8/29/2011

007. Pick up the phone, pick up the phone fucker !

Mikey points view:

Szedłem wzdłuż ulicy z pierścionkiem w bezwładnie zwisającej dłoni. Alice ma rację, jestem samolubnym dupkiem. Dlaczego musiałem wpaść na tak głupi pomysł? Myślałem, że uzna to wszystko z świetny żart, a teraz nawet nie chce na mnie patrzeć. Jak zwykle musiałeś wszystko spieprzyć, Mikey. Jak zwykle. Jak ja to wszystko mam teraz naprawić, skoro mam się do niej nie odzywać, mam się jej nie pokazywać na oczy? Kto wie co zrobi, kiedy stanę w drzwiach naszego pokoju i spytam co dalej? Spojrzałem na zachmurzone niebo z którego znów sączył się zmęczony już deszcz.
- Co robić? - spytałem siebie.
To nie jest takie proste jakby się mogło wydawać. Życie nie jest Modą na Sukces. Nawet gdybym odważył się wrócić do domu, to co bym jej powiedział? "Witaj, kochanie! To jak wyjdziesz za mnie, czy mam się spakować i wynosić?" Kopnąłem jakiś kamień. Przeturlał się jakiś metr ode mnie i wpadł do studzienki, usłyszałem plusk wody.
Przystanąłem na chwilę i rozejrzałem się, właśnie minąłem dom. Cofnąłem się nieco i przystanąłem przy skrzynce na listy. Wziąłem głęboki oddech i ruszyłem w stronę drzwi. Powoli je uchyliłem, w środku było pusto i cicho. Jak na nasz dom za cicho. Powoli zamknąłem za sobą drzwi.
 - Gee? - zawołałem. - Alice, jesteś tu? - nadal brak jakiejkolwiek odpowiedzi.
Nie ściągając butów wszedłem po schodach na górę. Złapałem za klamkę naszego pokoju i powoli ją nacisnąłem. Widok który zastałem w środku ... Osłupiałem.
*****
Alice point view:

Poczułam na karku czyiś ciepły, spokojny oddech. Zaczynało do mnie docierać wszystko, co stało się dzisiejszego, a może wczorajszego dnia. Cicha nadzieja, że po wszystko było snem, że Mikey ... Nie zrobił mi tego. Delikatnie otworzyłam oczy. Leżałam na czymś szeleszczącym, niewygodnym i nadmiernie klejącym się do ciała. Więc to jednak była prawda, leżałam na potarganych, limitowanych edycjach komiksu, który Mikey uwielbiał. Z powrotem zamknęłam oczy, chyba nie chciałam wiedzieć kto leży za moimi plecami. Jednak czułam, że muszę się upewnić. Powoli, sennie przewróciłam się na drugi bok i znalazłam się twarzą w twarz z NIM.Wstrzymałam oddech, kompletnie nie wiedząc co dalej. Mam powiedzieć "cześć"? Byłam na niego co najmniej wkurwiona. Czułam się oszukana, oszukana przez osobę, którą kochałam najbardziej na świecie. Do moich oczu zaczęły napływać łzy, nie potrafiłam ich powstrzymać, nie potrafiłam, może nie chciałam? Wszystko mi jedno. Pierwsza, słona kropla spłynęła po moim policzku. Przymrużyłam oczy. Poczułam jego rękę na swoim policzku, kciukiem delikatnie starł z niego łzę. Chciałam aby tak zostało.
- Nienawidzę cię. - szepnęłam, jego twarz przybrała pytający wyraz. - Nienawidzę cię za to, że jesteś takim cholernym dupkiem, za to, że mnie oszukałeś ... - chciał cofnąć dłoń, jednak moje palce delikatnie oplotły jego nadgarstek. - A najbardziej nienawidzę cię za to, że nie potrafię przestać cię kochać. - dodałam.
Nasze twarze znacznie zbliżyły się do siebie. Czułam jego zapach, zapach kawy i tego niezidentyfikowanego czegoś, co dodawało mu charakteru. Zamknęłam oczy i wpiłam się w niego. Delikatnie gładził językiem moje wargi i podniebienie. Odwdzięczyłam mu się tym samym. Wplotłam prawą dłoń w jego farbowane włosy. Łapczywe pocałunki, zapach kawy i tuszu drukarskiego, kawałki komiksów przyklejające się do ciał, przyspieszone oddechy. Poczułam dłonie Mikeya na swoich biodrach, już po chwili siedziałam okrakiem na jego brzuchu. Wciąż, nieprzerwanie mieliśmy tylko siebie. Byliśmy dla siebie wszystkim i niczym. Języki splątane w jakimś dzikim tańcu. Włożyłam dłonie pod jego koszulkę. Jęknął cicho. Teraz jego usta błądziły po mojej szyi powodując uderzenia przyjemnego gorąca. Pod jego ustami wyginałam szyję pod różnymi kontami, aby mógł wycałować ją całą. Ściągnęłam z siebie koszulkę i rzuciłam ją w jakiś kąt. W tym czasie Mikey zrobił to samo. Właśnie tego potrzebowaliśmy, chwili zapomnienia, momentu w którym będziemy się dla siebie liczyli tylko my. Chłopak przeniósł usta na mój dekolt, aż do biustu. Nagle usłyszałam czyiś krzyk i głośny trzask. Oboje zamarliśmy pospiesznie przerywając pocałunki.
- Gerard! - krzyknął Mikey.
Zerwałam się na równe nogi i podeszłam do szafy, podnosząc spod jej drzwi koszulkę i zakładając ją na siebie.
- Trzeba sprawdzić, czy wszystko w porządku, idziesz? - zwróciłam się do Mikeya. Moje kolana były co najmniej jak z waty. Chłopak pokręcił głową.
- Dasz sobie radę, chyba ... masz na niego lepszy wpływ ode mnie.
- Jesteś jego bratem. Powinieneś ...
- Jest na mnie wkurzony, nie chcę pogarszać i tak już złej sytuacji. - stwierdził. W sumie, to go rozumiałam.
Powoli wyszłam z pokoju i cicho zamknęłam za sobą drzwi. Zeszłam na dół po zimnych schodach. Odruchowo zerknęłam na zegarek. Po szesnastej. Rozejrzałam się po pokoju dziennym, do którego światło wpadało z dużą trudnością. Ciężkie, fioletowe zasłony torowały dopływ promieni słonecznych do pomieszczenia. Mój wzrok zatrzymał się na rozwalonym na części pierwsze telefonie, który leżał tuż przy moich stopach. Usłyszałam czyiś urywany oddech, jakby tłumiony płacz. Spojrzałam w miejsce z którego dochodziło łkanie. W kącie między ścianą, a komodą siedziała skulona postać, ręce miała wplecione we włosy. Gerard. Powoli podeszłam do niego starając się nie wdepnąć w żadną z części telefonu, usiadłam z nim ramię w ramię. Nie spojrzał na mnie. Zamknęłam na chwilę oczy i westchnęłam głęboko.
- Gee, co się stało? - spytałam kładąc rękę na jego ramieniu. Szarpnął się na znak, że nie chce czuć niczyjego dotyku na sobie. - Posłuchaj, nie chcesz, nie mów, ale może mogłabym ci jakoś pomóc?
- Nikt mi teraz nie może pomóc, nawet ja sam nic nie mogę zrobić. - warknął, słychać było, że jest naprawdę źle.
- Powiedz chociaż o co chodzi. - poprosiłam stanowczo.
- Frank zniknął, nigdzie go nie ma, nawet telefonu nie raczy odebrać.- powiedział, a ton jego głosu znacznie się zmienił.
- Ale .. jak to zniknął?
- Normalnie, wyszedł z cmentarza niedługo po tobie, potem już nikt z nas go nie widział.
- Na pewno zaraz wróci. - powiedziałam mało przekonującym głosem. Sama nie byłam tego pewna.
Poczułam, jak głowa Gerarda opada na moje ramię.
- Martwię się. - powiedział chłopak.
- Poradzi sobie, przecież sam wiesz, że potrafi zachowywać się groźnie.
- Ale ja mam takie przeczucie ... coś jest nie tak. Ja, jakbym to wiedział, że on już nigdy ...
- Nawet tak nie mów! Wróci, na pewno. Spróbuję do niego zadzwonić.
- To nic nie da. - powiedział Gee tonem siedmioletniego dziecka.
Znów chciało mi się płakać, sama chyba nie wierzyłam, że wszystko będzie okay. Tak jak Gerard miałam złe przeczucie. Poczułam jak szatyn obejmuje mnie ramieniem i lekko przysuwa do siebie. Moja głowa samoczynnie oparła się o jego tors.
- Masz zamiar się na niego jeszcze długo wkurzać? - spytałam patrząc na zarysy drzew odbijające się za zasłoną.
- Na kogo? - spytał Gerard,usłyszałam wachanie w jego głosie.
-Na Mikeya. - odparłam zdziwiona jego pytaniem. Czy w tym domu jest jeszcze ktoś na kogo Gee się wkurwia?  Usłyszałam nad uchem jego westchnienie.
- Nie mem pojęcia. Zachował się jak ostatni debil ...
- Ale przecież sam wiesz jaki on jest, najpierw robi potem myśli. poza tym na pewno za kilka lat będziemy się z tego śmiać. - powiedziałam nadal gapiśc się na rozmyte cienie. Wiosna była taką porą oku, kiedy każdemu mogłam wybaczyć, nawet morderstwo.
Tak, miałam doczynienia z mordercą. A właściwie morderczynią. Moja własna ciotka zadźgała na śmierć swojego faceta. To była właśnie wiosna, kilka lat temu. Opowiadała, że to w obronie własnej, ale obje wiemy, że to nieprawda. Jednak jej wybaczyłam, chyba nie miałam wyboru., to w końcu rodzina, a rodzinie się wybacza.
Gerard pokiwał głową.
-Wiem, znam go od zawsze i to nie ulega wątpliwości, ale nie jestem pewien, czy puścić mu to płazem, szukał nas i to ostro. Ty sama prawie chciałaś się zabić. A właściwie prawie ci się to udało. Płakaliśmy, myśleliśmy nad mowami pożegnalnymi,ogółem był źle. Było bardzo źle, a on to zrobił tylko dla zabawy... - głos miał taki, jakby miał się zaraz rozpłakać. - Myślałem, że Mkey jest inny, mądrzejszy, bardziej odpowiedzialny. Jednak się myliłem. Zawiodłem się na nim i chyba nie potrafię mu tego wybaczyc. Nie tym razem. - w tym momencie zapadła głucha cisza, nie miałam pojęcia co powiedzieć. Jednak ochota wykrzyczenia tego co yślę była zbyt wielka.
- Gerard, on jest twoim bratem. Sam stwierdziłeś, że jest jaki jest, ale czy ty naprawdę nie chcesz mu wybaczyć?
- Chcę, ale czy będę potrafił?
- Na pewno tak. zapytaj sam sebie, czy on by ci wyabaczył.
- No jasne, przecież on ... - w tym momencie usłyszeliśmy szczęk klucza przekręcanego zamku. Oboje zerwaliśmy się na równe nogi. W wyczekiwaniu wymienialiśmy zmęczone spojrzenia. Nagle tuż przed naszymi twarzami wyrósł Frank. Był nieco podchmielony, ale na tyle trzeźwy, aby myśleć w miarę racjonalnie.
- Szybko, pakujcie się! - krzyknął prawie, jeszcze raz wymieniliśmy z Gerardem zdziwione spojrzenia.
- Ale Frankie ...
- Żadnych pytań, begnijcie po walizki, wszystko wyjaśnę wam w samohodzie. - żucił szybko i pogonił nas gestem dłoni.
- Gdzie reszta? - sytałam, gdy wraz z Gerardem wbegaliśmy po schodach.
- Chyba śpią, choć znając Ray`a i Bob`a, to grają w to swoje video. - odparł. - Jak myślisz, o co chodzi?
- Nie mam pojęcia, ale wgląda na to, że jest źle. Bardzo źle.

