Szliśmy całą paczką - w siedem osób przez ulicę. Chłodny deszcz padał nam na twarze, samochody przejeżdżały bardzo rzadko. Gee trzymał Lindsey za rękę, Mikey obejmował mnie w pasie. Bob szedł przodem do nas, tak, że nie widział drogi. Ale mieliśmy ubaw kiedy wylądował tyłkiem prosto w kałuży. Szliśmy już po kilku piwach, znaczy my po kilku, a Gee i Frank po kilkunastu. Zabawa była przednia, do czasu. Franky powiedział coś co wywołało salwę śmiechu, śmiałam się i ja, swoim zwyczajem ukrywając całą twarz w dłoniach, przez co przez chwilę nikogo nie widziałam. Kiedy tak śmiałam się nagle wszystko ucichło. Powoli zdjęłam dłonie z twarzy. Naokoło było zupełnie ciemno. Samochody nie jeździły, latarnie się nie paliły, w budynkach światła były kompletnie wygaszone, nawet księżyc i gwiazdy zniknęły gdzieś za chmurami. Nagle z dnia zrobiła się noc. Ciemna, przerażająca noc. Rozejrzałam się, chłopaków nigdzie nie było, Lyn-Z też zniknęła. I nagle zobaczyłam bardzo nie wyraźną postać idącą w moim kierunku. Mikey! Kiedy podszedł, przytulił mnie i szepnął "żegnaj". W tym momencie jakaś zakapturzona postać pojawiła się znikąd i szarpnęła Mikeya za kaptur. Było tak strasznie ciemno ... Mikey upadł na ziemię, postać niewiele myśląc zaczęła ciąć jego ciało czymś ostrym. Krew była wszędzie. Chciałam się ruszyć, powiedzieć coś, odepchnąć napastnika, krzyknąć, ale nie mogłam. Stałam w ciszy, w bezruchu. Z oddali ktoś coś mówił, krzyczał. Gdybym chociaż mogła odpowiedzieć. Mikey też ucichł. Widziałam jego wiotkie, martwe ciało leżące w gigantycznej kałuży krwi, która ciurkiem spływała wzdłuż chodnika. Płynęła powoli w moją stronę. Chciałam pomóc Mikeyowi, ale nie mogłam, nie mogłam go nawet dotknąć. Poczułam wilgoć w butach, wiedziałam, że to krew, która dopłynęła do mnie. Nadal słyszałam to odległe wołanie. Ktoś krzyczał moje imię, ale ja nic nie mogłam zrobić. W końcu nawet to wołanie ucichło, postać zniknęła. Zostałam sama, bezradna. Nadal nie mogłam podejść co ukochanego. I w tym momencie przestałam czuć cokolwiek innego, tylko ból w gardle. Czułam jak krew wylewająca się z mojej tętnicy powoli spływa po ramieniu, po dekoldzie. Upadłam na kolana. Znowu ... Znów umierałam samotnie ...
*****
Obudziłam się cała zalana potem. Słońce, które wpadało do pokoju przez okna ogrzewało moją twarz. Odwróciłam się na drugi bok, alby móc otworzyć oczy i wtedy to poczułam. Ból. Jakby w moją rękę wbijano małe sztyleciki. I w tym momencie przypomniałam sobie urywki z poprzedniego dnia.
Zbite lustro.
Dobijanie się do drzwi.
Krew.
Dużo krwi.
Śmiech. Chyba mój.
Ból.
Krzyk.
Smród zmieszanych perfum.
Mnóstwo szkła.
Znów ból.
Jeszcze więcej krwi.
Jakoś nie mogłam tych wspomnień poukładać, wystarczająco przeszkadzał mi w tym opatrunek, pod którym pulsowało moje przedramię. Miałam ochotę zawyć z bólu. Już prawie to zrobiłam, gdy spostrzegłam, że nie jestem sama w pokoju. To była wystarczająca wymówka, aby otworzyć oczy. Powoli uniosłam powieki. Światło dzienne nie służyło moim oczom. Odzwyczaiłam się od jasności, a ta, która opanowała pomieszczenie była wyjątkowo rażąca.
- Obudziła się! - Usłyszałam głos Franka. Teraz, kiedy byłam pewna kto znajduje się w pokoju mogłam z powrotem zamknąć oczy.
- Zasłońcie, kurwa okna! - Syknęłam. Usłyszałam opuszczanie rolet. Pomieszczenie nabrało odcień bordo. Znajdowałam się w pokoju wspólnym. Po zapachu mebla, na którym leżałam wydedukowałam iż spoczywam na łóżku Franka. Samarytanin się kurwa znalazł i mi łóżka użyczył ... W sumie to byłam mu wdzięczna, ale ból zawsze sprawiał, że stawałam się wściekła.
