polała się krew. Frank zszokowany tym, co zrobił przyjacielowi puścił mnie. Upadłam na zimną podłogę kuchenną uderzając po drodze głową o szafę, jednak żaden ból nie był w stanie sprawić iż zapomniałabym. Za trzy dni miał odbyć się pogrzeb Mikeya. Mojego ukochanego, który zginął w wypadku. Media huczały spekulując co działo się na miejscu zdarzenia, to mnie bolało. Zamiast przejmować się tym, że tak wspaniały człowiek nie żyje oni woleli rozmyślać nad tym jak zginął! No chyba kurwa wiadomo, że potrąciła co błękitna Corvetta, podobna do pojazdu Gerarda. Czy to aż tak trudno zrozumieć? Nic innego się przecież nie działo.
Usłyszałam brzęk stali upadającej na kafelki tuż przed moją twarzą, tak blisko, że wylądowało na moich rozlanych po podłodze włosach. Nadal czułam tępy ból w skroni, którą uderzyłam o kant szafki. Przetarłam to miejsce, poczułam wilgoć na opuszkach palców. Krew.
Podczas gdy Gee uspokajał szlochającego Franka, którego głowa ukryta była w jego ramionach ja poszłam do łazienki. Kolana uginały się pode mną, całe ciało miałam obolałe, w każdej tkance czułam ból do którego przez dwa dni zdążyłam się przyzwyczaić, ból po stracie. Weszłam do oświetlonej jasno łazienki, jarzeniówki oślepiały mnie. Od momentu w którym Mikey nas opuścił rzadko kto zapalał światło, w całym domu panował żałobny mrok. Z wyjątkiem dnia, ale w dzień wszyscy odsypiali bezsenne noce. Każdego z nas dręczyły nie przyjemne sny, o których opowiadaliśmy sobie nawzajem leżąc w pokoju oświetlonym najczęściej zapachowymi świeczkami, które Mikey tak lubił. Bałam się spać sama w pomieszczeniu w którym jeszcze nie dawno spędzałam całe wolne dni z Mikeyem sam na sam. Rozmawialiśmy, śmialiśmy się, bawiliśmy. Teraz te wszystkie chwile spędzone z nim wracały do mnie ze zdwojoną siłą. Z bólem.
Oparłam się o brzeg umywalki i spojrzałam w lustro, dawno tego nie robiłam, nie malowałam się, nie przebierałam. Nie miałam dla kogo, bo co, może miałam się mizdrzyć przed lustrem pół godziny dla chłopaków? Oni też chodzili tak jak ja, z tłustymi włosami w pierwszych lepszych ubraniach wyciągniętych z szafy. Przemyłam twarz wodą, obróciłam się do lustra bokiem, tak aby widzieć moją rozwaloną skroń. Cienka stróżka krwi spływała z rany kończąc się na kości policzkowej, dalszą jej część prawdopodobnie zmyła woda. Ból w ranie pulsował w rytm przyspieszonego bicia mojego serca. Zamknęłam oczy, pragnęłam aby to wszystko się skończyło, aby okazało się być tylko koszmarem sennym.
- Skoro wiedziałaś, to po co w ogóle to zaczynaliśmy. Nie mogłaś po prostu wstać i odejść? - Powiedział cicho patrząc na swoje wytarte trampki. Czy on nie rozumiał, że nie dało się tak po prostu odejść i zostawić go na pastwę tych jego cholernych fanek? Zwróciłam wzrok ku jego twarzy, wcześniej nie odważyłam się tego zrobić, za bardzo bałam się tego co zobaczę. Nie wiedziałam jaki miał wyraz twarzy, aż do momentu w którym nie spojrzałam na niego. Słońce delikatnie odbijało się od jego okularów, włosy miał rozmierzwione przez wiosenny wiatr, jego mina .. nie wiedziałam jak ją rozszyfrować, cztery lata studiowałam psychologię, umiem rozpoznać gdy ktoś kłamie i mówi prawdę, gdy ktoś jest smutny, przygnębiony, rozweselony, usatysfakcjonowany, a po Mikey`u nie poznałam ani jednego uczucia, ani jednego, kurwa!
- To nie jest takie proste jak ci się wydaje. - Wyszeptałam z nadzieją, że na mnie spojrzy, a on nic, nadal gapił się na te swoje cholerne trampki.
- Nie?
- Naprawdę, nie. Bo jak cię spotkałam, nie wiedziałam kim jesteś, o My Chemical Romance słyszałam może ze trzy razy, myślałam, że jesteś zwykłym chłopakiem.
- Jestem zwykłym chłopakiem, ja po prostu gram na basie, nie tyle dla sławy, co dla przyjemności.