8/19/2011

006. If you marry me would you bury me?

Przepraszam, ale nie mogłam się powstrzymać ... Zobaczymy jak to dalej pociągnę. Dziękuję jeszcze raz za komentarze i kieruję do was kolejną prośbę, proszę, podpisujcie się, kiedy komentujecie. Dzięki jeszcze raz za wszystko ...
_______________
- Nosz ja pierdolę! Zemdlała, to tyle, Lindsey zrozum, że to nie musi oznaczać ...
- Jesteś facetem! Nic o tym nie wiesz. - czarnowłosa przerwała brutalnie Gerardowi, który bezskutecznie próbował wybić z jej głowy jakiś durny zapewne pomysł.
- Po pierwsze moi drodzy, nasza niewiasta się obudziła. A po drugie, ja też biorę to pod uwagę. - powiedział poważnie Ray.
- Czy ja się dowiem o co wam chodzi? - spytałam nieco otumaniona, jednak na tyle przebudzona, aby rzucić w Ray`a swoją torebką. - Nie nazywaj mnie niewiastą! A teraz gadajcie mi tu natychmiast, dlaczego mnie obgadujecie?
- Bo widzisz ... - zaczął Gee, jednak Frank mu przerwał.
- Lyn uważa, że jesteś w ciąży. - wypalił brunet, który jak dotąd milczał. Dopiero po chwili dotarły do mnie jego słowa. Roześmiałam się.
- Ja? A niby z kim?
- No nie wiem, może ... Z Mikeyem? Przecież wszyscy słyszeliśmy co działo się u was w sypialni! - zaśmiał się Gerard.
- Przesadziłeś. - skwitowała Lindsey siadając na siedzeniu obok mnie.
- Czy wy możecie się przestać kłócić? - wydarł się wreszcie Bob, który był już wyraźnie zmęczony tym wszystkim, co działo się w limuzynie. - Twój brat, a nasz najlepszy przyjaciel nie żyje, za pól godziny powinniśmy być na cmentarzu, a wy spekulujecie, że jego dziewczyna ma w brzuchu bachora? Opanujcie się wreszcie! Nie uważacie, że to nie najlepsza chwila na sprzeczki?
- Bob nie wtrącaj się! - warknął Gerard.
- Nie! On dobrze mówi. To nie jest odpowiedni moment na kłótnie i wrzaski. - powiedział Frank.
- Frankie, siedź cicho, to nie twoja sprawa! - Gee zwrócił się w stronę bruneta.
- ZAMKNIJCIE SIĘ! - wrzasnęłam nie mogąc dalej wysłuchiwać tego wszystkiego. W limuzynie zapadła cisza, oczy wszystkich były zwrócone w moją stronę. - Nie jestem w ciąży, a nawet jeśli to chyba moja, a nie wasza sprawa, prawda? - zaskoczeni pokiwali głowami. - No właśnie. Więc łaskawie siedźcie cicho i jedziemy na cmentarz. Chcę to mieć już za sobą. - dodałam, a Bob dał kierowcy znak, że może już jechać.
W milczeniu przemierzaliśmy kolejne dzielnice New Jersey. Muszę przyznać, że ta wiosna była wyjątkowo deszczowa, choć może po prostu pogoda próbowała wpasować się w nastrój panujący w Newark. Ulice wydawały się być bardziej puste niż zwykle, zimne krople deszczu uporczywie dudniły o metalowe daszki nad sklepami. To było jak muzyka, jak marsz pogrzebowy. Zamknęłam oczy i starałam się wczuć w melodię jaką dyktowała ulewa. Cichutko, gdzieś w głowie zaczęłam nucić The Ghost of You. Przypomnieli mi się ci ludzie sprzed kościoła. Fakt, że wszystko to, co podarowali Mikeyowi zniknęło w płomieniach i noc, którą chciałam upojnie spędzić z Frankiem, ze swoim przyjacielem. W myślach zobaczyłam też moment, w którym przyszedł do mnie duch ukochanego. Jestem chora psychicznie, zmarli ... Duchy po prostu nie istnieją. Nie ma czegoś takiego jak anioły stróże. Nie ma! Ale czy ja na pewno nie chcę w to wierzyć? Już sama nie wiem, czego chcę. Z drugiej strony, czy oni wszyscy w obliczu śmierci ukochanej osoby wiedzieli by, czego pragną? Życie to podobno tylko początek, trudne przygotowanie do tego co będzie potem, tego co odkryć mogą wszyscy ale za życia nikt się o tym nie dowie. Nie możemy być pewni co czeka nas po drugiej stronie, tam, gdzie trafimy może wcale nie być lepiej. Jaką ironią jest, że człowiek żywy jeszcze pisze o tym, co czeka nas po śmierci. Po co właściwie jest śmierć i dlaczego tak często umieramy w cierpieniu? Czy ten ból jest karą, czy może wstępem do piekieł?
- Jesteśmy. - z przemyśleń wyrwał mnie cichy, troskliwy głos Frankiego. Kiwnęłam głową. To teraz będę musiała opowiedzieć coś o ukochanym.
Rozejrzałam się w poszukiwaniu Rebecki. Brunetka siedziała na krawężniku przy bramie i wpatrywała się w naszą stronę z lekkim zdziwieniem. Zastanawiałam się o co jej do cholery chodzi. Dopiero po chwili dostrzegłam, że nie patrzy się na nas, tylko na coś, a właściwie kogoś, kto stał za nami. Powoli obróciłam głowę. No tak, chłopcy z Muse. Zaprosiliśmy ich, bo wiedzieliśmy jak bardzo lubili Mikeya. Matt, Dominic i Chris stali w milczeniu oparci o bramę. Matt i Chris gapili się w nicość, a Dom uważnie przyglądał się Rebece. Ich wzroki chyba się spotkały. Postanowiłam to przerwać.
- Rebecca, wchodzisz, czy nie? - zwróciłam się do przyjaciółki, która spojrzała wreszcie na mnie.
- Już idę. - powiedziała jak w transie i wstała z krawężnika.
Teraz wpuścili nas bez problemów. Większość osób już stała na trawniku wokół głębokiej dziury. Staliśmy tam przez chwilę, na samym przedzie, a kiedy już wszyscy się zebrali i uspokoili ksiądz podszedł do mikrofonu stojącego na podeście i rozpoczął swoją przemowę. Nie słuchałam tego co mówił. Próbowałam się jakoś przygotować do przemówienia, lecz im dłużej o tym myślałam, tym bardziej chciało mi się płakać. Odruchowo już wtuliłam twarz w obojczyk stojącego tuż przy mnie Franka. On pogładził mnie dłonią po włosach i położył swoją skroń na mojej głowie.
- Będzie dobrze. - szepnął mi prosto do ucha. Nie wierzyłam mu, nie potrafiłam, może nie chciałam. Zamknęłam oczy i pozwoliłam łzom płynąć. Trwałam tak w objęciach Frankiego kilkanaście minut.
- Teraz ty Alice. - powiedział opuszczając dłonie. Otarłam łzy i ruszyłam przed siebie co jakiś czas zerkając na osoby zebrane. Powoli weszłam na podest i przejechałam wzrokiem po twarzach zwróconych w moją stronę.
- Mikey ... Był synem, wnukiem, bratem, przyjacielem, idolem i jakkolwiek to nie brzmi, kochankiem. Miał wrogów, to prawda, ale czy jest ktoś wśród nas, kto nie ma wrogów? No właśnie. Przez ostatnie kilka dni zastanawiałam się nad tym jaki był i o której z tych cech wam opowiedzieć. Pomyślałam, że właściwie każda by się do tego nadawała, jednak dopiero kilkadziesiąt minut temu zdałam sobie sprawę z jednej ważnej rzeczy, mianowicie z faktu, że Mikey miał też przecież swoje złe strony i pomimo tego, że nie powinnam o nich mówić zrobię to.Nigdy nie wyobrażałam sobie, że będę musiała przemawiać nad czyimś grobem ... - nagle zauważyłam dziwną rzecz. Większość zebranych przestała płakać, a na ich twarzach pojawiły się uśmiechy, szerokie i szczere. Poczułam się dziwnie. Wyszczerzony Frank zrobił palcem kółko w powietrzu na znak, abym się obróciła. Rebecca, Lindsey i bob patrzyli z niedowierzaniem w moją stronę. Gerard wykonał ten sam gest, co Frank. To zmusiło mnie do obrócenia się. Stanęłam tyłem do ludzi i zesztywniałam. Widok, który zastałam wywołał u mnie nie mały szok. W garniturze, z zafarbowanymi, przyciętymi włosami, bez okularów, z pierścionkiem w ręce klęczał przede mną ... Mikey.
- Wyjdziesz za mnie? - usłyszałam. Te słowa rozbrzmiewały w mojej głowie przez kilka chwil, tego się nie spodziewałam. Wzięłam głęboki oddech, aby opanować uczucia, jakie mną targały. Delikatnie wzięłam do ręki pierścionek, kilka razy obracając go w palcach.
- Mikey jesteś ... jesteś ... - nie mogłam znaleźć odpowiedniego określenia na, w tej chwili, bruneta. - Jesteś najgorszym dupkiem, jaki ma okazję chodzić po tej ziemi. Odpierdol się ode mnie na zawsze! - wycedziłam przez zęby zostawiając go samego na podeście. Przyspieszyłam kroku po drodze wrzucając pierścionek do dwumetrowej dziury na trumnę. Przecisnęłam się przez tłum i wybiegłam z cmentarza zostawiając zaskoczone krzyki za sobą. Jedyne czego teraz pragnęłam, to znaleźć się jak najdalej stąd. Znienawidziłam go za to, że aby mi się oświadczyć musiał udawać martwego, musiał prawie doprowadzić do mojego samobójstwa. Rozpłakałam się. Przeszłam przez cmentarną bramę i rozejrzałam się. Dopiero po chwili dostrzegłam grupkę dziewczyn wyraźnie znęcających się nad jakąś różowowłosą. Dziewczyna wyraźnie mi kogoś przypominała. Natalie. Brunetka trzymała ją od tyłu za włosy i ręce, a blondyna wymierzała następne kopnięcia w brzuch. Widziałam, że ból był nie do zniesienia, bo dziewczyna z każdym kolejnym ciosem zwijała się coraz bardziej, z jej ust wypływała krew. Pozostałe dziewczyny tylko wykrzykiwały co jakiś czas obrzydliwe wyzwiska w skierowane do Natalie. Wiedziałam, że muszę coś z tym zrobić. Zrobiłam kilka kroków w ich stronę i wtedy zobaczyłam wzrok Natalie. Zauważyła mnie, bo w jej przymrużonych oczach pojawiła się iskierka nadziei. Przyspieszyłam i szarpnęłam blondynkę za kaptur, tak, że upadła na ziemię. Zaskoczona brunetka sama puściła dziewczynę, która zsunęła się na ziemię.
- Spadajcie. - warknęłam. - Spieprzać stąd, natychmiast! - krzyknęłam głośniej. Wszystkie dziewczyny zwiały, zostałam sama z różowowłosą. - Hej, Natalie, wszystko okej? Oddychaj powoli. - powiedziałam gładząc ją po włosach. - Możesz wstać? - spytałam, a dziewczyna krztusząc się krwią pokiwała głową na "tak". Powoli się podniosłam, po czym wzięłam ją pod ramię. Kiedy doszłyśmy do limuzyny, która czekała na parkingu Natalie była już prawie całkiem spokojna. Powoli wsiadłyśmy do auta. Poprosiłam kierowcę, aby podjechał pod nasz dom, najpierw się sprzeciwiał, że musi poczekać na chłopaków, ale krzyknęłam na niego, że ma jechać i w końcu ruszył.
- Mikey żyje. - powiedziałam po chwili ciszy, a dziewczyna uraczyła mnie co najmniej zaskoczonym wzrokiem.
- Jak to ... żyje? - spytała z niedowierzaniem ciągle powstrzymując krew.
- Żyje ... I ma się świetnie. - zakpiłam. Dziewczyna ciągle milczała, jednak rozchmurzyła się.
- Wiesz, podwieź mnie pod ten kościół, ja tam niedaleko mieszkam ... - powiedziała.
- Jesteś pewna? - spytałam, w końcu dziewczyna nie była w najlepszym stanie.
- Tak, dam sobie radę. - pokiwałam tylko głową i obróciłam się do kierowcy, aby podać mu mniej więcej dokładne namiary na kościół. Resztę drogi przebyliśmy w kompletnym milczeniu, nadal kipiałam ze złości, ale nie chciałam tego pokazywać przy Natalie. Dopiero kiedy podziękowała mi za pomoc i wysiadła z limuzyny walnęłam pięścią z całej siły w fotel i wyzwałam Mikeya od bezmyślnych, samolubnych skurwieli. Kiedy dojechaliśmy do domu wysiadłam z pojazdu trzaskając drzwiami i rzuciłam się do furtki. Wyjęłam zapasowy klucz zza doniczki z jakimś zielskiem. Słaba kryjówka, ale się przydaje. Weszłam do domu i nawet nie ściągając butów pobiegłam do sypialni swojej i Mikeya. Weszłam do środka i rozejrzałam się. Na półkach poukładane były zdjęcia, rysunki i figurki superbohaterów, kilka kubków ze Starbucksa poniewierało się na biurku wśród ołówków, książek i komiksów. To przypominało pokój jakiegoś nastolatka, ale Mikey tak też się zachowywał. Postanowiłam się wyładować. Jednym ruchem zrzuciłam na ziemię wszystko co znajdowało się na biurku i półkach, potargałam kilka rysunków i komiksów, które Mikey tak kochał. Przez cały ten czas śmiałam się jak wariatka. Potargane papiery rzuciłam na łóżko, na którym się po chwili położyłam. Przez myśl przeszło mi tylko, ze będę to musiała posprzątać, ale mu się należało. Zasnęłam wśród potarganych numerów specjalnych Batmana i rysunków postaci z Green Latern.