- Jak się czujesz kochana? - Usłyszałam głos Lyn-Z. Miała bardzo łagodną barwę głosu, jak zwykle gdy była przygnębiona.
- Dobrze. Gdzie jest ... - Nie dokończyłam, bo krwawe wspomnienie z soboty wróciło. - No tak ... - Moje oczy zebrały się łzami. W towarzystwie przeszywającego bólu obróciłam się z powrotem tyłem do wszystkich, którzy byli w pokoju. Nienawidziłam, kiedy ktoś widział jak płaczę. Poczułam wstyd za to, że w ogóle musieli mnie widzieć w takim stanie. Trzęsłam się. Nie z powodu zimna, czy bólu, z powodu płaczu, którego jakoś nie mogłam powstrzymać.
- Zostawimy was samych. Postaraj się ją uspokoić. - Powiedział szeptem Gerard. Poczułam jak ktoś powoli kładzie się obok mnie.
- Zakładam, że bardzo boli. - Usłyszałam za sobą delikatny, męski głos.
- Frank? A ty mi się czemu wpierdalasz do łóżka? - Potraktowałam go chłodno, próbując ukryć, że ucieszyłam się z jego obecności.
-Ojojoj, przestań już zgrywać taką zbuntowaną. - Powiedział mi do ucha. - Ta strata boli nas wszystkich, ale to nie powód, aby odbierać sobie życie. - Dodał smutniejszym tonem.
- Jutro pogrzeb ... Musimy się przygotować. - Powiedziałam patrząc na kwiat na firance.
- Ja ... Nie jestem pewien czy powinnaś ..
- Chcesz powiedzieć, że mam nie jechać? - Krzyknęłam podrywając się do pozycji siedzącej.
- Ja nic takiego nie mówiłem, tylko ...
- Tylko co ? - Warknęłam zaciskając zęby. Ten człowiek tak łatwo wyprowadzał mnie z równowagi. Czasem na prawdę dostawałam przy nim szału.
- Tylko twoje ręce. Tam będzie mnóstwo reporterów, flesze, fanki ...
- Mam ich w dupie, jadę na pogrzeb, a nie na czerwony dywan. - Powiedziałam, po czym z powodu ostrego bólu wróciłam do leżenia. Tym razem twarzą do Franka. - Niech mi tylko któryś zrobi zdjęcie to pożałuje i pożegna się z posiadaniem dzieci w przyszłości!
- Auć. - Pisnął delikatnie Frank zwijając się lekko. Może i był wkurzający, ale tak łatwo doprowadzał mnie do śmiechu. Czasem, przy nim i tylko przy nim zapominałam o wypadku. I o bólu. Tak na prawdę chyba go lubiłam.
- Nie wygłu ... - Przerwała mi Lyn-Z, która wpadła do pokoju z naprawdę wystraszoną miną.
- Ge .. Gerard .. On .. Z .. Zniknął ! - Wyjąkała w salwie płaczu.
- Frank, zajmij się ją. - Szepnęłam i nie zważając na ból zerwałam się z miejsca. Porwałam z krzesła swoje spodnie i naciągnęłam je na tyłek. - Chyba wiem gdzie on może być. - W tym momencie Lindsey dziwnie się na mnie spojrzała. Zapięłam klamrę od paska i objęłam ją.
- Nie martw się. Założę się, że jest cały i zdrowy. - Szepnęłam jej do ucha. Po czym znacząco zerknęłam na Frankiego, który podszedł do czarnowłosej i delikatnie łapiąc jej rękę podprowadził ją na łóżko. Dziewczyna usiadła na rogu mebla, Frank kucnął przed nią. Nie miałam czasu na przyglądaniu się dłużej tej scenie, wiedziałam co stanie się, jeśli szybko nie znajdę Gerarda.
*****
Szłam przez alejkę w parku, to było pierwsze miejsce, które przyszło mi do głowy. Zawsze chodziliśmy tu w trójkę, zanim jeszcze Gee poznał Lindsey. Rozglądałam się na boki, usłyszałam odległe skrzypienie huśtawki. Zaczęłam biec przed siebie, nagle zarwała się chmura zalewając moją twarz zimnymi kroplami deszczu. Z daleka usłyszałam jak ktoś przeklina deszcz. Uśmiechnęłam się pod nosem. Biegłam jeszcze szybciej. Wiatr delikatnie owiewał moją buzię, wiał prosto na mnie sprawiając, że deszcz ostro skręcił i teraz spadał prosto na moje oczy, sprawiając, że widoczność otoczenia miałam bliską zeru, jednak dobrze wiedziałam gdzie się kierować. Moje trampki przemokły do suchej nitki, tak samo z resztą jak reszta ubioru. Mokre włosy oblepiały moją twarz. Przyspieszyłam, teraz biegłam z prędkością jakiej od dawna nie mogłam osiągnąć podczas porannych joggingów, które ostatnimi czasy zupełnie sobie odpuściłam, z wiadomych przyczyn. Teraz najważniejsze było dotarcie w odpowiednie miejsce na czas. Miałam nadzieję, że nie jest jeszcze za późno. Skręciłam w boczną uliczkę i znalazłam się na małym placu. Na huśtawce, pośród dudniących w metal kropli deszczu siedział chłopak. Przez chwilę nie byłam pewna czy to Gerard. Spostrzegłam, że ma na sobie bluzę, taką jaką ma ... miał Mikey. W tedy miałam pewność, że to nasza zguba. Zrobiłam dwa kroki do przodu. Gee miał głowę spuszczoną do dołu, patrzył na białe opakowanie. Tabletki. Obok niego, na ziemi stała puszka z piwem. Kurcze, wiedziałam, że będzie w to dalej brnął, musiałam szybko zareagować, bo by się zatruł.
