- Od razu wiedziałam, że tak będzie! - Krzyknęłam na Mikeya, staliśmy obok kawiarni, którą przed chwilą opuściliśmy, nie chcieliśmy robić zamieszania. Moje serce ogarniała niesamowita pustka, słowa więzły mi w gardle.
- Skoro wiedziałaś, to po co w ogóle to zaczynaliśmy. Nie mogłaś po prostu wstać i odejść? - Powiedział cicho patrząc na swoje wytarte trampki. Czy on nie rozumiał, że nie dało się tak po prostu odejść i zostawić go na pastwę tych jego cholernych fanek? Zwróciłam wzrok ku jego twarzy, wcześniej nie odważyłam się tego zrobić, za bardzo bałam się tego co zobaczę. Nie wiedziałam jaki miał wyraz twarzy, aż do momentu w którym nie spojrzałam na niego. Słońce delikatnie odbijało się od jego okularów, włosy miał rozmierzwione przez wiosenny wiatr, jego mina .. nie wiedziałam jak ją rozszyfrować, cztery lata studiowałam psychologię, umiem rozpoznać gdy ktoś kłamie i mówi prawdę, gdy ktoś jest smutny, przygnębiony, rozweselony, usatysfakcjonowany, a po Mikey`u nie poznałam ani jednego uczucia, ani jednego, kurwa!
- To nie jest takie proste jak ci się wydaje. - Wyszeptałam z nadzieją, że na mnie spojrzy, a on nic, nadal gapił się na te swoje cholerne trampki.
- Nie?
- Naprawdę, nie. Bo jak cię spotkałam, nie wiedziałam kim jesteś, o My Chemical Romance słyszałam może ze trzy razy, myślałam, że jesteś zwykłym chłopakiem.
- Jestem zwykłym chłopakiem, ja po prostu gram na basie, nie tyle dla sławy, co dla przyjemności.
- Byłbyś zwykły, gdyby nie te trasy koncertowe, jeżdżenie z miasta do miasta, z kraju do kraju, spanie w hotelach, fanki, w twoim świecie nie ma miejsca dla mnie. Widzę to, widziałam od początku. Jak nie koncertowaliście, to mieliście próby, jak nie próby, to podróże, jak nie podróżowaliście, to odsypialiście po imprezach. Kiedy nie byliście w trasie, to pisaliście piosenki, albo pracowaliście nad płytami. Gdzie w tym schemacie jest miejsce dla mnie, ale nie tej zwariowanej, pozytywnie zakręconej All, tylko dla Alice, prawdziwej mnie. Pomyśl nad tym ...
- Alice, czy to już koniec? - Spytał cicho. Głos mu się łamał, czułam coś niewyobrażalnego, niewyobrażalnie niszczącego. Zabijającego każdą cząstkę ciała, zaczynając od serca. To nie możliwe, aby rok takiej miłości przepadł bezpowrotnie, wszystko przez te napalone fanki. Gówniary myślące, że mogą wszystko, tylko ... on się nie powstrzymywał, nie próbował tego przerwać.
- Ty jej nawet nie znałeś! I pytasz się, czy to koniec? - Mówiłam coraz ciszej, czułam, że łzy napływają mi do oczu.
- Ja nawet nie wiedziałem co się dzieje. Byłem pijany ... - Próbował się tłumaczyć, to denerwowało mnie jeszcze bardziej.
- Byłeś pijany i co? Pomyliłeś sobie szesnastolatkę ze mną? Tak? Może wymyśl coś mąd ... - Mikey zamknął moje usta czułym pocałunkiem.
- Dobrze, niech i tak będzie. - Mówił trzymając moją twarz w dłoniach. - Tylko wiesz cokolwiek by się nie działo ...
- Dzwoń. - Dokończyłam i popłakałam się. Zawsze powtarzał mi to zdanie. Wiedziałam, że mogę na niego liczyć, czułam, że w nim mam oparcie, ale te uczucia odeszły. Wszystko co wiązało się Mikeyem ulotniło się. Zupełnie jakby odleciały wraz z jego pocałunkiem.