8/01/2011

005. And all I wanted to say, and all I gotta do .

- Alice, chodź już! - usłyszałam krzyk Raya jednak nie miałam zamiaru stąd wychodzić. Nie chciałam patrzeć na martwe, blade i zimne ciało Mikeya. Wiem, że nie wytrzymałabym tego. Potem wsadzali by go do ziemi w hebanowej trumnie, a ja bym tam stała i musiała gadać o tym jaki to on nie był wspaniały. Przemowy pogrzebowe były jedyną rzeczą, jaka wywoływała u mnie tak skrajne emocje. Nie, nie mogłam tam do nich zejść.
- Alice, jesteś tu? - do pokoju wszedł Gerard. Milczałam w nadziei, że nie wpadnie mu do głowy pomysł zajrzenia do szafy. Przez szparkę w drzwiach widziałam jego eleganckie buty nieuchronnie zbliżające się do mnie. Kucnął przy szafie i trochę bardziej uchylił drzwi.
- Proszę cię, nie każ mi tam iść. - wyjąkałam klęcząc na zimnych panelach.
- To nie ja ci każę, sama powinnaś chcieć tam być. Pożegnać go, przemówić nad jego grobem. Powiedzieć kim był dla ciebie, jaki był wobec zespołu, fanów. Jesteś jedną z dwóch osób, które zrobiły by to najlepiej. Drugą jestem ja, ale ja mam strasznie słabe nerwy i nie nadaję się do mówienia. Poza tym, to ciebie o to poproszono. - uśmiechnął się blado. - Idziesz? - spytał wstając i wyciągając rękę w moją stronę.
- Dobrze. - odparłam cicho. Podniosłam się z podłogi i otrzepałam czarną tiulową sukienkę z niewidzialnego brudu. Przyznam szczerze - bałam się jak cholera. Nie wiem czego, po prostu czułam okropny, przeszywający strach. nogi miałam jak z waty, ale udało mi się jakoś utrzymywać w pionie. Powoli złapałam rękę Gerarda. Jego kojący uśmiech sprawił, że poczułam się nieco lepiej. Poszliśmy do reszty. Wszyscy ubrani na czarno, szaro lub w przypadku Franka z czerwonymi akcentami wyszliśmy z domu. Między nami panowała niezmącona cisza. Bob zamknął za nami drzwi, wszyscy stali i czekali, aż przestanie mocować się z zamkiem. Ja nie miałam zamiaru tam stać i od razu poszłam do limuzyny. Wnętrze pojazdu było duże i przestronne. Dwie trzyosobowe kanapy na przeciwko siebie i inne bajery ... Nie miałam czasu ani chęci na oglądanie tego wszystkiego. Usiadłam przy oknie i parzyłam jak Frank odpycha Boba od zamka i sam próbuje zamknąć drzwi. Oczywiście udało się to dopiero Lyn-Z, która ledwo dotknęła klucza, a drzwi już były zamknięte. Cała piątka podeszła do samochodu. Kiedy już wszyscy zajęli miejsca limuzyna ruszyła. Wszyscy milczeliśmy, bo tak na prawdę to o czym mielibyśmy gadać? Po kilku minutach gapienia się na krople deszczu, które uporczywie waliły w szybę zaczęłam zdawać sobie sprawę co się dzieje, gdzie i po co jedziemy. W moich oczach zebrały się łzy smutku i goryczy. Dobrze wiedziałam, że Frank miał rację mówiąc, że to przeze mnie Mikey nie żyje, jednak czułam się w tej chwili niewiarygodnie silna. Jakby cała energia, jaką straciłam przez śmierć ukochanego w tej chwili powróciła. Dziwne ukłucie w sercu sprawiło, że miałam wrażenie iż jeszcze dziś stanie się coś niespodziewanego. Z przemyśleń wyrwał mnie głośny dzwonek czyjegoś telefonu. Wszyscy spojrzeliśmy po sobie, po czym dostałam w twarz swoją torebką.
- Twój. - stwierdził napastnik. Jak się okazało Bob.
Powoli otworzyłam torbę i wyjęłam swoją komórkę. Na wyświetlaczu pokazało mi się zdjęcie brunetki o włoskiej urodzie. Rebecca była moją przyjaciółką z dawnych lat, która została zaproszona na "uroczystość". Z bladym uśmiechem odebrałam telefon.
- Halo? - usłyszałam w słuchawce niepewny, damski głos.
- Hej. - powiedziałam krótko, po czym zmierzyłam wzrokiem Franka, który przyglądał mi się odkąd tylko wsiadł do samochodu.
- Alice ... Matko kochana, jak ja dawno nie słyszałam twojego głosu. - stwierdziła przez telefon. - Ale nie po to dzwonię, jestem już ... Jestem przy cmentarzu, ale nie chcą mnie wpuścić. - powiedziała.
- Poczekaj chwilkę. - poprosiłam przykładając telefon do dekoldu.
- Ile będzie trwała ta szopka przy zwłokach? - spytałam zwracając głowę w stronę Gerarda.
- Jakieś ... Dwadzieścia minut. Tak myślę. - wymamrotał gapiąc się gdzieś za okno. Słuchawka powoli wróciła na miejsce.
- Będziemy tam za jakieś pół godziny. - stwierdziłam kręcąc głową.
- To co ja przez ten czas mam robić? - spytała Rebecca ze zrezygnowaniem w głosie.
- Nie wiem ... Idź gdzieś.
- Jasne. - mruknęła.- W długiej czarnej sukni i gorsecie ... - zastanowiła się chwilę. - Wiesz, chyba masz rację, przejdę się po mieście. - dodała nieco raźniej i rozłączyła się.
Z lekkim uśmiechem schowałam telefon do torby i wróciłam do obserwowania świata zewnętrznego.
*****
Weszliśmy do sporej sali. Po środku podłogi ciągnął się aż do przeciwległej ściany długi, czerwony dywan. Po jego obu stronach stały zapalone świece. Na przeciwko nas znajdował się niski podest z otwartą, mahoniową trumną wyłożoną bordowym atłasem. Naokoło podestu i trumny były bukiety kwiatów. Sala oświetlona była tylko owymi świecami i kilkoma kinkietami. Krótko mówiąc, czułam się jak na obrządkach satanistycznych. Zrobiłam nieśmiały krok w przód, za mną weszła reszta. Usłyszałam jak drzwi za nami się zamykają. Z przejścia w bocznej ścianie wyszedł mężczyzna. Miał około trzydzieści lat.
- Witam. Możecie państwo podchodzić do podestu pojedynczo - zaczął opowiadać, jakby to była jakaś wycieczka krajoznawcza. - i wkładać do trumny wszystko to, co państwo sobie przygotowali. Mile widziane jest zagadanie do umarłego. - myślałam, że mu przywalę. - Zastrzegam jedynie, aby nie dotykać zwłok. - dodał i wrócił w miejsce, z którego przyszedł.
- Takich ludzi mam ochotę rozszarpać na miejscu. - powiedział ze wściekłością Frank.
- Uspokój się. - powiedział Gee kładąc rękę na ramieniu bruneta. - Kto idzie pierwszy?
- Chyba ty, powinieneś iść, kochanie. Był twoim bratem. - szepnęła Lindsey wbijając wzrok w jedną ze świec.
- Dobrze ... - powiedział Gerard i ruszył przed siebie ze spuszczoną głową. Wszedł powoli o schodkach i pochylił się delikatnie nad Mikeyem.
- Cześć braciszku. Przyszliśmy ... Przyszliśmy aby cię pożegnać. Niestety nie ma cię już z nami. Jak zapewne wiesz, od twojego odejścia nic już właściwie nie jest takie jak przedtem. W naszym domu jest teraz strasznie pusto. Bez tych twoich śmiechów, żartów i dźwięków, które wydawałeś z siebie podczas grania na basie czuję się samotny. Czuję jakby ktoś odebrał mi cząstkę mnie. Bo tak właściwie jest. - jego łamiący się głos odbijał się echem od ścian przez co słyszeliśmy idealnie każde słowo. - Mam coś dla ciebie, wiesz? Wątpię, że ci się przyda w niebie, czy gdzie tam indziej trafisz, ale wiem, że to właściwie jedyna rzecz, którą mógłbym ci teraz podarować. Twoja ukochana płyta The Smashing Pumpkins. Brakowało ci jej, prawda? To ja ją schowałem, tak dla żartów. I ... - chyba zaczął płakać. - I odebrałem ci muzykę, jedną z rzeczy które kochałeś najbardziej na świecie. Odebrałem ci ją w ostatnich chwilach twojego życia. Tak strasznie cię przepraszam. Ty się złościłeś, a mnie to bawiło. Z resztą często ci dokuczałem. Ale ... czy nie taka jest rola starszego brata, przynajmniej po części? Przecież opiekowałem się tobą w trudnych dla ciebie chwilach. Pomagałem ci odkąd byłeś jeszcze mały. To ja nauczyłem cię jeździć na rowerze, to ja pokazałem ci gdzie podają najlepszą pizzę. Jednak ... mogłem być lepszym bratem, wiem. Mogłem się tobą bardziej interesować, częściej słuchać tego co masz mi do powiedzenia i stosować się do twoich rad. Mogłem nie śmiać się z ciebie, kiedy mówiłeś, że jednorożce istnieją, bo ty w nie wierzyłeś i powinienem był to uszanować. Ale skoro byłem taki straszny, to dlaczego pytałeś mnie o radę, kiedy tak na prawdę dobrze wiedziałeś, że jestem ostatnią osobą, która powinna doradzać ci w sprawach sercowych? Teraz chcę przeprosić, szkoda tylko, że nie zrobiłem tego wcześniej. Kiedy jeszcze żyłeś. Mam nadzieję, że przyjmiesz nawet takie przeprosiny. Pamiętaj, że cię kocham ... - położył płytę obok Mikeya i podszedł do nas. Ocierał oczy chusteczką, a mnie samej, po tym co usłyszałam drgała lekko dolna warga.