- The amount of pills I'm taking counteracts the booze I'm drinking? - Zacytowałam pytającym tonem. To był fragment ich piosenki. Chłopak tylko spojrzał na mnie smutno, otworzył pudełeczko z napisem Xanax i wsypał jego zawartość do puszki z piwem.
- Kończę z tym. Dla Mikeya. - Powiedział zdecydowanie. - Nie chciał abym brał i pił, nie chciał żebym się uzależnił, żebym się truł tym gównem.
Uśmiechnęłam się pod nosem, zrobiło mi się lżej na sercu. Wiedziałam, że Mikey nas obserwuje, czułam jego obecność. A może tylko mi się zdawało ...
- Wiesz, czasem mam wrażenie, że Mikey nas wszystkich obserwuje, że ... że jest z nami. Czasem go widzę i wtedy zaczynam się czuć bezpieczniej, zupełnie jakby ze mną był. - Powiedziałam cicho i usiadłam na huśtawce obok Gerarda. Spojrzał się na mnie swoimi smutnymi, świdrującymi oczami. Jego wyraz twarzy momentalnie się zmienił, źrenice mu się powiększyły. Poderwał się z miejsca i wyciągnął rękę w moją stronę w geście mówiącym "Chodź, a coś Ci pokażę".
- No, chodź, na co czekasz? - Spytał i szarmancko się uśmiechnął.
Poszłam za chłopakiem. Chwilę to trwało, nawet nie spostrzegłam kiedy przestało padać.
- Jesteśmy na miejscu, jeszcze tylko kilka kroków. - powiedział poważnie. Nie miałam pojęcia o co tym razem mu chodziło i po co przyprowadził mnie pod kościół. Widok który zastałam przy frontowej bramie zmroził mnie wręcz do szpiku kości. Co najmniej kilkadziesiąt nastolatek i nastolatków w deszczu, na mrozie. Setka, lub więcej zniczy i ciągle ich przybywało. Z czyjegoś telefonu sączyło się The Ghost Of You. Większość dzieciaków płakała. Mnie też się łza w oku zakręciła. Powoli podeszłam do tłumu.
- Witajcie. - powiedziałam już płacząc. Oni spojrzeli na mnie smutnymi, wypłakanymi oczyma.
- Co .. Co teraz będzie z My Chem? - spytała jakaś dziewczyna z tłumu, jej głos łamał się.
- Proszę dziewczynę, która się o to zapytała, aby do mnie podeszła. Śmiało. - powiedziałam krzepiąco.
Z tłumu wyłoniła się różowowłosa dziewczyna, miała co najwyżej szesnaście lat. Jej głowa spuszczona była do dołu, a zaszklone oczy zwrócone w moją stronę, w ręce trzymała znicz i czerwoną różę. Przywołałam ją prostym gestem ręki i przytuliłam do siebie najmocniej jak potrafiłam. Powoli wzięłam z jej rąk oba symbole.
- Mikey, pamiętaj o nich tak jak i oni pamiętają o tobie. - szepnęłam przez łzy i położyłam oba przedmioty przy wielkim krzyżu.
- Jak masz na imię? - zwróciłam się do dziewczyny.
- Natalie. - szepnęła.
- Natalie. Bardzo ładnie. - powiedziałam ocierając łzy z jej policzków. - Pytałaś co teraz będzie z zespołem. My Chemical Romance się nie rozpadnie. Tą grupę ... - kiwnęłam głową do Gerarda, który trzymał się na uboczu, na znak, żeby przyszedł. - Tą grupę tworzyli nie tylko chłopcy, ale też wy wszyscy. Każdy z osobna dawał Chemicznym cząstkę siebie, byliście im ... nam wierni nawet w najgorszych dla zespołu momentach. MCR nie zginie, dopóki wszyscy będziecie o nich pamiętać, dopóki będzie pamiętała choćby jedna osoba.
