Biały obłoczek pary unosił się nad białym kubkiem ze Starbucksa. Po raz pierwszy od kilku lat czułam obrzydzenie do ciemnego płynu, który znajdował się w środku, moje uzależnienie zdawało się zanikać, to mnie wcale nie cieszyło, bo kawa była aktualnie jedyną rzeczą, która mogła przejść przez moje gardło. Siedzieliśmy w milczeniu w małej kuchni, każdy nad swoją porcją espresso, ale jakoś nikomu nie spieszyło się, aby zaczerpnąć łyka ciepłego napoju. Jedyną osobą, która z naszej czwórki zachowywała resztki spokoju był Ray. To on wyszedł, aby kupić jedzenie i picie na następny tydzień. Poszedł, mimo iż wiedział, że nikt w domu specjalnie nie miał apetytu. Z wyjątkiem Franka, który na codzień jadł za czterech, teraz jadł za całą naszą szóstkę. Tak, szóstkę. W domu mieszkałam ja, Gerard, Frank, Ray, Bob oraz ukochana Gerrego - Lyn-Z, którą z wzajemnością uwielbiałam. Czasem wpadała Rebecca, moja najlepsza przyjaciółka. Ona wiedziała jak mnie pocieszyć. Po prostu przychodziła i siedziała ze mną cały dzień, ja się jej wyżalałam, a ona słuchała. Była na prawdę świetnym słuchaczem. Odkąd Mikeya nie było z nami i nie potrafiłam spać w naszym wspólnym pokoju przenosiłam się do chłopaków, do dużego pokoju, w którym spali wszyscy. Ja i Mikey byliśmy do niedawna jedyną parą w domu, jakiś miesiąc temu Gee zakochał się na zabój. Lindsey wprowadziła się do nas, ale spała w jednym łóżku z Gerrym, więc nie było problemu. Jedna osoba więcej nie robiła nam różnicy. Teraz mam wrażenie, że gdyby nie ona, Gerard zwariowałby. Gdy przeniosłam się do wspólnego pokoju musiałam wybrać z kim chcę spać. Wybrałam Franka, który po mimo jednej chwili słabości strasznie się o mnie martwił. Odkąd uświadomił sobie, że nie miałam nic wspólnego ze śmiercią Mikeya stał się wobec mnie strasznie opiekuńczy. Kiedy jednej nocy płakałam, on po przyjacielsku mnie do siebie przytulił. Wiedział jak strasznie mnie to boli.
- Słuchajcie, nie możemy tak siedzieć bezczynnie! - Powiedział ktoś z drugiego końca pokoju. To był głos Ray`a, który od tych czterech dni nic nie robił, tylko się nami opiekował i brzdąkał na gitarze. - Musimy żegnać go milczeniem? Przecież na pewno chciałby, abyśmy zrobili afterparty po jego życiu.
- Zamknął byś się wreszcie. - Rzucił Frank wściekłym głosem i cisnął w Raya talerzem. Na szczęście nie trafił.
- Frank! Porąbało cię? - Wrzasnęła Lyn-Z.
- Inaczej się go nie uciszy! Nie będzie mi tu skurwiel teraz o jakichś imprezach pierdolił! Czy on nie widzi co my wszyscy przeżywamy ? - Skomentował Franky.
- Ray ma rację. - Dodał Gerard, który od tych czterech dni milczał. Czasami odezwał się słowami "Cześć wszystkim", "Gdzie jest kurwa kawa", "Nie jestem głodny" i "Spierdalaj". To ostatnie zauważyć się dało najczęściej. Od śmierci Mikeya był strasznie drażliwy. Jak zresztą każde z nas. Docierało do niego tylko to co mówiła Lindsey i to nie zawsze.
- Bo Mikey zawsze mówił, że jakby umarł, to chce, żebyśmy się cieszyli, że w ogóle żył. - Powiedział Ray omijając kawałki potłuczonego szkła z talerza i podchodząc do stolika. Co do tego nie miałam zdania, wkurzali mnie takim gadaniem. Poczułam silną chęć odizolowania się od nich, musiałam pobyć chwilę sama. Pewnym, szybkim ruchem odsunęłam się razem z krzesłem od stołu, wstałam i pobiegłam na górę. Odruchowo skierowałam się w stronę naszego ... mojego pokoju. Weszłam do środka i zamarłam.
*****
Ale .. jak to? Nie. Nie rozumiem. - Mówiłam przez łzy, moje serce waliło jak oszalałe. Nic z tego nie rozumiałam. Jak to w ogóle było możliwe, wszystko co dotychczas wiedziałam na Te tematy uległo zmianie.
- Mam powtórzyć? - Spytał.
- Gdybyś był tak łaskaw. - Odparłam. Nie miałam pojęcia jak nazwać uczucie, które mną targało. To było połączenie strachu, radości i czegoś, co w niesamowity sposób wypełniało pustkę.
- Widzisz, jestem ucieleśnieniem mojej duszy, czyli taką jakby skorupą zamkniętą na czymś w rodzaju ducha. Teraz, kiedy stałem się Tym nie mam prawa cię kochać ani nawet lubić, masz mi być obojętna. Zostałem wyznaczony, po długim namawianiu na to Góry, aby cię chronić. Jestem czymś w rodzaju twojego anioła stróża. Tylko jest mały problem, ty Alice nie jesteś mi obojętna, ja po prostu nie potrafię cię nie kochać. Gdybym jednak nie był Tym nie mogłabyś mnie zobaczyć, widziałby mnie tylko Gerard, jako moja rodzina. Teraz widzicie mnie oboje i tylko wy. Nikt inny nie może się o mnie dowiedzieć.