- Alice ... Teraz ty. - powiedział i przytulił się do Lyn-Z.
Z kwiatkiem w dłoni powoli ruszyłam przed siebie. Bałam się widoku martwego Mikeya, bałam się jak cholera. Moje serce waliło niemal tak szybko jak w czasie wypadku. Postawiłam nogę na pierwszym stopniu schodków i powoli weszłam na górę. Podeszłam do trumny i zamknęłam oczy starając się zebrać myśli i coś powiedzieć. Podniosłam powoli powieki. Miałam mu tak wiele do powiedzenia. Jego blond włosy delikatnie opadały na bordowy alabaster. Widok martwiej, przypudrowanej twarzy o zamkniętych oczach i sinych ustach sprawił, że moje oczy napłynęły łzami. Miałam przez chwilę wrażenie, że na kilka sekund przestałam oddychać.
- Witaj, kochanie. - wzięłam głęboki oddech. - Strasznie mi ciebie teraz brakuje, wiesz? Brakuje mi twojego głosu, dotyku, dźwięku twojego Fendera. Brakuje mi twojego zapachu. Nigdy ci chyba jeszcze tego nie mówiłam, ale pachniałeś siarką i kawą. Nawet nie wiesz, jak strasznie kochałam ten zapach. Ten moment w którym po waszym ciężkim koncercie opadałeś bezwiednie na łóżko, a ja się budziłam i na przywitanie prosiłeś mnie o kubek kawy. Po jakimś czasie już wiedziałam, żeby na kilka minut, przed waszym przyjazdem do hotelu mieć gotową kawę. Tego też mi brakuje. Tych momentów, kiedy między piosenkami ściągałeś bas, aby podejść do mnie za kulisy i pocałować mnie. Niestety ... Rozstaliśmy się w kłótni. Ja naprawdę nie wiem, dlaczego ci zrobiłam tą awanturę przed kawiarnią. Powinnam była zrozumieć, że takie są uroki posiadania sławnego faceta. Przepraszam, że krzyczałam ... Że chciałam się z tobą rozstać. Pamiętasz co powiedziałam tam, na ulicy, kiedy umierałeś na moich rękach? Powiedziałam, że cię nie pocałuję, bo to by oznaczało koniec. Ile bym teraz dała, aby cię pocałować ... Mam dla ciebie kilka rzeczy. Najpierw ta róża. To od fanów, nawet nie wiesz jak ich to wszystko boli. Oni na prawdę cię kochali ... kochają. Mam jeszcze od nich list. Miałam go nie czytać ... I nie czytałam. Zostawiam go tobie. - powiedziałam wkładając różę i list do trumny. - Teraz coś ode mnie. Mam tutaj łańcuszek, który mi dałeś. - powiedziałam ściągając z szyi ozdobę. - Zatrzymaj go na pamiątkę, mnie to za bardzo boli. Pamiętasz, jak się poznaliśmy? Wpadłeś na mnie uciekając przed fankami, a ja pomogłam ci się ukryć. Kurwa. Przepraszam. Przepraszam, bo czuję, że muszę. Za wszystko. Za to, że przeze mnie nie żyjesz. Ja .. Ja wiem, ze gdybym ci nie pozwoliła odejść, gdybym nie posłuchała tego cholernego głosu w mojej głowie ... Żyłbyś teraz. Przepraszam jeszcze raz i ... Żegnaj kochanie. - powiedziałam kładąc w jego dłoni łańcuszek. Kiedy już podeszłam do reszty przytuliłam się do Franka najmocniej jak umiałam.
- Teraz ja. - szepnął mi do ucha. Zrobił to na tyle głośno, że każdy usłyszał.
- Idź stary. - powiedział krzepiąco Ray, który zawsze utrzymywał zdrowy rozsądek.
Frank ruszył między świeczkami ze spuszczoną głową. Niemalże wbiegł na podest.
- Cześć stary. Kurcze, wiedziałem, że tak skończysz. Tylko czemu kurwa tak szybko? Nie spodziewałem się, że tak szybko będę musiał przemawiać nad twoim martwym ciałem. Powiem ci, że byłeś dla mnie czymś więcej niż przyjacielem, byłeś niemalże jak brat, którego zawsze chciałem mieć. Byłeś rok starszy, a traktowałeś mnie jak rówieśnika, jakby ten rok różnicy nie istniał. Nigdy ci tego nie mówiłem, ale byłeś naprawdę zajebistym basistom, przepraszam, że cię nigdy nie chwaliłem, nawet wtedy, kiedy mówiłeś, ze jesteś do kitu. Mówiłem tylko "Nie prawda" zamiast uświadomić ci jak zajebisty jesteś. Teraz już nie będę mógł pochwalić twojego wstępu do The Ghost of You, który zawsze mi się podobał. Zawsze narzekałeś, że twoja torba jest pusta, ale nie chce ci się iść na miasto i kupić naszywek więc ... Może to głupie, ale teraz daję ci właśnie naszywki, jedna jest nawet z jednorożcem. Kupiłem je już dawno, ale czekałem na odpowiedni moment, szkoda, że nadszedł dopiero teraz. Mam dla ciebie coś jeszcze. Ostatnio jak byłem na spacerze i wpadłem na taki pomysł, a że akurat miałem wenę, to to zrobiłem własnoręcznie i od razu wiedziałem, że muszę ci to dać. Ja wiem, że to drugi, jeszcze głupszy od poprzedniego prezent, ale nie mogłem się normalnie powstrzymać. To taka szmaciana lalka ... Ja wiem, że nie mam talentu, ale jakoś mnie tak wzięło. Ona .. Oczywiście przedstawia ciebie, z tosterem i widelcem. Ja wiem, że takie żarty są nieco nie na miejscu, ale ty zawsze miałeś poczucie humoru. Mam nadzieję, ze tam gdzie trafisz będzie ci lepiej niż tu, na ziemi. Spoczywaj w pokoju i tak dalej. - położył laleczkę na piersi Mikeya i wrócił do nas.
- Mam iść, czy wolisz ty pierwsza? - Ray zwrócił się do Lindsey.
- Ja pójdę. - powiedział cicho blondyn, którego do tej pory żadne z nas nie zauważyło. W milczeniu oderwał się od ściany i powolnym krokiem podszedł do trumny.
- Nie będę się witał, bo nie wiem nawet czy to słyszysz, ale mówię do ciebie ... A właściwie do twojego trupa, bo chcę powiedzieć coś, czego nie zdążyłem ci powiedzieć kiedy jeszcze żyłeś. Czyli właściwie robię to samo co reszta. Więc ... Byłeś tak na prawdę jedyną osobą w zespole, która mnie zauważała częściej, niż tylko wtedy, kiedy grałem. Nie miałem pojęcia dlaczego tak robiłeś. Podczas, kiedy chłopaki szli do baru ty zostawałeś ze mną, bo byłem chory. Razem graliśmy w gdy video i ... będzie mi tego szczerze brakować. Czasem twoje zachowanie mnie irytowało, wkurwiałeś mnie tym, że się mną interesowałeś. Ale to nie dla tego, że cię nie lubiłem, bo lubiłem, byłeś moim przyjacielem, ale dlatego, że byłeś jedyny. Nie przyzwyczaiłem się do tego, że ktoś się mną interesuje. Wszyscy coś dla ciebie mają, płyty, listy, naszywki. Ja ... Ja nie mam nic, co mógłbym ci dać. Nawet chciałem ... Ale po co? Wszystko co ci chciałem dać, dałem ci jeszcze za życia, bo nie chciałem czekać na taki moment jak ten, aby dać ci komiks z serii limitowanej, płytę, czy zestaw naklejek z twoimi ulubionymi zespołami. Chociaż mogłeś sobie darować ozdabianie nimi tostera i ekspresu do kawy. Tego kurestwa się nie da odkleić i teraz za każdym razem, gdy będę pił poranną kawę będziesz mi się przypominał ty. Kiedy to wstawałeś tak cholernie wcześnie i robiłeś nam wszystkim espresso, bo ty robiłeś najlepsze. Jego też będzie mi brakowało. I będzie mi brak widoku twojego uśmiechniętego ryja w przerwach między piosenkami na koncertach. Już mi tego wszystkiego brakuje, ale jeszcze się trzymam. Jakoś sobie radzę, bo wiem .. No dobra, nie wiem, ale czuję, że ty tu jesteś i ... - dalej nie słuchałam. Strasznie zakręciło mi się w głowie. Oparłam się o ścianę, a potem osunęłam się na zimne kafelki. Docierały do mnie tylko pojedyncze dźwięki. Poczułam silne ukłucie w podbrzuszu. Ciemnobrązowe kafelki rozmazywały mi się przed oczami, miałam wrażenie, że tańczą.
- Matko kochana, to pewnie przez te emocje ... i ten dym ze świeczek i zapach kwiatów i ... ohhh, chłopaki weźcie ją na zewnątrz. - usłyszałam niewyraźny i cichy głos Lyn-Z. Dochodzący jakby z bardzo daleka.
CDN ...