- Byłbyś zwykły, gdyby nie te trasy koncertowe, jeżdżenie z miasta do miasta, z kraju do kraju, spanie w hotelach, fanki, w twoim świecie nie ma miejsca dla mnie. Widzę to, widziałam od początku. Jak nie koncertowaliście, to mieliście próby, jak nie próby, to podróże, jak nie podróżowaliście, to odsypialiście po imprezach. Kiedy nie byliście w trasie, to pisaliście piosenki, albo pracowaliście nad płytami. Gdzie w tym schemacie jest miejsce dla mnie, ale nie tej zwariowanej, pozytywnie zakręconej All, tylko dla Alice, prawdziwej mnie. Pomyśl nad tym ...
- Alice, czy to już koniec? - Spytał cicho. Głos mu się łamał, czułam coś niewyobrażalnego, niewyobrażalnie niszczącego. Zabijającego każdą cząstkę ciała, zaczynając od serca. To nie możliwe, aby rok takiej miłości przepadł bezpowrotnie, wszystko przez te napalone fanki. Gówniary myślące, że mogą wszystko, tylko ... on się nie powstrzymywał, nie próbował tego przerwać.
- Ty jej nawet nie znałeś! I pytasz się, czy to koniec? - Mówiłam coraz ciszej, czułam, że łzy napływają mi do oczu.
- Ja nawet nie wiedziałem co się dzieje. Byłem pijany ... - Próbował się tłumaczyć, to denerwowało mnie jeszcze bardziej.
- Byłeś pijany i co? Pomyliłeś sobie szesnastolatkę ze mną? Tak? Może wymyśl coś mąd ... - Mikey zamknął moje usta czułym pocałunkiem.
- Dobrze, niech i tak będzie. - Mówił trzymając moją twarz w dłoniach. - Tylko wiesz cokolwiek by się nie działo ...
- Dzwoń. - Dokończyłam i popłakałam się. Zawsze powtarzał mi to zdanie. Wiedziałam, że mogę na niego liczyć, czułam, że w nim mam oparcie, ale te uczucia odeszły. Wszystko co wiązało się Mikeyem ulotniło się. Zupełnie jakby odleciały wraz z jego pocałunkiem.
- Nie płacz. - Przytulił mnie mocno. - Znajdziesz sobie kogoś innego. Kogoś normalnego. - Wyszeptał, odwrócił się na pięcie i czekał aż kaskada samochodów przejedzie. Widziałam go przez łzy, wiedziałam, że też płakał. Miałam nadzieję, że jeszcze się to wszystko naprawi, że zadzwonię do niego i oboje się przeprosimy, że będzie jak dawniej. Coś w głowie mówiło mi "Zatrzymaj go, kurwa! Możesz go stracić na zawsze!" z drugiej jednak było "Nie narzucaj mu się, zdradził cię i to jeszcze z fanką, na oczach wszystkich!" Nie wiem czemu, ale posłuchałam tego drugiego. Odwróciłam się powoli i odeszłam.
Za sobą usłyszałam przeraźliwy pisk opon, głuche, jakby odległe uderzenie. Coś zakuło mnie w sercu, bałam się odwrócić. Bałam się tego, co zobaczę. Wiedziałam co się stało. Poczułam silny zapach krwi, to mnie zabolało.Całe ciało uderzyła fala gorąca, zakręciło mi się w głowie. Nim opanowałam się klęczałam już nad ciałem ukochanego, łzy płynęły obficie po moich policzkach, kończyny miałam niczym z rozmokłej waty, serce wyrywało się z mojej piersi, aby ukryć się obok serca Mikeya. I ... I razem z nim umrzeć. Często czułam w sobie pustkę, ale teraz ... To nie była pustka, bo pustkę można czymś wypełnić. To była strata. Rozszarpująca ciało, duszę i serce. Moje łzy kapały jedna po drugiej na pierś Mikeya, wszystko dookoła wydało mi się być tak odległe. Widziałam jak ciężko unosił klatkę piersiową w próbach złapania pełnego oddechu, coś mówił, szeptał, abym go pocałowała, jednak to wszystko ... Nie potrafiłam. Przytuliłam go jak najmocniej do swojej piersi.
- Nie pocałuję cię, bo ... to by oznaczało, że się rozstaniemy. Ja ... Ja na to nie pozwolę. - Szepnęłam i spojrzałam na niego. W okolice czoła powbijane miał kawałki szkła z przedniej szyby kabrioletu, twarz jego była obdrapana i cała we krwi, ten widok spowodował kolejną, mocniejszą falę gorąca. To uderzenie spowodowało, że sama opadłam z sił przytulając się do jego zakrwawionego torsu.