- Nie płacz. - Przytulił mnie mocno. - Znajdziesz sobie kogoś innego. Kogoś normalnego. - Wyszeptał, odwrócił się na pięcie i czekał aż kaskada samochodów przejedzie. Widziałam go przez łzy, wiedziałam, że też płakał. Miałam nadzieję, że jeszcze się to wszystko naprawi, że zadzwonię do niego i oboje się przeprosimy, że będzie jak dawniej. Coś w głowie mówiło mi "Zatrzymaj go, kurwa! Możesz go stracić na zawsze!" z drugiej jednak było "Nie narzucaj mu się, zdradził cię i to jeszcze z fanką, na oczach wszystkich!" Nie wiem czemu, ale posłuchałam tego drugiego. Odwróciłam się powoli i odeszłam.
Za sobą usłyszałam przeraźliwy pisk opon, głuche, jakby odległe uderzenie. Coś zakuło mnie w sercu, bałam się odwrócić. Bałam się tego, co zobaczę. Wiedziałam co się stało. Poczułam silny zapach krwi, to mnie zabolało.Całe ciało uderzyła fala gorąca, zakręciło mi się w głowie. Nim opanowałam się klęczałam już nad ciałem ukochanego, łzy płynęły obficie po moich policzkach, kończyny miałam niczym z rozmokłej waty, serce wyrywało się z mojej piersi, aby ukryć się obok serca Mikeya. I ... I razem z nim umrzeć. Często czułam w sobie pustkę, ale teraz ... To nie była pustka, bo pustkę można czymś wypełnić. To była strata. Rozszarpująca ciało, duszę i serce. Moje łzy kapały jedna po drugiej na pierś Mikeya, wszystko dookoła wydało mi się być tak odległe. Widziałam jak ciężko unosił klatkę piersiową w próbach złapania pełnego oddechu, coś mówił, szeptał, abym go pocałowała, jednak to wszystko ... Nie potrafiłam. Przytuliłam go jak najmocniej do swojej piersi.
- Nie pocałuję cię, bo ... to by oznaczało, że się rozstaniemy. Ja ... Ja na to nie pozwolę. - Szepnęłam i spojrzałam na niego. W okolice czoła powbijane miał kawałki szkła z przedniej szyby kabrioletu, twarz jego była obdrapana i cała we krwi, ten widok spowodował kolejną, mocniejszą falę gorąca. To uderzenie spowodowało, że sama opadłam z sił przytulając się do jego zakrwawionego torsu.
*****
Z poprzedniego dnia pamiętałam tylko kłótnię i pisk opon, przeraźliwy i przeszywający, niosący ze sobą to wszystko, czego obawiamy się każdego dnia. Ludzie ponoć są stworzeni aby umierać, bo życie, to początek. Początek "przygody", która trwa wiecznie, jednak na tę "przygodę" trzeba sobie zasłużyć. Nigdy nie zastanawiałam się czy ja sobie na nią zasłużyłam i co się dzieje, jeśli nie. Przez całe życie wiodłam się mottem "Żyj szybko, zgiń młodo", bo nie wiedziałam co oznacza śmierć. Znaczy, wiedziałam w teorii, ale to co czuje człowiek na łożu śmierci było mi zupełnie obce, jak chyba każdemu. Mnie to było obce, do czasu ..
Zawsze czekałam na moment adrenaliny, niespodziewany skok emocji, lekki szok, ale spowodowany raczej czymś błahym, czymś o czym umysł nie zapomni na długo, ale po jakimś, dłuższym lub krótszym czasie puści w niepamięć, jednak nie chodziło o wszystko na raz i nie o "na zawsze".
*****
- A jak myślisz Frank, co ona czuje? To nie jej wina! - Krzyczał Gerard błagalnym tonem do chłopaka, który lewą dłonią trzymał dekold koszulki należącej do Mikeya, którą miałam na sobie, podciągając mi ją pod nos, tak, że wisiałam kilkanaście centymetrów nad ziemią, przyparta do ściany. W prawej ręce miał nóż kuchenny, którego ostrze wycelowane było prosto w moje oko.
- Co, podobało ci się kiedy na twoich oczach umierał, co kurwo? Odpowiedz! - Darł się. Po jego policzkach spływały łzy. Po moich też. Bałam się tego, co mogło się stać
- Franky, ona przecież nic nie zrobiła! Uspokuj się! - Mówił Gerard, bezskutecznie próbując powstrzymać czarnowłosego od zranienia mnie.