7/25/2011

004. And someone buy me roses, and someone burned the church.

Kilka słów od autorki:
Dziękuję Wam wszystkim niezmiernie za wszystkie komentarze, za to, że doceniacie mój wysiłek i że czekacie na następne notki. Chciałam na wstępie powiedzieć, że ta notka będzie nieco krótka, ponieważ postanowiłam rozłożyć jeden dzień na dwie lub nawet trzy części. Chciałam Was poprosić, abyście zwracali uwagę na tytuły, ponieważ one mają w moim opowiadaniu duże znaczenie.
Więc jeszcze raz JEN-CU-YEAH! I pozdrawiam wszystkich Killjoysów!
-----
Otworzyłam oczy, kiedy mój wzrok zyskał odpowiednią ostrość przeniosłam się do pozycji siedzącej. Nagle poczułam się tak, jakbym dostała w głowę czymś makabrycznie ciężkim. Wróciłam do leżenia. Zerknęłam na zegarek. 2:17.
- Kurrrwa! - syknęłam. Znów nie mogłam spać. Byłam w pokoju sama. Po raz pierwszy od soboty zdecydowałam się tu spać, jednak wspomnienia wracały ze zdwojoną siłą. Usiadłam na brzegu łóżka. Nie mogłam tutaj dłużej spać. Niewiele myśląc wstałam. Ból rąk oraz głowy towarzyszył mi przez cały czas. Wyszłam na korytarz i szybko podbiegłam do drzwi pokoju wspólnego. Cichutko wśliznęłam się do środka.
- Frankie ... Frank! - szepnęłam brunetowi do ucha.
- Hmmm .. ? - mruknął chyba nie bardzo wiedząc co się dzieje.
- Mogę?
- Jasne. Znów miałaś te sny? - spytał troszkę bardziej już ogarnięty.
- Tak. - powiedziałam smutno i wgramoliłam się pod kołdrę. Od razu uderzyło mnie przyjemne ciepło, które wydzielało ciało Franka. Uśmiechnęłam się po nosem i niekontrolowania mruknęłam. Jego odzew na to mruknięcie był zaskakujący, aczkolwiek nie miałam siły, a może chęci mu się sprzeciwiać. Brunet objął mnie w pasie i przytulił do siebie mocno. Dopiero po chwili zauważyłam, że splotłam swoje palce z jego jego palcami. Jego ciepły oddech owiewał delikatnie moją szyję. Próbowałam zasnąć, ale jakoś nie potrafiłam, coś nie pozwalało mi zignorować tych gestów. Powoli odwróciłam się do niego przodem. Nadal przytulał mnie do siebie. Jakiś impuls sprawił, że objęłam jego tors odwzajemniając uścisk. Zauważyłam, że nie śpi. Przez chwilę w milczeniu gapiliśmy się na siebie. Po chwili jednak Frankie zaczął mnie całować. Najpierw nieśmiało, potem coraz pewniej. Na początku chciałam się sprzeciwić, chciałam dać mu do zrozumienia, że nie możemy. Po paru chwilach przestałam naciskać, chyba zaczynało mi się to nawet podobać. Nie opierałam się już, chyba nawet zaczynałam odwzajemniać pocałunki. Po kilku minutach znalazłam się na Franku, okrakiem siedziałam na jego brzuchu pochylając się nad jego twarzą.
- Nie możemy ... Nie tu. - wyszeptał i przewalił mnie na miejsce obok siebie.
- Wiem. - powiedziałam i złapałam go za rękę. - Idziesz?
Chłopak powlókł się za mną z miną wariata. Zatrzymaliśmy się w salonie. Frank delikatnie przyparł mnie do ściany. Oplotłam ręce wokół jego szyi.
- Wiesz, że nie powinniśmy? - spytałam szeptem, uśmiechając się.
- I to mnie jeszcze bardziej podnieca. - odparł i podniósł moje nogi tak, że oplatały jego biodra. Powoli ściągnęłam koszulkę. Frank dotknął moich bioder, wtedy przeszedł mnie zimny dreszcz.
- Nie ... Ja ... Nie mogę. - szepnęłam i spuściłam głowę. Spojrzał na mnie swoimi ciemnymi oczami.
- Dobrze. Bardzo dobrze. - wyszeptał i delikatnie opuścił moje nogi. Po chwili przestał mnie przyciskać do ściany. Schylił się i podał mi koszulkę. - Ubierz się, bo zimno tutaj jak cholera. - powiedział, pocałował mnie w czoło i podszedł do drzwi pokoju wspólnego. - To nie zmienia faktu, że u siebie już nie zaśniesz. Jak się ubierzesz, to przyjdź. - powiedział i zniknął za drzwiami pokoju.
Ja sama z koszulką w ręce osunęłam się na ziemię. Powoli ubrałam się. Podkuliłam nogi pod brodę i zaczęłam płakać. Nie wiedziałam co ja w ogóle chciałam zrobić ... Dlaczego? Nie znałam odpowiedzi na żadne z pytań, które chodziły mi wtedy po głowie. Poczułam jak ktoś siada obok mnie i kładzie mi rękę na ramieniu.
- Widziałam ... - usłyszałam tak dobrze znany mi głos.
- Lyn-Z ... widziałaś? - zaniosłam się nowym lamentem. Czarnowłosa przytuliła mnie do siebie.
- Tak. I wiesz co? - podniosłam głowę, tak, aby móc na nią spojrzeć. - Pomimo iż w ogóle nie powinno dojść do takiej sytuacji ... Dobrze zrobiłaś. - powiedziała i wtuliłam w siebie moją głowę.
- Ale ...
- Nikt się nie dowie. - zapewniła. Lindsey była jedną z osób, który mogłam ufać bezgranicznie. - Chodź. - powiedziała i wstała. - Nie możesz tu siedzieć całą noc.
Podniosłam się i poszłam za dziewczyną do pokoju. Frank siedział skulony na końcu łóżka i opierał się o ścianę. Jego głowa spoczywała w kolanach. Lyn-Z poszła do Gerarda, który swoą drogą strasznie chrapał, ja skierowałam się w stronę Frankiego.
- Jestem. - powiedziałam siadając obok chłopaka.
- Ja ... Przepraszam. - wydukał nawet na mnie nie patrząc. - Nie mam pojęcia co we mnie wstąpiło ...
- To nie ty powinieneś przepraszać. - szepnęłam i oparłam swoją głowę na jego ramieniu.
- Ale ... Nadal jesteśmy przyjaciółmi? - spytał z przejęciem w głosie.
- Tak ... Ale teraz chodźmy spać, dziś pogrzeb. - powiedziałam i położyłam się nasuwając na siebie kołdrę. Poczułam jak brunet kładzie się za mną. Leżeliśmy przez chwilę, po paru minutach poczułam jego rękę na swojej talii, którą po kilku sekundach szybko odsunął.
- Bez przesady. - szepnęłam, na znak, ze jeszcze przytulić mnie może, ale robiłam to tylko dla przyjemnego ciepełka, które biło od niego na kilometr. Jego ręka ochoczo wróciła na mój brzuch. Jakoś nie mogłam zasnąć, nie byłam również pewna, czy Franio już śpi. Moje wątpliwości rozwiało ciche pochrapywanie dobiegające zza moich pleców. Sama zapadłam w sen. Jeszcze przez chwilę wydawało mi się, że na krześle, na przeciwko mojej twarzy siedzi Mikey i uśmiecha się do mnie blado.
*****
- Wstawać śpiochy! - usłyszałam głos Gerarda. potem poczułam już tylko silny ból w nodze. Ból był tak silny i nagły, że zerwałam się i usiadłam. Moje oczy natychmiastowo wyłapały xródło bólu.
- Gerard! Pojebało cię? - warknęłam w stronę ciemnowłosego chłopaka, który w samych bokserkach w groszki siedział mi na nodze. - Nie dość, ze narwany, to jeszcze ekshibicjonista. - stwierdziłam ze zrezygnowaniem i rozejrzałam się po pokoju. Pomimo, że okna były jeszcze zasłonięte pomieszczenie wydawało się być dość jasne.
- Ktoś sprzątał? - spytałam krzywiąc się.
- Tak. Ja! - krzyknął Gerard przerzucając się z mojej nogi na uda Franka.
- Boże, przecież on jest kompletnie pijany! - stwierdził Frankie, kiedy już zrzucił z siebie Gee i zdołał ogarnąć sytuację. - Trzeba z nim coś zrobić. - stwierdził.
- No, przydałoby się. - potwierdziłam kiwając głową. - Zajmij się nim, ja się muszę zacząć szykować. - powiedziałam zerkając na zegarek - Za dwie godziny musimy być gotowi! - poinformowałam i ruszyłam w stronę jak zwykle zajętej łazienki. Mój humor był tak podły, że nawet Bob, który jest mistrzem wkurwienia zszedł mi z drogi. Grzecznie zastukałam do drzwi.
- Kto? - usłyszałam przygnębiony głos Lindsey.
- Ja! Wchodzę! - ostrzegłam i wparowałam do łazienki trzaskając drzwiami.
- Gerard jest kompletnie pijany! - wrzasnęłam, a czarnowłosa poparzyła się w rękę prostownicą.
- Kurwa! - pisnęła i wsadziła rękę pod zimną wodę. - Wiem. Ale i tak musi jechać.
- Frank próbuje postawić go do pionu, ale czy mu się to uda ...
- Frank potrafi sprawić, że człowiek od razu trzeźwieje. Ma jakąś tam tajemną recepturę na kogel-mogel, czy coś ... - powiedziała wyciągając z szafki plaster. - Jak się czujesz? - spytała.
- A jak mam się czuć? Za dwie godziny pod nasz dom podjedzie czarna limuzyna, która zabierze nas na cmentarz, gdzie mojego kochanego Mikeya wsadzą do ziemi i zakopią. Wcześniej pojedziemy do jakiejś obskurnej sali balowej, gdzie będziemy mogli z nim pogadać i powsadzać mu do trumny różne rzeczy. Po pogrzebie pojedziemy świętować jego życie upijając się do upadłego. Jak myślisz, co w związku z tym czuję? - moja złość ustępowała miejsca smutkowi, w oczach stanęły mi łzy. Nagle usłyszałam dzwonek do drzwi.
- Otworzę! - wydarłam się na cały dom i pobiegłam na dół dobierając się do klamki. Otarłam łzy i wyjrzałam. Poza mną przed drzwiami nie było ani żywej duszy. Już miałam zamykać drzwi, kiedy zobaczyłam, że na wycieraczce leży gigantyczny bukiet kwiatów. Niepewnie go podniosłam i obejrzałam. Pod bukietem leżała jeszcze koperta, którą spostrzegłam dopiero po chwili. Schyliłam się po nią i zdezorientowana zamknęłam za sobą drzwi.
- Frank! - krzyknęłam lekko zszokowana. - Frank, kurwa, szybko! - krzyknęłam. Kiedy chłopak się zjawił rozdziawił usta. - Wstaw je do wody ... - powiedziałam podając mu gigantyczny bukiet. Nawet o nic nie spytał.
Sama zajęłam się otwieraniem listu, wyjęłam czerwoną kartkę z namalowanymi czarnymi różami.
"Na wstępie chcemy poinformować iż kościół, pod którym się wczoraj zebraliśmy spłonął, a przynajmniej jego brama. Jak się zapewne domyślacie ogień pożarł wszystkie znicze, kwiaty, oraz dedykacje. Stąd te kwiaty. Jest ich równo 38. 37, ponieważ tyle nas dokładnie było wczoraj pod kościołem, tylu nam uratowaliście życia. Jest jedna dodatkowa róża, ale o tym potem. Prosimy, aby bukiet ten został położony na grobie Mikeya, specjalnie od nas - Fanów, którym dopiero jego śmierć otworzyła oczy. W kopercie znajdują się jeszcze dwa liściki, prosimy, aby jeden z nich, adresowany do Mikeya wraz z tą dodatkową jedną różą znalazły się w miarę możliwości w trumnie naszego kochanego basisty. Jednocześnie zwracamy się z prośbą, aby nikt do nie czytał Drugi liścik adresowany jest do Alice, przeczytać go może tylko i wyłącznie ona. Przepraszamy za kłopot i jednocześnie dziękujemy za choćby przeczytanie tego listu.
Fani My Chemical Romance."
Kiedy przeczytałam list zaczęłam płakać. Oni ... Oni są naprawdę wspaniali. Otarłam oczy i wysunęłam z koperty dwie małe kartki. Jedną z napisem Mikey odłożyłam na bok, aby tak jak prosili, nie czytać jej. Po krótkim dojściu do siebie zabrałam się za czytanie listu do mnie.
" Alice, gdyby nie Ty zapewne wiele z nas już nigdy nie widziało szansy na lepsze jutro. Dziękujemy za to, że nie przeszłaś obok nas obojętnie, że co więcej porozmawiałaś z nami. Kościół ponoć został przez kogoś podpalony, ale jeszcze nic dokładnie nie wiemy. Jednak kiedy się dowiemy kto to zostanie on przez nas surowo potraktowany. Wiemy, że dziś jest pogrzeb Twojego ukochanego mężczyzny, oraz naszego ukochanego basisty zarazem. Prosimy, abyś wręczyła Mikeyowi kwiaty. Tylko tak możemy mu podziękować za wszystko co zrobił dla nas i dla zespołu. Za to kim był i za to jak nas traktował. Za to, że to właściwie dzięki niemu możemy śmiało powiedzieć 'Słuchamy My Chemical Romance'.
Natalie i reszta."
Nie zauważyłam nawet kiedy usiadłam na zimnych panelach. Nie zauważyłam kiedy zaczęłam płakać. Wszystko to było tak wspaniałe, tak niemożliwie wspaniałe. Nie mogłam powstrzymać łez.