*****
Z poprzedniego dnia pamiętałam tylko kłótnię i pisk opon, przeraźliwy i przeszywający, niosący ze sobą to wszystko, czego obawiamy się każdego dnia. Ludzie ponoć są stworzeni aby umierać, bo życie, to początek. Początek "przygody", która trwa wiecznie, jednak na tę "przygodę" trzeba sobie zasłużyć. Nigdy nie zastanawiałam się czy ja sobie na nią zasłużyłam i co się dzieje, jeśli nie. Przez całe życie wiodłam się mottem "Żyj szybko, zgiń młodo", bo nie wiedziałam co oznacza śmierć. Znaczy, wiedziałam w teorii, ale to co czuje człowiek na łożu śmierci było mi zupełnie obce, jak chyba każdemu. Mnie to było obce, do czasu ..
Zawsze czekałam na moment adrenaliny, niespodziewany skok emocji, lekki szok, ale spowodowany raczej czymś błahym, czymś o czym umysł nie zapomni na długo, ale po jakimś, dłuższym lub krótszym czasie puści w niepamięć, jednak nie chodziło o wszystko na raz i nie o "na zawsze".
*****
- A jak myślisz Frank, co ona czuje? To nie jej wina! - Krzyczał Gerard błagalnym tonem do chłopaka, który lewą dłonią trzymał dekold koszulki należącej do Mikeya, którą miałam na sobie, podciągając mi ją pod nos, tak, że wisiałam kilkanaście centymetrów nad ziemią, przyparta do ściany. W prawej ręce miał nóż kuchenny, którego ostrze wycelowane było prosto w moje oko.
- Co, podobało ci się kiedy na twoich oczach umierał, co kurwo? Odpowiedz! - Darł się. Po jego policzkach spływały łzy. Po moich też. Bałam się tego, co mogło się stać
- Franky, ona przecież nic nie zrobiła! Uspokuj się! - Mówił Gerard, bezskutecznie próbując powstrzymać czarnowłosego od zranienia mnie.
- Zamknij się Gee! - Krzyknął Iero zamachując się tak, że czubek noża przejechał po policzku Waya. Polała się krew. Frank zszokowany tym, co zrobił przyjacielowi puścił mnie. Upadłam na zimną podłogę kuchenną uderzając po drodze głową o szafę, jednak żaden ból nie był w stanie sprawić iż zapomniałabym. Za trzy dni miał odbyć się pogrzeb Mikeya. Mojego ukochanego, który zginął w wypadku. Media huczały spekulując co działo się na miejscu zdarzenia, to mnie bolało. Zamiast przejmować się tym, że tak wspaniały człowiek nie żyje oni woleli rozmyślać nad tym jak zginął! No chyba kurwa wiadomo, że potrąciła co błękitna Corvetta, podobna do pojazdu Gerarda. Czy to aż tak trudno zrozumieć? Nic innego się przecież nie działo.
Usłyszałam brzęk stali upadającej na kafelki tuż przed moją twarzą, tak blisko, że wylądowało na moich rozlanych po podłodze włosach. Nadal czułam tępy ból w skroni, którą uderzyłam o kant szafki. Przetarłam to miejsce, poczułam wilgoć na opuszkach palców. Krew.
Podczas gdy Gee uspokajał szlochającego Franka, którego głowa ukryta była w jego ramionach ja poszłam do łazienki. Kolana uginały się pode mną, całe ciało miałam obolałe, w każdej tkance czułam ból do którego przez dwa dni zdążyłam się przyzwyczaić, ból po stracie. Weszłam do oświetlonej jasno łazienki, jarzeniówki oślepiały mnie. Od momentu w którym Mikey nas opuścił rzadko kto zapalał światło, w całym domu panował żałobny mrok. Z wyjątkiem dnia, ale w dzień wszyscy odsypiali bezsenne noce. Każdego z nas dręczyły nie przyjemne sny, o których opowiadaliśmy sobie nawzajem leżąc w pokoju oświetlonym najczęściej zapachowymi świeczkami, które Mikey tak lubił. Bałam się spać sama w pomieszczeniu w którym jeszcze nie dawno spędzałam całe wolne dni z Mikeyem sam na sam. Rozmawialiśmy, śmialiśmy się, bawiliśmy. Teraz te wszystkie chwile spędzone z nim wracały do mnie ze zdwojoną siłą. Z bólem.
Oparłam się o brzeg umywalki i spojrzałam w lustro, dawno tego nie robiłam, nie malowałam się, nie przebierałam. Nie miałam dla kogo, bo co, może miałam się mizdrzyć przed lustrem pół godziny dla chłopaków? Oni też chodzili tak jak ja, z tłustymi włosami w pierwszych lepszych ubraniach wyciągniętych z szafy. Przemyłam twarz wodą, obróciłam się do lustra bokiem, tak aby widzieć moją rozwaloną skroń. Cienka stróżka krwi spływała z rany kończąc się na kości policzkowej, dalszą jej część prawdopodobnie zmyła woda. Ból w ranie pulsował w rytm przyspieszonego bicia mojego serca. Zamknęłam oczy, pragnęłam aby to wszystko się skończyło, aby okazało się być tylko koszmarem sennym.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)