- Czyli ... Nie możesz mnie kochać ... Co by było gdyby ktoś się dowiedział, że kochasz? - Patrzyłam z niedowierzaniem na Mikeya. Siedział na skraju naszego łóżka z rękami między kolanami.
- Nie mam pojęcia. Na prawdę nie wiem. Mam prawo przebywać z tobą, jako moją podopieczną dwadzieścia cztery godziny na dobę.
Rozryczałam się na dobre. Wolałabym, żeby go w ogóle nie było, żebym wiedziała, lub myślała, że go nie ma. Przytulił mnie.
- Cichutko. Wszystko będzie jak dawniej. - Wyszeptał.
- Nic nie będzie jak dawniej! Nic rozumiesz? - Krzyknęłam i odepchnęłam go. Przez łzy widziałam jak upada na łóżko. Wybiegłam z pokoju w kierunku łazienki, zamknęłam się w niej i spojrzałam w lustro.
- Nienawidzę cię szmato! To przez ciebie nie będzie jak dawniej. - Powiedziałam. Gniew wylewał się z moich oczu wraz ze łzami. - Przez ciebie! - Wrzasnęłam i uderzyłam swoje lustrzane odbicie pięścią. Lustro pękło, kilka fragmentów rozsypało się po umywalce, reszta stworzyła coś na kształt pajęczyny. Z mojej ręki leciała krew, nie przejęłam się tym. Znów spojrzałam na swoje odbicie. Było straszne.
- Alice, otwórz drzwi! - Usłyszałam głos Gerarda. Najwyraźniej dźwięk tłuczonego lustra musiał dotrzeć aż do kuchni.
- Spierdalaj! - Krzyknęłam i jeszcze raz walnęłam w lustro. Kilka kawałków szkła wbiło mi się w pięść. Serce waliło mi coraz szybciej, jakby chciało się wyrwać z mojej piersi. Dosłownie wyrywałam fragmenty lustra z ręki. Bolało jak cholera, ale tego mi było trzeba. Ból fizyczny zagłuszał cierpienie psychiki.
- Otwórz te pieprzone drzwi! Natychmiast! - Wrzeszczał Gee. Szarpał za klamkę i walił w drzwi.
- Spierdalajcie powiedziałam! Mnie już nic nie pomoże! Jemu też nie zwrócicie życia! Nie mogę być z Mikeyem tu, będę po drugiej stronie! - Upadłam na kolana i skuliłam się opierając głową o wannę. Gerard dalej uparcie kopał w drzwi.
- Otwórz kurrwa! - Nie wiem czemu roześmiałam się. To był śmiech szaleństwa, które mnie ogarnęło. Podniosłam z podłogi kawałek szkła. Nie zastanawiając się przejechałam ostrą krawędzią w poprzek nadgarstka. Nadal śmiałam się. Krew płynęła swobodnie po mojej ręce. Zlizałam ją. Ten smak, ten zapach. To przywlokło do mojej głowy wspomnienia z wypadku. Cięłam dalej najpierw tylko w poprzek potem jak popadnie. Moja ręka była cała we krwi, cała pocięta, tak głęboko ... A ja nadal śmiałam się jak opętana i płakałam. Strach, który mnie przepełniał był okropny. W głowie ciągle słyszałam ten rozdzierający pisk opon, widziałam jego twarz.
-Wiecie, a on u mnie był! - Krzyknęłam z rozpaczą w głosie. - I powiedział, że się mną zaopiekuje! Ale nie może mnie kochać! - Mój głos brzmiał jak głosik siedmioletniej dziewczynki. Patrzyłam na mój nadgarstek i zakrwawiony kawałek szkła. Nagle wszystko zaczęło robić się tak strasznie odległe. Słyszałam Gerarda i całą resztę jakby zza szklanej ściany. Ogarnęło mnie szaleństwo. Zaczęłam rzucać się po całej łazience. Zrzucałam rzeczy z półek depcząc po odłamkach szkła. Wszędzie zostawiałam krwawe ślady moich palców. Nie patrzyłam co kopię i co zrzucam. Temu wszystkiemu towarzyszył odgłos tłuczenia buteleczek z perfumami i innymi pachnidłami, ich smród ... Walenie w drzwi, czyiś krzyk ... A może to ja krzyczałam? Sama nie wiem. Wszystko przed moimi oczami zaczęło się rozmazywać. Ostatkami sił położyłam się na podłodze. Pulsujący ból w całej ręce. Zapach męskich i damskich perfum wśród których leżałam. Pocięty nadgarstek leżał w plamie z czegoś, co sprawiało, że rany szczypały mocniej. Teraz było mi już wszystko jedno. Ważne aby znaleźć się tam gdzie on, tam, gdzie nikt nie zabroni nam być ze sobą.
- I co kurwa, gdzie jesteś mój aniele stróżu? Mikey, gdzie się podziałeś, skurwielu! Gdzie ... ? - Na przemian krzyczałam i szeptałam. Wszystko dookoła przytłaczało mnie coraz bardziej, bałam się. I jeszcze ten ból ... Słyszałam i widziałam coraz mniej. Nie miałam siły aby się odezwać. Odpłynęłam.
7/03/2011
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
1 Opinions:
Skoro u Sońki spamowałam, to u Ciebie też mogę. Kreeeeew! Końcówka bardzo smakowita i robiąca wrażenie. Będę regularnie zaglądać i wyczekiwać kolejnych rozdziałów. :3
PannaBartlett z shestolehiscase (na onecie, choć to zuo)
Prześlij komentarz
Poniżej możesz wpisać co tylko Ci się podoba ... Z wyjątkiem SPAM`u i czegoś co jest nie związane z blogiem ...