- Zamknij się Gee! - Krzyknął Iero zamachując się tak, że czubek noża przejechał po policzku Waya. Polała się krew. Frank zszokowany tym, co zrobił przyjacielowi puścił mnie. Upadłam na zimną podłogę kuchenną uderzając po drodze głową o szafę, jednak żaden ból nie był w stanie sprawić iż zapomniałabym. Za trzy dni miał odbyć się pogrzeb Mikeya. Mojego ukochanego, który zginął w wypadku. Media huczały spekulując co działo się na miejscu zdarzenia, to mnie bolało. Zamiast przejmować się tym, że tak wspaniały człowiek nie żyje oni woleli rozmyślać nad tym jak zginął! No chyba kurwa wiadomo, że potrąciła co błękitna Corvetta, podobna do pojazdu Gerarda. Czy to aż tak trudno zrozumieć? Nic innego się przecież nie działo.
Usłyszałam brzęk stali upadającej na kafelki tuż przed moją twarzą, tak blisko, że wylądowało na moich rozlanych po podłodze włosach. Nadal czułam tępy ból w skroni, którą uderzyłam o kant szafki. Przetarłam to miejsce, poczułam wilgoć na opuszkach palców. Krew.
Podczas gdy Gee uspokajał szlochającego Franka, którego głowa ukryta była w jego ramionach ja poszłam do łazienki. Kolana uginały się pode mną, całe ciało miałam obolałe, w każdej tkance czułam ból do którego przez dwa dni zdążyłam się przyzwyczaić, ból po stracie. Weszłam do oświetlonej jasno łazienki, jarzeniówki oślepiały mnie. Od momentu w którym Mikey nas opuścił rzadko kto zapalał światło, w całym domu panował żałobny mrok. Z wyjątkiem dnia, ale w dzień wszyscy odsypiali bezsenne noce. Każdego z nas dręczyły nie przyjemne sny, o których opowiadaliśmy sobie nawzajem leżąc w pokoju oświetlonym najczęściej zapachowymi świeczkami, które Mikey tak lubił. Bałam się spać sama w pomieszczeniu w którym jeszcze nie dawno spędzałam całe wolne dni z Mikeyem sam na sam. Rozmawialiśmy, śmialiśmy się, bawiliśmy. Teraz te wszystkie chwile spędzone z nim wracały do mnie ze zdwojoną siłą. Z bólem.
Oparłam się o brzeg umywalki i spojrzałam w lustro, dawno tego nie robiłam, nie malowałam się, nie przebierałam. Nie miałam dla kogo, bo co, może miałam się mizdrzyć przed lustrem pół godziny dla chłopaków? Oni też chodzili tak jak ja, z tłustymi włosami w pierwszych lepszych ubraniach wyciągniętych z szafy. Przemyłam twarz wodą, obróciłam się do lustra bokiem, tak aby widzieć moją rozwaloną skroń. Cienka stróżka krwi spływała z rany kończąc się na kości policzkowej, dalszą jej część prawdopodobnie zmyła woda. Ból w ranie pulsował w rytm przyspieszonego bicia mojego serca. Zamknęłam oczy, pragnęłam aby to wszystko się skończyło, aby okazało się być tylko koszmarem sennym.
7/02/2011
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
3 Opinions:
Wow! Mocne! i dobre!
Hej! ^^
Dziękuję za komentarz pod moim opowiadaniem. :)
Cóż... to moje pierwsze yuri, dlatego takie ubogie. xD No i miałam napisać drugą część... Nadal nie skończyłam nad nią pracować... Może kiedyś skończę. :D
Swoją drogą, Twoje opowiadanie bardzo wciąga, mimo tego, iż nie jestem specem od MCR. Po prostu tylko od czasu do czasu ich słucham. :)
Pozdrawiam! ^^
Matkooo zabiłaś Moikey'a o.O Ale opowiadanie niesmowite!! Czytałam je juz dwa razy i nie uniknełam łez... Naprawdę masz talent ;p
Prześlij komentarz
Poniżej możesz wpisać co tylko Ci się podoba ... Z wyjątkiem SPAM`u i czegoś co jest nie związane z blogiem ...