7/22/2011

003. Singing songs that make you slit your wrists, It isn't that much fun

Szliśmy całą paczką - w siedem osób przez ulicę. Chłodny deszcz padał nam na twarze, samochody przejeżdżały bardzo rzadko. Gee trzymał Lindsey za rękę, Mikey obejmował mnie w pasie. Bob szedł przodem do nas, tak, że nie widział drogi. Ale mieliśmy ubaw kiedy wylądował tyłkiem prosto w kałuży. Szliśmy już po kilku piwach, znaczy my po kilku, a Gee i Frank po kilkunastu. Zabawa była przednia, do czasu. Franky powiedział coś co wywołało salwę śmiechu, śmiałam się i ja, swoim zwyczajem ukrywając całą twarz w dłoniach, przez co przez chwilę nikogo nie widziałam. Kiedy tak śmiałam się nagle wszystko ucichło. Powoli zdjęłam dłonie z twarzy. Naokoło było zupełnie ciemno. Samochody nie jeździły, latarnie się nie paliły, w budynkach światła były kompletnie wygaszone, nawet księżyc i gwiazdy zniknęły gdzieś za chmurami. Nagle z dnia zrobiła się noc. Ciemna, przerażająca noc. Rozejrzałam się, chłopaków nigdzie nie było, Lyn-Z też zniknęła. I nagle zobaczyłam bardzo nie wyraźną postać idącą w moim kierunku. Mikey! Kiedy podszedł, przytulił mnie i szepnął "żegnaj". W tym momencie jakaś zakapturzona postać pojawiła się znikąd i szarpnęła Mikeya za kaptur. Było tak strasznie ciemno ... Mikey upadł na ziemię, postać niewiele myśląc zaczęła ciąć jego ciało czymś ostrym. Krew była wszędzie. Chciałam się ruszyć, powiedzieć coś, odepchnąć napastnika, krzyknąć, ale nie mogłam. Stałam w ciszy, w bezruchu. Z oddali ktoś coś mówił, krzyczał. Gdybym chociaż mogła odpowiedzieć. Mikey też ucichł. Widziałam jego wiotkie, martwe ciało leżące w gigantycznej kałuży krwi, która ciurkiem spływała wzdłuż chodnika. Płynęła powoli w moją stronę. Chciałam pomóc Mikeyowi, ale nie mogłam, nie mogłam go nawet dotknąć. Poczułam wilgoć w butach, wiedziałam, że to krew, która dopłynęła do mnie. Nadal słyszałam to odległe wołanie. Ktoś krzyczał moje imię, ale ja nic nie mogłam zrobić. W końcu nawet to wołanie ucichło, postać zniknęła. Zostałam sama, bezradna. Nadal nie mogłam podejść co ukochanego. I w tym momencie przestałam czuć cokolwiek innego, tylko ból w gardle. Czułam jak krew wylewająca się z mojej tętnicy powoli spływa po ramieniu, po dekoldzie. Upadłam na kolana. Znowu ... Znów umierałam samotnie ...
*****
Obudziłam się cała zalana potem. Słońce, które wpadało do pokoju przez okna ogrzewało moją twarz. Odwróciłam się na drugi bok, alby móc otworzyć oczy i wtedy to poczułam. Ból. Jakby w moją rękę wbijano małe sztyleciki. I w tym momencie przypomniałam sobie urywki z poprzedniego dnia.
Zbite lustro.
Dobijanie się do drzwi.
Krew.
Dużo krwi.
Śmiech. Chyba mój.
Ból.
Krzyk.
Smród zmieszanych perfum.
Mnóstwo szkła.
Znów ból.
Jeszcze więcej krwi.
Jakoś nie mogłam tych wspomnień poukładać, wystarczająco przeszkadzał mi w tym opatrunek, pod którym pulsowało moje przedramię. Miałam ochotę zawyć z bólu. Już prawie to zrobiłam, gdy spostrzegłam, że nie jestem sama w pokoju. To była wystarczająca wymówka, aby otworzyć oczy. Powoli uniosłam powieki. Światło dzienne nie służyło moim oczom. Odzwyczaiłam się od jasności, a ta, która opanowała pomieszczenie była wyjątkowo rażąca.
- Obudziła się! - Usłyszałam głos Franka. Teraz, kiedy byłam pewna kto znajduje się w pokoju mogłam z powrotem zamknąć oczy.
- Zasłońcie, kurwa okna! - Syknęłam. Usłyszałam opuszczanie rolet. Pomieszczenie nabrało odcień bordo. Znajdowałam się w pokoju wspólnym. Po zapachu mebla, na którym leżałam wydedukowałam iż spoczywam na łóżku Franka. Samarytanin się kurwa znalazł i mi łóżka użyczył ... W sumie to byłam mu wdzięczna, ale ból zawsze sprawiał, że stawałam się wściekła.
- Jak się czujesz kochana? - Usłyszałam głos Lyn-Z. Miała bardzo łagodną barwę głosu, jak zwykle gdy była przygnębiona.
- Dobrze. Gdzie jest ... - Nie dokończyłam, bo krwawe wspomnienie z soboty wróciło. - No tak ... - Moje oczy zebrały się łzami. W towarzystwie przeszywającego bólu obróciłam się z powrotem tyłem do wszystkich, którzy byli w pokoju. Nienawidziłam, kiedy ktoś widział jak płaczę. Poczułam wstyd za to, że w ogóle musieli mnie widzieć w takim stanie. Trzęsłam się. Nie z powodu zimna, czy bólu, z powodu płaczu, którego jakoś nie mogłam powstrzymać.
- Zostawimy was samych. Postaraj się ją uspokoić. - Powiedział szeptem Gerard. Poczułam jak ktoś powoli kładzie się obok mnie.
- Zakładam, że bardzo boli. - Usłyszałam za sobą delikatny, męski głos.
- Frank? A ty mi się czemu wpierdalasz do łóżka? - Potraktowałam go chłodno, próbując ukryć, że ucieszyłam się z jego obecności.
-Ojojoj, przestań już zgrywać taką zbuntowaną. - Powiedział mi do ucha. - Ta strata boli nas wszystkich, ale to nie powód, aby odbierać sobie życie. - Dodał smutniejszym tonem.
- Jutro pogrzeb ... Musimy się przygotować. - Powiedziałam patrząc na kwiat na firance.
- Ja ... Nie jestem pewien czy powinnaś ..
- Chcesz powiedzieć, że mam nie jechać? - Krzyknęłam podrywając się do pozycji siedzącej.
- Ja nic takiego nie mówiłem, tylko ...
- Tylko co ? - Warknęłam zaciskając zęby. Ten człowiek tak łatwo wyprowadzał mnie z równowagi. Czasem na prawdę dostawałam przy nim szału.
- Tylko twoje ręce. Tam będzie mnóstwo reporterów, flesze, fanki ...
- Mam ich w dupie, jadę na pogrzeb, a nie na czerwony dywan. - Powiedziałam, po czym z powodu ostrego bólu wróciłam do leżenia. Tym razem twarzą do Franka. - Niech mi tylko któryś zrobi zdjęcie to pożałuje i pożegna się z posiadaniem dzieci w przyszłości!
- Auć. - Pisnął delikatnie Frank zwijając się lekko. Może i był wkurzający, ale tak łatwo doprowadzał mnie do śmiechu. Czasem, przy nim i tylko przy nim zapominałam o wypadku. I o bólu. Tak na prawdę chyba go lubiłam.
- Nie wygłu ... - Przerwała mi Lyn-Z, która wpadła do pokoju z naprawdę wystraszoną miną.
- Ge .. Gerard .. On .. Z .. Zniknął ! - Wyjąkała w salwie płaczu.
- Frank, zajmij się ją. - Szepnęłam i nie zważając na ból zerwałam się z miejsca. Porwałam z krzesła swoje spodnie i naciągnęłam je na tyłek. - Chyba wiem gdzie on może być. - W tym momencie Lindsey dziwnie się na mnie spojrzała. Zapięłam klamrę od paska i objęłam ją.
- Nie martw się. Założę się, że jest cały i zdrowy. - Szepnęłam jej do ucha. Po czym znacząco zerknęłam na Frankiego, który podszedł do czarnowłosej i delikatnie łapiąc jej rękę podprowadził ją na łóżko. Dziewczyna usiadła na rogu mebla, Frank kucnął przed nią. Nie miałam czasu na przyglądaniu się dłużej tej scenie, wiedziałam co stanie się, jeśli szybko nie znajdę Gerarda.
*****
Szłam przez alejkę w parku, to było pierwsze miejsce, które przyszło mi do głowy. Zawsze chodziliśmy tu w trójkę, zanim jeszcze Gee poznał Lindsey. Rozglądałam się na boki, usłyszałam odległe skrzypienie huśtawki. Zaczęłam biec przed siebie, nagle zarwała się chmura zalewając moją twarz zimnymi kroplami deszczu. Z daleka usłyszałam jak ktoś przeklina deszcz.  Uśmiechnęłam się pod nosem. Biegłam jeszcze szybciej. Wiatr delikatnie owiewał moją buzię, wiał prosto na mnie sprawiając, że deszcz ostro skręcił i teraz spadał prosto na moje oczy, sprawiając, że widoczność otoczenia miałam bliską zeru, jednak dobrze wiedziałam gdzie się kierować. Moje trampki przemokły do suchej nitki, tak samo z resztą jak reszta ubioru. Mokre włosy oblepiały moją twarz. Przyspieszyłam, teraz biegłam z prędkością jakiej od dawna nie mogłam osiągnąć podczas porannych joggingów, które ostatnimi czasy zupełnie sobie odpuściłam, z wiadomych przyczyn. Teraz najważniejsze było dotarcie w odpowiednie miejsce na czas. Miałam nadzieję, że nie jest jeszcze za późno. Skręciłam w boczną uliczkę i znalazłam się na małym placu. Na huśtawce, pośród dudniących w metal kropli deszczu siedział chłopak. Przez chwilę nie byłam pewna czy to Gerard. Spostrzegłam, że ma na sobie bluzę, taką jaką ma ... miał Mikey. W tedy miałam pewność, że to nasza zguba. Zrobiłam dwa kroki do przodu. Gee miał głowę spuszczoną do dołu, patrzył na białe opakowanie. Tabletki. Obok niego, na ziemi stała puszka z piwem. Kurcze, wiedziałam, że będzie w to dalej brnął, musiałam szybko zareagować, bo by się zatruł.
- The amount of pills I'm taking counteracts the booze I'm drinking? - Zacytowałam pytającym tonem. To był fragment ich piosenki. Chłopak tylko spojrzał na mnie smutno, otworzył pudełeczko z napisem Xanax i wsypał jego zawartość do puszki z piwem.
- Kończę z tym. Dla Mikeya. - Powiedział zdecydowanie. - Nie chciał abym brał i pił, nie chciał żebym się uzależnił, żebym się truł tym gównem.
Uśmiechnęłam się pod nosem, zrobiło mi się lżej na sercu. Wiedziałam, że Mikey nas obserwuje, czułam jego obecność. A może tylko mi się zdawało ...
- Wiesz, czasem mam wrażenie, że Mikey nas wszystkich obserwuje, że ... że jest z nami. Czasem go widzę i wtedy zaczynam się czuć bezpieczniej, zupełnie jakby ze mną był. - Powiedziałam cicho i usiadłam na huśtawce obok Gerarda. Spojrzał się na mnie swoimi smutnymi, świdrującymi oczami. Jego wyraz twarzy momentalnie się zmienił, źrenice mu się powiększyły. Poderwał się z miejsca i wyciągnął rękę w moją stronę w geście mówiącym "Chodź, a coś Ci pokażę".
- No, chodź, na co czekasz? - Spytał i szarmancko się uśmiechnął.
Poszłam za chłopakiem. Chwilę to trwało, nawet nie spostrzegłam kiedy przestało padać.
- Jesteśmy na miejscu, jeszcze tylko kilka kroków. - powiedział poważnie. Nie miałam pojęcia o co tym razem mu chodziło i po co przyprowadził mnie pod kościół. Widok który zastałam przy frontowej bramie zmroził mnie wręcz do szpiku kości. Co najmniej kilkadziesiąt nastolatek i nastolatków w deszczu, na mrozie. Setka, lub więcej zniczy i ciągle ich przybywało. Z czyjegoś telefonu sączyło się The Ghost Of You. Większość dzieciaków płakała. Mnie też się łza w oku zakręciła. Powoli podeszłam do tłumu.
- Witajcie. - powiedziałam już płacząc. Oni spojrzeli na mnie smutnymi, wypłakanymi oczyma.
- Co .. Co teraz będzie z My Chem? - spytała jakaś dziewczyna z tłumu, jej głos łamał się.
- Proszę dziewczynę, która się o to zapytała, aby do mnie podeszła. Śmiało. - powiedziałam krzepiąco.
Z tłumu wyłoniła się różowowłosa dziewczyna, miała co najwyżej szesnaście lat. Jej głowa spuszczona była do dołu, a zaszklone oczy zwrócone w moją stronę, w ręce trzymała znicz i czerwoną różę. Przywołałam ją prostym gestem ręki i przytuliłam do siebie najmocniej jak potrafiłam. Powoli wzięłam z jej rąk oba symbole.
- Mikey, pamiętaj o nich tak jak i oni pamiętają o tobie. - szepnęłam przez łzy i położyłam oba przedmioty przy wielkim krzyżu.
- Jak masz na imię? - zwróciłam się do dziewczyny.
- Natalie. - szepnęła.
- Natalie. Bardzo ładnie. - powiedziałam ocierając łzy z jej policzków. - Pytałaś co teraz będzie z zespołem. My Chemical Romance się nie rozpadnie. Tą grupę ... - kiwnęłam głową do Gerarda, który trzymał się na uboczu, na znak, żeby przyszedł. - Tą grupę tworzyli nie tylko chłopcy, ale też wy wszyscy. Każdy z osobna dawał Chemicznym cząstkę siebie, byliście im ... nam wierni nawet w najgorszych dla zespołu momentach. MCR nie zginie, dopóki wszyscy będziecie o nich pamiętać, dopóki będzie pamiętała choćby jedna osoba.
- Będziemy pamiętać! - krzyknął jakiś chłopak i wyszedł na przód.
- I proszę, tego się trzymajcie. Zawsze, choćby nie wiem jak źle było mieliśmy pewność, że nie jesteśmy sami. Że zawsze możemy liczyć na wasze wsparcie. Mamy nadzieję, że również teraz, kiedy My Chem najprawdopodobniej już nie powstanie z popiołów jesteście z nami. - powiedział Gerard i nawet jemu samemu łza spłynęła po policzku.
- Jesteśmy, byliśmy i będziemy. - powiedziała Natalie po czym się uśmiechnęła. Nieśmiało i blado, ale zawsze.
- Mam do was jedną prośbę. Idźcie do domów, nie marznijcie tu. Idźcie do domów i nigdy nie zapominajcie, że macie w nas, naszych piosenkach wsparcie. Zawsze i wszędzie. A jeśli ktoś będzie chciał o tym porozmawiać na spokojnie, na osobności zawsze macie nas do dyspozycji. Wystarczy się z nami w jakikolwiek sposób porozumieć. - dodał Gerard kompletnie się rozklejając. Nigdy go jeszcze nie widziałam w takim stanie. Jakaś drobna osóbka z tłumu podeszła do niego i po prostu się do niego przytuliła.
- Nie płacz, twój brat by tego nie chciał. - powiedziała wtulając się w jego koszulkę. Normalnie każda z nich by o tym marzyła, wiele z nich nigdy nie widziało Gee na żywo, jednak teraz zachowywali się zupełnie inaczej niż na koncertach, czy na ulicy. Nie krzyczeli z radości, nie prosili o autografy. Widać, że dla nich wszystkich, tutaj zebranych to była prawdziwa tragedia. Mój wzrok przykuła jedna rzecz. Na rękach wielu z nich widniały czerwone sznyty. Taki widok był poważnie przerażający, jednak ja sama nie byłam lepsza. Musiałam coś z tym zrobić. Natalie już dawno wbiegła w tłum. Ja podeszłam do Gerarda.
- Spójrz na ich nadgarstki. - szepnęłam mu do ucha.
- Tak nie może być! - krzyknął. - Proszę teraz, natychmiast wszystkich, którzy teraz, bądź kiedykolwiek się cięli o podejście tu. - co najmniej trzy czwarte tłumu wystąpiło na przód. Sami byli wyraźnie zdziwieni, ze jest ich aż tyle.
- Popatrzcie. - powiedziałam ściągając swoją bluzę, oraz odwijając bandaże. Moje ręce były całe czerwone. W ranach. Niektóre z nich nawet nie zaczęły się goić. - Tak chcecie skończyć? Nie ma sensu. - zapewniłam. - To naprawdę nie pomaga. Jest .. Jeszcze gorzej. - powiedziałam, a moim oczom ukazał się niemożliwy widok. Jedna z dziewczyn wyjęła z kiszeni żyletkę i rzuciła ją na ziemię przed tłumem. Po niej coraz więcej osób wyrzucało brzytwy, scyzoryki, żyletki, cyrkle oraz inne ostra rzeczy. Poczułam na sobie surowy wzrok Gerarda. Wiedziałam o co mu chodzi. Kiedy już wszyscy pozbyli się swoich "przyrządów" ja sama, na oczach tych wszystkich fanów wyjęłam z kieszeni bluzy żyletkę.
- Nigdy więcej. - powiedziałam głośno.
- Nigdy więcej! - zawtórował mi tłum. To było niemożliwe. Tyle osób, przy swoim własnym idolu, przez wielu pożądanym, ujawniło swoje wady i tajemnice. Nagle jedna osoba zaczęła bezwiednie śpiewać Helenę. Potem następna i jeszcze jedna. Po kilku sekundach już wszyscy, przez łzy śpiewali, ile sił w płucach. Przyszedł jakiś chłopak z gitarą i zaczął grać. Do nastolatków przyłączył się Gerard. Oni chyba naprawdę kochali tan zespół. Ten zespół uratował ich życia.