- Będziemy pamiętać! - krzyknął jakiś chłopak i wyszedł na przód.
- I proszę, tego się trzymajcie. Zawsze, choćby nie wiem jak źle było mieliśmy pewność, że nie jesteśmy sami. Że zawsze możemy liczyć na wasze wsparcie. Mamy nadzieję, że również teraz, kiedy My Chem najprawdopodobniej już nie powstanie z popiołów jesteście z nami. - powiedział Gerard i nawet jemu samemu łza spłynęła po policzku.
- Jesteśmy, byliśmy i będziemy. - powiedziała Natalie po czym się uśmiechnęła. Nieśmiało i blado, ale zawsze.
- Mam do was jedną prośbę. Idźcie do domów, nie marznijcie tu. Idźcie do domów i nigdy nie zapominajcie, że macie w nas, naszych piosenkach wsparcie. Zawsze i wszędzie. A jeśli ktoś będzie chciał o tym porozmawiać na spokojnie, na osobności zawsze macie nas do dyspozycji. Wystarczy się z nami w jakikolwiek sposób porozumieć. - dodał Gerard kompletnie się rozklejając. Nigdy go jeszcze nie widziałam w takim stanie. Jakaś drobna osóbka z tłumu podeszła do niego i po prostu się do niego przytuliła.
- Nie płacz, twój brat by tego nie chciał. - powiedziała wtulając się w jego koszulkę. Normalnie każda z nich by o tym marzyła, wiele z nich nigdy nie widziało Gee na żywo, jednak teraz zachowywali się zupełnie inaczej niż na koncertach, czy na ulicy. Nie krzyczeli z radości, nie prosili o autografy. Widać, że dla nich wszystkich, tutaj zebranych to była prawdziwa tragedia. Mój wzrok przykuła jedna rzecz. Na rękach wielu z nich widniały czerwone sznyty. Taki widok był poważnie przerażający, jednak ja sama nie byłam lepsza. Musiałam coś z tym zrobić. Natalie już dawno wbiegła w tłum. Ja podeszłam do Gerarda.
- Spójrz na ich nadgarstki. - szepnęłam mu do ucha.
- Tak nie może być! - krzyknął. - Proszę teraz, natychmiast wszystkich, którzy teraz, bądź kiedykolwiek się cięli o podejście tu. - co najmniej trzy czwarte tłumu wystąpiło na przód. Sami byli wyraźnie zdziwieni, ze jest ich aż tyle.
- Popatrzcie. - powiedziałam ściągając swoją bluzę, oraz odwijając bandaże. Moje ręce były całe czerwone. W ranach. Niektóre z nich nawet nie zaczęły się goić. - Tak chcecie skończyć? Nie ma sensu. - zapewniłam. - To naprawdę nie pomaga. Jest .. Jeszcze gorzej. - powiedziałam, a moim oczom ukazał się niemożliwy widok. Jedna z dziewczyn wyjęła z kiszeni żyletkę i rzuciła ją na ziemię przed tłumem. Po niej coraz więcej osób wyrzucało brzytwy, scyzoryki, żyletki, cyrkle oraz inne ostra rzeczy. Poczułam na sobie surowy wzrok Gerarda. Wiedziałam o co mu chodzi. Kiedy już wszyscy pozbyli się swoich "przyrządów" ja sama, na oczach tych wszystkich fanów wyjęłam z kieszeni bluzy żyletkę.
- Nigdy więcej. - powiedziałam głośno.
- Nigdy więcej! - zawtórował mi tłum. To było niemożliwe. Tyle osób, przy swoim własnym idolu, przez wielu pożądanym, ujawniło swoje wady i tajemnice. Nagle jedna osoba zaczęła bezwiednie śpiewać Helenę. Potem następna i jeszcze jedna. Po kilku sekundach już wszyscy, przez łzy śpiewali, ile sił w płucach. Przyszedł jakiś chłopak z gitarą i zaczął grać. Do nastolatków przyłączył się Gerard. Oni chyba naprawdę kochali tan zespół. Ten zespół uratował ich życia.
7/22/2011
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
4 Opinions:
o boże :( popłakałam się :( to jest... piękne a zarazem smutne :( biedny Mikey ;( Boże ... :(
PSYCHO PSYCHO PSYCHOOO :D no ale to nie wyklucza tego, że opowiadanie jest zajebiste ^^
Boże.. ryczę jak głupia o.x PIĘKNE to jest.. następne uzależnienie mnie znalazło x.x
to jest cudowne, niesamowite. piękne. smutne jak cholera i chyba mało kto się przy tym nie popłacze, ale nie zmienia faktu, że.. brak słów, naprawdę.
Prześlij komentarz
Poniżej możesz wpisać co tylko Ci się podoba ... Z wyjątkiem SPAM`u i czegoś co jest nie związane z blogiem ...