7/03/2011

002. Tell me I’m an angel, take this to my grave.

Biały obłoczek pary unosił się nad białym kubkiem ze Starbucksa. Po raz pierwszy od kilku lat czułam obrzydzenie do ciemnego płynu, który znajdował się w środku, moje uzależnienie zdawało się zanikać, to mnie wcale nie cieszyło, bo kawa była aktualnie jedyną rzeczą, która mogła przejść przez moje gardło. Siedzieliśmy w milczeniu w małej kuchni, każdy nad swoją porcją espresso, ale jakoś nikomu nie spieszyło się, aby zaczerpnąć łyka ciepłego napoju. Jedyną osobą, która z naszej czwórki zachowywała resztki spokoju był Ray. To on wyszedł, aby kupić jedzenie i picie na następny tydzień. Poszedł, mimo iż wiedział, że nikt w domu specjalnie nie miał apetytu. Z wyjątkiem Franka, który na codzień jadł za czterech, teraz jadł za całą naszą szóstkę. Tak, szóstkę. W domu mieszkałam ja, Gerard, Frank, Ray, Bob oraz ukochana Gerrego - Lyn-Z, którą z wzajemnością uwielbiałam. Czasem wpadała Rebecca, moja najlepsza przyjaciółka. Ona wiedziała jak mnie pocieszyć. Po prostu przychodziła i siedziała ze mną cały dzień, ja się jej wyżalałam, a ona słuchała. Była na prawdę świetnym słuchaczem. Odkąd Mikeya nie było z nami i nie potrafiłam spać w naszym wspólnym pokoju przenosiłam się do chłopaków, do dużego pokoju, w którym spali wszyscy. Ja i Mikey byliśmy do niedawna jedyną parą w domu, jakiś miesiąc temu Gee zakochał się na zabój. Lindsey wprowadziła się do nas, ale spała w jednym łóżku z Gerrym, więc nie było problemu. Jedna osoba więcej nie robiła nam różnicy. Teraz mam wrażenie, że gdyby nie ona, Gerard zwariowałby. Gdy przeniosłam się do wspólnego pokoju musiałam wybrać z kim chcę spać. Wybrałam Franka, który po mimo jednej chwili słabości strasznie się o mnie martwił. Odkąd uświadomił sobie, że nie miałam nic wspólnego ze śmiercią Mikeya stał się wobec mnie strasznie opiekuńczy. Kiedy jednej nocy płakałam, on po przyjacielsku mnie do siebie przytulił. Wiedział jak strasznie mnie to boli.
- Słuchajcie, nie możemy tak siedzieć bezczynnie! - Powiedział ktoś z drugiego końca pokoju. To był głos Ray`a, który od tych czterech dni nic nie robił, tylko się nami opiekował i brzdąkał na gitarze. - Musimy żegnać go milczeniem? Przecież na pewno chciałby, abyśmy zrobili afterparty po jego życiu.
- Zamknął byś się wreszcie. - Rzucił Frank wściekłym głosem i cisnął w Raya talerzem. Na szczęście nie trafił.
- Frank! Porąbało cię? - Wrzasnęła Lyn-Z.
- Inaczej się go nie uciszy! Nie będzie mi tu skurwiel teraz o jakichś imprezach pierdolił! Czy on nie widzi co my wszyscy przeżywamy ? - Skomentował Franky.
- Ray ma rację. - Dodał Gerard, który od tych czterech dni milczał. Czasami odezwał się słowami "Cześć wszystkim", "Gdzie jest kurwa kawa", "Nie jestem głodny" i "Spierdalaj". To ostatnie zauważyć się dało najczęściej. Od śmierci Mikeya był strasznie drażliwy. Jak zresztą każde z nas. Docierało do niego tylko to co mówiła Lindsey i to nie zawsze.
- Bo Mikey zawsze mówił, że jakby umarł, to chce, żebyśmy się cieszyli, że w ogóle żył. - Powiedział Ray omijając kawałki potłuczonego szkła z talerza i podchodząc do stolika. Co do tego nie miałam zdania, wkurzali mnie takim gadaniem. Poczułam silną chęć odizolowania się od nich, musiałam pobyć chwilę sama. Pewnym, szybkim ruchem odsunęłam się razem z krzesłem od stołu, wstałam i pobiegłam na górę. Odruchowo skierowałam się w stronę naszego ... mojego pokoju. Weszłam do środka i zamarłam.
*****
Ale .. jak to? Nie. Nie rozumiem. - Mówiłam przez łzy, moje serce waliło jak oszalałe. Nic z tego nie rozumiałam. Jak to w ogóle było możliwe, wszystko co dotychczas wiedziałam na Te tematy uległo zmianie.
- Mam powtórzyć? - Spytał.
- Gdybyś był tak łaskaw. - Odparłam. Nie miałam pojęcia jak nazwać uczucie, które mną targało. To było połączenie strachu, radości i czegoś, co w niesamowity sposób wypełniało pustkę.
- Widzisz, jestem ucieleśnieniem mojej duszy, czyli taką jakby skorupą zamkniętą na czymś w rodzaju ducha. Teraz, kiedy stałem się Tym nie mam prawa cię kochać ani nawet lubić, masz mi być obojętna. Zostałem wyznaczony, po długim namawianiu na to Góry, aby cię chronić. Jestem czymś w rodzaju twojego anioła stróża. Tylko jest mały problem, ty Alice nie jesteś mi obojętna, ja po prostu nie potrafię cię nie kochać. Gdybym jednak nie był Tym nie mogłabyś mnie zobaczyć, widziałby mnie tylko Gerard, jako moja rodzina. Teraz widzicie mnie oboje i tylko wy. Nikt inny nie może się o mnie dowiedzieć.
- Czyli ... Nie możesz mnie kochać ... Co by było gdyby ktoś się dowiedział, że kochasz? - Patrzyłam z niedowierzaniem na Mikeya. Siedział na skraju naszego łóżka z rękami między kolanami.
- Nie mam pojęcia. Na prawdę nie wiem. Mam prawo przebywać z tobą, jako moją podopieczną dwadzieścia cztery godziny na dobę.
Rozryczałam się na dobre. Wolałabym, żeby go w ogóle nie było, żebym wiedziała, lub myślała, że go nie ma. Przytulił mnie.
- Cichutko. Wszystko będzie jak dawniej. - Wyszeptał.
- Nic nie będzie jak dawniej! Nic rozumiesz? - Krzyknęłam i odepchnęłam go. Przez łzy widziałam jak upada na łóżko. Wybiegłam z pokoju w kierunku łazienki, zamknęłam się w niej i spojrzałam w lustro.
- Nienawidzę cię szmato! To przez ciebie nie będzie jak dawniej. - Powiedziałam. Gniew wylewał się z moich oczu wraz ze łzami. - Przez ciebie! - Wrzasnęłam i uderzyłam swoje lustrzane odbicie pięścią. Lustro pękło, kilka fragmentów rozsypało się po umywalce, reszta stworzyła coś na kształt pajęczyny. Z mojej ręki leciała krew, nie przejęłam się tym. Znów spojrzałam na swoje odbicie. Było straszne.
- Alice, otwórz drzwi! - Usłyszałam głos Gerarda. Najwyraźniej dźwięk tłuczonego lustra musiał dotrzeć aż do kuchni.
- Spierdalaj! - Krzyknęłam i jeszcze raz walnęłam w lustro. Kilka kawałków szkła wbiło mi się w pięść. Serce waliło mi coraz szybciej, jakby chciało się wyrwać z mojej piersi. Dosłownie wyrywałam fragmenty lustra z ręki. Bolało jak cholera, ale tego mi było trzeba. Ból fizyczny zagłuszał cierpienie psychiki.
- Otwórz te pieprzone drzwi! Natychmiast! - Wrzeszczał Gee. Szarpał za klamkę i walił w drzwi.
- Spierdalajcie powiedziałam! Mnie już nic nie pomoże! Jemu też nie zwrócicie życia! Nie mogę być z Mikeyem tu, będę po drugiej stronie! - Upadłam na kolana i skuliłam się opierając głową o wannę. Gerard dalej uparcie kopał w drzwi.
- Otwórz kurrwa! - Nie wiem czemu roześmiałam się. To był śmiech szaleństwa, które mnie ogarnęło. Podniosłam z podłogi kawałek szkła. Nie zastanawiając się przejechałam ostrą krawędzią w poprzek nadgarstka. Nadal śmiałam się. Krew płynęła swobodnie po mojej ręce. Zlizałam ją. Ten smak, ten zapach. To przywlokło do mojej głowy wspomnienia z wypadku. Cięłam dalej najpierw tylko w poprzek potem jak popadnie. Moja ręka była cała we krwi, cała pocięta, tak głęboko ... A ja nadal śmiałam się jak opętana i płakałam. Strach, który mnie przepełniał był okropny. W głowie ciągle słyszałam ten rozdzierający pisk opon, widziałam jego twarz.
-Wiecie, a on u mnie był! - Krzyknęłam z rozpaczą w głosie. - I powiedział, że się mną zaopiekuje! Ale nie może mnie kochać! - Mój głos brzmiał jak głosik siedmioletniej dziewczynki. Patrzyłam na mój nadgarstek i zakrwawiony kawałek szkła. Nagle wszystko zaczęło robić się tak strasznie odległe. Słyszałam Gerarda i całą resztę jakby zza szklanej ściany. Ogarnęło mnie szaleństwo. Zaczęłam rzucać się po całej łazience. Zrzucałam rzeczy z półek depcząc po odłamkach szkła. Wszędzie zostawiałam krwawe ślady moich palców. Nie patrzyłam co kopię i co zrzucam. Temu wszystkiemu towarzyszył odgłos tłuczenia buteleczek z perfumami i innymi pachnidłami, ich smród ... Walenie w drzwi, czyiś krzyk ... A może to ja krzyczałam? Sama nie wiem. Wszystko przed moimi oczami zaczęło się rozmazywać. Ostatkami sił położyłam się na podłodze. Pulsujący ból w całej ręce. Zapach męskich i damskich perfum wśród których leżałam. Pocięty nadgarstek leżał w plamie z czegoś, co sprawiało, że rany szczypały mocniej. Teraz było mi już wszystko jedno. Ważne aby znaleźć się tam gdzie on, tam, gdzie nikt nie zabroni nam być ze sobą.
- I co kurwa, gdzie jesteś mój aniele stróżu? Mikey, gdzie się podziałeś, skurwielu! Gdzie ... ? - Na przemian krzyczałam i szeptałam. Wszystko dookoła przytłaczało mnie coraz bardziej, bałam się. I jeszcze ten ból ... Słyszałam i widziałam coraz mniej. Nie miałam siły aby się odezwać. Odpłynęłam.

7/02/2011

001. I will not kiss you, cuz the hardest part of this is leaving you .

- Od razu wiedziałam, że tak będzie! - Krzyknęłam na Mikeya, staliśmy obok kawiarni, którą przed chwilą opuściliśmy, nie chcieliśmy robić zamieszania. Moje serce ogarniała niesamowita pustka, słowa więzły mi w gardle.
- Skoro wiedziałaś, to po co w ogóle to zaczynaliśmy. Nie mogłaś po prostu wstać i odejść? - Powiedział cicho patrząc na swoje wytarte trampki. Czy on nie rozumiał, że nie dało się tak po prostu odejść i zostawić go na pastwę tych jego cholernych fanek? Zwróciłam wzrok ku jego twarzy, wcześniej nie odważyłam się tego zrobić, za bardzo bałam się tego co zobaczę. Nie wiedziałam jaki miał wyraz twarzy, aż do momentu w którym nie spojrzałam na niego. Słońce delikatnie odbijało się od jego okularów, włosy miał rozmierzwione przez wiosenny wiatr, jego mina .. nie wiedziałam jak ją rozszyfrować, cztery lata studiowałam psychologię, umiem rozpoznać gdy ktoś kłamie i mówi prawdę, gdy ktoś jest smutny, przygnębiony, rozweselony, usatysfakcjonowany, a po Mikey`u nie poznałam ani jednego uczucia, ani jednego, kurwa!
- To nie jest takie proste jak ci się wydaje. - Wyszeptałam z nadzieją, że na mnie spojrzy, a on nic, nadal gapił się na te swoje cholerne trampki.
- Nie?
- Naprawdę, nie. Bo jak cię spotkałam, nie wiedziałam kim jesteś, o My Chemical Romance słyszałam może ze trzy razy, myślałam, że jesteś zwykłym chłopakiem.
- Jestem zwykłym chłopakiem, ja po prostu gram na basie, nie tyle dla sławy, co dla przyjemności.
- Byłbyś zwykły, gdyby nie te trasy koncertowe, jeżdżenie z miasta do miasta, z kraju do kraju, spanie w hotelach, fanki, w twoim świecie nie ma miejsca dla mnie. Widzę to, widziałam od początku. Jak nie koncertowaliście, to mieliście próby, jak nie próby, to podróże, jak nie podróżowaliście, to odsypialiście po imprezach. Kiedy nie byliście w trasie, to pisaliście piosenki, albo pracowaliście nad płytami. Gdzie w tym schemacie jest miejsce dla mnie, ale nie tej zwariowanej, pozytywnie zakręconej All, tylko dla Alice, prawdziwej mnie. Pomyśl nad tym ...
- Alice, czy to już koniec? - Spytał cicho. Głos mu się łamał, czułam coś niewyobrażalnego, niewyobrażalnie niszczącego. Zabijającego każdą cząstkę ciała, zaczynając od serca. To nie możliwe, aby rok takiej miłości przepadł bezpowrotnie, wszystko przez te napalone fanki. Gówniary myślące, że mogą wszystko, tylko ... on się nie powstrzymywał, nie próbował tego przerwać.
- Ty jej nawet nie znałeś! I pytasz się, czy to koniec? - Mówiłam coraz ciszej, czułam, że łzy napływają mi do oczu.
- Ja nawet nie wiedziałem co się dzieje. Byłem pijany ... - Próbował się tłumaczyć, to denerwowało mnie jeszcze bardziej.
- Byłeś pijany i co? Pomyliłeś sobie szesnastolatkę ze mną? Tak? Może wymyśl coś mąd ... - Mikey zamknął moje usta czułym pocałunkiem.
- Dobrze, niech i tak będzie. - Mówił trzymając moją twarz w dłoniach. - Tylko wiesz cokolwiek by się nie działo ...
- Dzwoń. - Dokończyłam i popłakałam się. Zawsze powtarzał mi to zdanie. Wiedziałam, że mogę na niego liczyć, czułam, że w nim mam oparcie, ale te uczucia odeszły. Wszystko co wiązało się Mikeyem ulotniło się. Zupełnie jakby odleciały wraz z jego pocałunkiem.
- Nie płacz. - Przytulił mnie mocno. - Znajdziesz sobie kogoś innego. Kogoś normalnego. - Wyszeptał, odwrócił się na pięcie i czekał aż kaskada samochodów przejedzie. Widziałam go przez łzy, wiedziałam, że też płakał. Miałam nadzieję, że jeszcze się to wszystko naprawi, że zadzwonię do niego i oboje się przeprosimy, że będzie jak dawniej. Coś w głowie mówiło mi "Zatrzymaj go, kurwa! Możesz go stracić na zawsze!" z drugiej jednak było "Nie narzucaj mu się, zdradził cię i to jeszcze z fanką, na oczach wszystkich!" Nie wiem czemu, ale posłuchałam tego drugiego. Odwróciłam się powoli i odeszłam.
Za sobą usłyszałam przeraźliwy pisk opon, głuche, jakby odległe uderzenie. Coś zakuło mnie w sercu, bałam się odwrócić. Bałam się tego, co zobaczę. Wiedziałam co się stało. Poczułam silny zapach krwi, to mnie zabolało.Całe ciało uderzyła fala gorąca, zakręciło mi się w głowie. Nim opanowałam się klęczałam już nad ciałem ukochanego, łzy płynęły obficie po moich policzkach, kończyny miałam niczym z rozmokłej waty, serce wyrywało się z mojej piersi, aby ukryć się obok serca Mikeya. I ... I razem z nim umrzeć. Często czułam w sobie pustkę, ale teraz ... To nie była pustka, bo pustkę można czymś wypełnić. To była strata. Rozszarpująca ciało, duszę i serce. Moje łzy kapały jedna po drugiej na pierś Mikeya, wszystko dookoła wydało mi się być tak odległe. Widziałam jak ciężko unosił klatkę piersiową w próbach złapania pełnego oddechu, coś mówił, szeptał, abym go pocałowała, jednak to wszystko ... Nie potrafiłam. Przytuliłam go jak najmocniej do swojej piersi.
- Nie pocałuję cię, bo ... to by oznaczało, że się rozstaniemy. Ja ... Ja na to nie pozwolę. - Szepnęłam i spojrzałam na niego. W okolice czoła powbijane miał kawałki szkła z przedniej szyby kabrioletu, twarz jego była obdrapana i cała we krwi, ten widok spowodował kolejną, mocniejszą falę gorąca. To uderzenie spowodowało, że sama opadłam z sił przytulając się do jego zakrwawionego torsu.
*****
Z poprzedniego dnia pamiętałam tylko kłótnię i pisk opon, przeraźliwy i przeszywający, niosący ze sobą to wszystko, czego obawiamy się każdego dnia. Ludzie ponoć są stworzeni aby umierać, bo życie, to początek. Początek "przygody", która trwa wiecznie, jednak na tę "przygodę" trzeba sobie zasłużyć. Nigdy nie zastanawiałam się czy ja sobie na nią zasłużyłam i co się dzieje, jeśli nie. Przez całe życie wiodłam się mottem "Żyj szybko, zgiń młodo", bo nie wiedziałam co oznacza śmierć. Znaczy, wiedziałam w teorii, ale to co czuje człowiek na łożu śmierci było mi zupełnie obce, jak chyba każdemu. Mnie to było obce, do czasu ..
Zawsze czekałam na moment adrenaliny, niespodziewany skok emocji, lekki szok, ale spowodowany raczej czymś błahym, czymś o czym umysł nie zapomni na długo, ale po jakimś, dłuższym lub krótszym czasie puści w niepamięć, jednak nie chodziło o wszystko na raz i nie o "na zawsze".
*****
- A jak myślisz Frank, co ona czuje? To nie jej wina! - Krzyczał Gerard błagalnym tonem do chłopaka, który lewą dłonią trzymał dekold koszulki należącej do Mikeya, którą miałam na sobie, podciągając mi ją pod nos, tak, że wisiałam kilkanaście centymetrów nad ziemią, przyparta do ściany. W prawej ręce miał nóż kuchenny, którego ostrze wycelowane było prosto w moje oko.
- Co, podobało ci się kiedy na twoich oczach umierał, co kurwo? Odpowiedz! - Darł się. Po jego policzkach spływały łzy. Po moich też. Bałam się tego, co mogło się stać
- Franky, ona przecież nic nie zrobiła! Uspokuj się! - Mówił Gerard, bezskutecznie próbując powstrzymać czarnowłosego od zranienia mnie.
- Zamknij się Gee! - Krzyknął Iero zamachując się tak, że czubek noża przejechał po policzku Waya. Polała się krew. Frank zszokowany tym, co zrobił przyjacielowi puścił mnie. Upadłam na zimną podłogę kuchenną uderzając po drodze głową o szafę, jednak żaden ból nie był w stanie sprawić iż zapomniałabym. Za trzy dni miał odbyć się pogrzeb Mikeya. Mojego ukochanego, który zginął w wypadku. Media huczały spekulując co działo się na miejscu zdarzenia, to mnie bolało. Zamiast przejmować się tym, że tak wspaniały człowiek nie żyje oni woleli rozmyślać nad tym jak zginął! No chyba kurwa wiadomo, że potrąciła co błękitna Corvetta, podobna do pojazdu Gerarda. Czy to aż tak trudno zrozumieć? Nic innego się przecież nie działo.
Usłyszałam brzęk stali upadającej na kafelki tuż przed moją twarzą, tak blisko, że wylądowało na moich rozlanych po podłodze włosach. Nadal czułam tępy ból w skroni, którą uderzyłam o kant szafki. Przetarłam to miejsce, poczułam wilgoć na opuszkach palców. Krew.
Podczas gdy Gee uspokajał szlochającego Franka, którego głowa ukryta była w jego ramionach ja poszłam do łazienki. Kolana uginały się pode mną, całe ciało miałam obolałe, w każdej tkance czułam ból do którego przez dwa dni zdążyłam się przyzwyczaić, ból po stracie. Weszłam do oświetlonej jasno łazienki, jarzeniówki oślepiały mnie. Od momentu w którym Mikey nas opuścił rzadko kto zapalał światło, w całym domu panował żałobny mrok. Z wyjątkiem dnia, ale w dzień wszyscy odsypiali bezsenne noce. Każdego z nas dręczyły nie przyjemne sny, o których opowiadaliśmy sobie nawzajem leżąc w pokoju oświetlonym najczęściej zapachowymi świeczkami, które Mikey tak lubił. Bałam się spać sama w pomieszczeniu w którym jeszcze nie dawno spędzałam całe wolne dni z Mikeyem sam na sam. Rozmawialiśmy, śmialiśmy się, bawiliśmy. Teraz te wszystkie chwile spędzone z nim wracały do mnie ze zdwojoną siłą. Z bólem.
Oparłam się o brzeg umywalki i spojrzałam w lustro, dawno tego nie robiłam, nie malowałam się, nie przebierałam. Nie miałam dla kogo, bo co, może miałam się mizdrzyć przed lustrem pół godziny dla chłopaków? Oni też chodzili tak jak ja, z tłustymi włosami w pierwszych lepszych ubraniach wyciągniętych z szafy. Przemyłam twarz wodą, obróciłam się do lustra bokiem, tak aby widzieć moją rozwaloną skroń. Cienka stróżka krwi spływała z rany kończąc się na kości policzkowej, dalszą jej część prawdopodobnie zmyła woda. Ból w ranie pulsował w rytm przyspieszonego bicia mojego serca. Zamknęłam oczy, pragnęłam aby to wszystko się skończyło, aby okazało się być tylko koszmarem sennym.